Reklama

Kiedy poznałam Wojtka, wiedziałam tylko jedno: chcę z nim być. Wydawał się uważny, czuły, dojrzały. Rozwiedziony, z dziesięcioletnią córką i bagażem doświadczeń, ale wtedy nie miało to dla mnie większego znaczenia. Zakochałam się szybko, bezwarunkowo, jak nastolatka. Rodzina ostrzegała mnie, że związek z mężczyzną po przejściach i z dzieckiem to wyzwanie. Mama płakała, tata nie odezwał się do mnie przez dwa tygodnie, ale ja uważałam, że wiedzą o miłości tyle, co nic. Przecież Wojtek był inny. Kochał mnie, obiecywał wspólne życie. I może właśnie dlatego nie zauważyłam, kiedy zaczęłam znikać.

To wcale nie będzie takie proste

— Jesteś pewna, że wiesz, na co się piszesz? — zapytała mnie moja siostra, kiedy oznajmiłam jej, że wprowadzam się do Wojtka.

— Nie przesadzaj. To tylko dziecko, nie smok z pięcioma głowami — odpowiedziałam z przekąsem, ale w środku czułam lekki niepokój.

Wojtka poznałam przypadkiem, w kolejce do apteki. Zaczęliśmy rozmowę o maseczkach, potem o życiu i samotności. Zaiskrzyło szybko. Już po miesiącu chodziliśmy na wspólne kolacje, a po dwóch spędzaliśmy weekendy razem. Mówił, że jego była żona to przeszłość, że córka mieszka z nim co drugi tydzień, że jest gotowy na nowe życie. Uwierzyłam. Chciałam wierzyć.

Pierwszy raz zobaczyłam Hanię, kiedy podjechaliśmy po nią pod szkołę. Dziewczynka wbiegła do samochodu, rzuciła mu się na szyję i omiotła mnie niewidzącym spojrzeniem. Ani „cześć”, ani „kim jesteś”. Tylko zimna obojętność. Poczułam ukłucie gdzieś w środku.

— To Justyna — powiedział Wojtek. — Będzie z nami mieszkać.

— Super — odpowiedziała Hania z miną, która mówiła, że wcale nie jest super.

Przez resztę dnia nie odezwała się do mnie ani słowem, a ja zaczęłam się domyślać, że może to wcale nie będzie takie proste.

Udawał, że tego nie widzi

— Zrobiłam naleśniki. Ktoś ma ochotę? — zapytałam, zerkając na Wojtka i Hanię, którzy siedzieli na kanapie, wpatrzeni w ekran.

— Ja poproszę z dżemem! — odpowiedział Wojtek z uśmiechem.

Hania nie zareagowała.

— Haniu? — dodał. — Słyszałaś Justynę?

— Nienawidzę naleśników — odburknęła, nie odrywając wzroku od tabletu.

— Przecież w zeszłym tygodniu zjadłaś cztery — mruknął Wojtek.

— Wtedy były inne –—odparła beznamiętnie.

Zacisnęłam usta, wróciłam do kuchni i nalałam sobie herbaty. Tak wyglądał mój pierwszy wspólny weekend z Hanią. Miałyśmy się zaprzyjaźnić. Miałyśmy robić sobie paznokcie, piec babeczki i śmiać się przy bajkach. Tymczasem czułam się jak intruz w obcym domu. Ona nie próbowała się ze mną zaprzyjaźnić. A Wojtek udawał, że tego nie widzi.

Daj jej czas — mówił. — To trudne dla niej, przecież wszystko się zmieniło.

— Dla mnie też się zmieniło — powiedziałam cicho.

W nocy usłyszałam, jak Hania płacze. Weszłam do jej pokoju bez pukania.

— Wszystko w porządku?

Spojrzała na mnie z wściekłością.

Nie jesteś moją mamą. Idź sobie.

Zamknęłam drzwi i poczułam, że zaczynam wątpić, czy to naprawdę ma sens.

Nawet nie widział w tym problemu

Zorientowałam się, że coś jest nie tak, kiedy znalazłam wiadomość od jego byłej żony na kuchennym blacie. „Zadzwoń, bo Hania miała zły sen. Może dziś jednak wróci do mnie?” — napisała. Wojtek przeczytał kartkę, wzruszył ramionami i wrzucił ją do kosza.

— Nie będę reagować na każde jej fanaberie — mruknął, parząc sobie kawę. — Ma tydzień u mnie, więc u mnie zostaje. Koniec tematu.

Nie chciałam się wtrącać. To nie była moja wojna. Tyle że ta wojna toczyła się w moim domu, w mojej kuchni, w moim łóżku. Coraz częściej słyszałam: „Paulina powiedziała, że Hania powinna spać u niej, jeśli tęskni”, albo: „Paulina uznała, że to za wcześnie, by Hania mówiła do ciebie po imieniu”. Paulina. Zawsze Paulina.

— Dlaczego pozwalasz, żeby to ona ustalała zasady? — zapytałam w końcu Wojtka.

— Bo to matka mojego dziecka — odpowiedział z chłodnym spokojem. — A ty czasem zapominasz, że przyszłaś do gotowego układu.

Zabolało. I dotarło do mnie, że w tym trójkącie zawsze będę tą trzecią. Niby partnerką, ale bez prawa głosu. Niby rodziną, ale tylko z doskoku. A najgorsze było to, że on nawet nie widział w tym problemu.

Wcale nie chcę się wpasować

Była niedziela, siedzieliśmy przy obiedzie. Ja ugotowałam rosół, pieczone udka, sałatkę jarzynową — wszystko, co Hania podobno lubiła. Wojtek sięgał po dokładkę, ja nalewałam kompot. Hania kręciła nosem.

Paulina robiła to lepiej — rzuciła znad talerza.

Nie odpowiedziałam. Uśmiechnęłam się krzywo i wstałam od stołu.

— Gdzie idziesz? — zapytał Wojtek.

— Na spacer. Potrzebuję powietrza — wymamrotałam i wyszłam z mieszkania. Szłam przed siebie bez celu, próbując zrozumieć, kiedy dokładnie przestałam czuć się jak część tego domu. A może nigdy się tak nie czułam? Wieczorem, gdy wróciłam, Hania już spała. Wojtek siedział przed komputerem.

— Zachowujesz się, jakbyś rywalizowała z dziesięciolatką — rzucił bez spojrzenia w moją stronę.

— Bo może trochę tak się czuję — odpowiedziałam ostrożnie. — Tu nie ma dla mnie miejsca, Wojtek. Wszyscy tu mają swoją historię, swoje rytuały, swoje wspomnienia. A ja?

Odwrócił się i spojrzał na mnie z jakimś chłodnym zmęczeniem.

— To nie jest hotel, Justyna. Musisz się po prostu wpasować.

Nie odpowiedziałam. W duchu pomyślałam, że może właśnie to jest problem — że ja wcale nie chcę się „wpasować”.

Nigdy nie będę naprawdę ważna

Coraz częściej czułam się niewidoczna. Hania domagała się uwagi Wojtka, a on poświęcał jej każdą wolną chwilę. Nawet wieczorne rozmowy, które kiedyś prowadziłam z nim godzinami, teraz kończyły się jednym zdaniem: „Muszę zobaczyć, co u Hani”. Chciałam wykrzyczeć, że ja też tu jestem, że ja też mam prawo do jego uwagi, ale słowa ugrzęzły w gardle.

— Może powinniśmy porozmawiać o granicach? — spróbowałam pewnego dnia.

— Granice? — powtórzył z lekkim uśmiechem. — Nie rozumiem.

Wtedy dotarło do mnie, że nie rozumie, bo dla niego nie jestem partnerką w pełni, tylko dodatkiem do jego świata. W domu, który kiedyś wydawał się bezpieczny, nagle poczułam się jak gość, który przychodzi na chwilę i musi się podporządkować zasadom innych. Pewnego wieczoru, gdy Hania spała, spojrzałam na Wojtka. Był zmęczony, rozkojarzony, ale szczęśliwy. Ja zaś czułam pustkę. Zdawałam sobie sprawę, że moje marzenia o wspólnym życiu znikają pod ciężarem jego przeszłości i obowiązków wobec córki. To, co kiedyś wydawało się miłością, teraz przypominało więzienie. Nie było tu miejsca dla mnie, dla moich potrzeb, dla mojej radości. Zrozumiałam, że w tym układzie nigdy nie będę naprawdę ważna.

Teraz wszystko zależy ode mnie

Wiedziałam, że nie mogę już zawrócić czasu. Każdy kolejny dzień utwierdzał mnie w przekonaniu, że decyzje, które podjęłam, były pochopne. Wojtek był mężem, ojcem i panem sytuacji, a ja, w tym trójkącie, tylko cieniem własnych oczekiwań. Każda próba rozmowy kończyła się wymijającą odpowiedzią lub cichym „Nie martw się, wszystko jest w porządku”.

— Czy ty w ogóle mnie słuchasz? — spytałam któregoś wieczoru, patrząc na niego z nadzieją w oczach.

— Słucham — odparł, ale w jego głosie nie było ani krztyny czułości, którą pamiętałam z początków naszej znajomości.

Zrozumiałam, że nie wystarczy kochać — w jego świecie moje potrzeby były drugorzędne. Każdy gest, każda próba wciągnięcia mnie w codzienne życie kończyła się frustracją i poczuciem winy. Coraz częściej myślałam o tym, jak wyglądałoby moje życie, gdybym posłuchała rodziny i nie wchodziła w ten związek. Może byłoby spokojniej, łatwiej, bez ciągłych napięć i walki o uwagę kogoś, kto miał już swoje priorytety.

Patrząc na Wojtka i Hanię, poczułam smutek, który nie pozwalał mi odwrócić się od rzeczywistości. To było moje życie: pełne wyborów, konsekwencji i miłości, która przestała być równoznaczna z obecnością i bezpieczeństwem. Wiedziałam, że teraz wszystko zależy ode mnie — czy przestanę walczyć, czy zostanę w cieniu jego rodziny, pogodziwszy się z miejscem, które mi wyznaczył.

Justyna, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama