„Zrobiłem sobie tydzień ferii od mojej nudnej żony i wyjechałem z kochanką. Szybko wróciłem do domu z podkulonym ogonem”
„Kolejne dni mijały szybko. Było dużo rozmów i jeszcze więcej niedopowiedzeń. Kiedy pytałem o przyszłość, Irena odpowiadała półżartem albo zmieniała temat. – Nie wybiegajmy tak daleko – mówiła. – Cieszmy się tym, co jest”.

Poranki wyglądały zawsze tak samo. Budzik, cisza w kuchni, ten sam kubek na blacie. Karolina krzątała się obok, a ja miałem wrażenie, że stoimy plecami do siebie nawet wtedy, gdy byliśmy w jednym pokoju. Nikt nie robił awantur, nikt nie trzaskał drzwiami. Właśnie to było najbardziej męczące. Coraz częściej łapałem się na myśli, że zniknięcie byłoby ulgą, a nie ucieczką. Że tydzień ciszy może powiedzieć więcej niż lata rozmów, których i tak nie prowadziliśmy.
Musiałem to zrobić
Powiedziałem to przy stole, między jednym łykiem herbaty a drugim, jakby chodziło o zmianę planów na weekend.
– Wyjadę na kilka dni – rzuciłem, nie patrząc na Karolinę. – Muszę pobyć sam.
Zatrzymała rękę w połowie ruchu. Łyżeczka zawisła nad kubkiem.
– Sam? – powtórzyła ciszej. – To znaczy gdzie?
Wzruszyłem ramionami. To był gest wyuczony, bezpieczny. Zawsze nim kończyłem rozmowy, których nie chciałem prowadzić.
– Jeszcze nie wiem. Po prostu… muszę odetchnąć.
Podniosła na mnie wzrok. Nie było w nim gniewu, raczej coś, co zabolało mnie bardziej – niepokój zmieszany z rezygnacją.
– Od czego? – zapytała. – Ode mnie?
Milczałem. W głowie miałem gotowe odpowiedzi, wszystkie brzmiące jak wymówki. Że praca, że zmęczenie, że chaos w środku. Żadna nie była prawdziwa do końca.
– Nie zaczynajmy kłótni – powiedziałem w końcu. – To tylko tydzień.
– Tylko – powtórzyła, tym razem gorzko. – Ostatnio wszystko jest „tylko” jakieś.
Wstałem od stołu szybciej, niż planowałem. Krzesło zaskrzypiało, dźwięk rozszedł się po kuchni jak coś nieodwracalnego.
– Nie chcę się kłócić – dodałem. – Właśnie dlatego wyjeżdżam.
Uśmiechnęła się krótko, bez radości.
– Zauważyłeś, że my już się nawet nie kłócimy?
Nie odpowiedziałem. W środku poczułem ulgę, wstydliwą i lekką. Decyzja, choć wypowiedziana półgłosem, nagle stała się realna. Wyjazd przestał być myślą, a stał się ruchem do przodu.
Pakowałem się wieczorem. Karolina krzątała się po mieszkaniu, jakby mnie tam nie było. Każdy jej krok przypominał mi, że zostawiam coś niedokończonego, ale jednocześnie czułem, że jeśli zostanę, uduszę się w tej ciszy.
– Zadzwonisz? – zapytała z przedpokoju.
– Pewnie – skłamałem bez wysiłku.
Gdy zamknąłem drzwi, przez chwilę stałem na klatce schodowej, trzymając torbę w dłoni. Serce biło mi szybciej, jak przed skokiem do wody. Nie wiedziałem jeszcze, że to nie był skok w nowe życie, tylko pierwszy krok w przepaść.
Ten tydzień miał być odskocznią
Pierwsze godziny po wyjeździe były jak haust świeżego powietrza. Jechałem przed siebie z radiem grającym cicho w tle, bez planu i bez poczucia, że ktoś na mnie czeka. Telefon leżał na siedzeniu obok. Nie sprawdzałem go. Sama świadomość, że nie muszę, była przyjemna.
Irena odezwała się jeszcze tego samego wieczoru.
– „Jesteś już?” – napisała.
– „Tak”.
– „Bałam się, że zrezygnujesz”.
To zdanie zapamiętałem szczególnie. Bała się, ale nie mówiła dlaczego. Jakby decyzja należała wyłącznie do mnie, a konsekwencje miały się rozmyć same.
Spotkaliśmy się następnego dnia. Uśmiechnęła się szeroko, gdy mnie zobaczyła, jakby ten tydzień był nagrodą, a nie ryzykiem. Słuchała mnie uważnie, zadawała pytania, których nikt mi od dawna nie zadawał. Czułem się widziany. To słowo wracało do mnie uparcie, choć wiedziałem, że może być tylko złudzeniem.
– U ciebie wszystko jest takie poukładane – powiedziała w pewnym momencie. – Ja całe życie improwizuję.
Brzmiało to lekko, ale coś we mnie drgnęło. Uporządkowanie nagle przestało być zaletą, a zaczęło przypominać klatkę, z której próbowałem wyjść.
Kolejne dni mijały szybko. Było w nich dużo rozmów i jeszcze więcej niedopowiedzeń. Kiedy pytałem o przyszłość, Irena odpowiadała półżartem albo zmieniała temat.
– Nie wybiegajmy tak daleko – mówiła. – Cieszmy się tym, co jest.
Zacząłem zauważać drobiazgi: odkładanie telefonu ekranem w dół, nagłe wyjścia, krótkie odpowiedzi. Entuzjazm z pierwszych dni topniał, zastępowany niepokojem, którego nie chciałem nazwać.
Wieczorami myślałem o Karolinie. Nie o jej twarzy ani słowach, tylko o stałości. O kubku stojącym zawsze w tym samym miejscu. O ciszy, która nagle wydała mi się mniej groźna niż ta nowa, pełna znaków zapytania.
Złapałem się na tym, że sprawdzam telefon częściej, niż bym chciał. Czekałem na wiadomość od Ireny, a jednocześnie bałem się, że ich nie będzie. Tydzień, który miał być próbą wolności, zamieniał się w test mojej zależności. Po raz pierwszy pomyślałem wtedy, że uciekłem nie od Karoliny, ale od decyzji. I że im dłużej tu jestem, tym mniej wiem, dokąd właściwie zmierzam.
Wymykała mi się z objęć
Najpierw były drobiazgi, które łatwo było zignorować. Wiadomości od Ireny odpisywane po kilku godzinach. Krótkie zdania, bez tego ciepła, które jeszcze niedawno wydawało mi się tak intensywne.
– Wszystko w porządku? – zapytałem ją któregoś wieczoru.
– Tak, po prostu mam dużo na głowie – odpowiedziała.
Chciałem jej wierzyć. Potrzebowałem tej wersji rzeczywistości, w której to tylko chwilowe. W której ten tydzień wciąż ma sens.
Kolejnego dnia nie odezwała się wcale. Tłumaczyłem to sobie zmęczeniem, obowiązkami, czymkolwiek. Dopiero gdy minęła noc, a telefon wciąż milczał, poczułem znajome ukłucie paniki. Takiej samej, jaką kiedyś widziałem w oczach Karoliny, gdy znikałem myślami, jeszcze będąc obok.
Zadzwoniłem. Raz. Drugi. Bez odpowiedzi. Trzeciego dnia ciszy coś we mnie się zbuntowało. Uświadomiłem sobie, że nie mam żadnych konkretów. Żadnych ustaleń. Cała ta relacja była oparta na słowach rzucanych między jednym spotkaniem a drugim. Na obietnicach bez daty.
– Przecież mówiłaś, że się boisz, że zrezygnuję – powiedziałem w pustym pokoju. – A teraz co?
Odpowiedziała mi tylko cisza. Wtedy dotarło do mnie coś, czego wcześniej nie chciałem przyjąć. Ja nie odchodziłem. Ja czekałem, aż ktoś mnie zabierze. A kiedy ta osoba zniknęła, zostałem dokładnie tam, gdzie zawsze byłem – bez decyzji, bez odwagi, z poczuciem, że wszystko wymknęło się spod kontroli.
Spakowałem torbę szybciej niż planowałem. Droga powrotna była ciężka, jakby każdy kilometr przypominał mi, że nie mam już dokąd uciekać. Nie jechałem do Karoliny po ratunek. Jechałem, bo nie miałem innego miejsca, w którym musiałbym spojrzeć prawdzie w oczy. Wiedziałem, że gdy przekroczę próg mieszkania, nic nie będzie już takie samo. Ani dla niej. Ani dla mnie.
Wróciłem z podkulonym ogonem
Wróciłem wieczorem. W mieszkaniu paliło się światło, ale panowała cisza inna niż zwykle. Cięższa. Karolina siedziała przy stole, dokładnie w tym samym miejscu, w którym tydzień wcześniej powiedziałem, że wyjeżdżam. Przede nią leżał klucz, którego nie wzięła do ręki.
– Jesteś – powiedziała spokojnie.
Ten spokój był najgorszy.
– Tak – odpowiedziałem i od razu poczułem, jak słowo „tak” niczego nie wyjaśnia.
Usiadłem naprzeciwko niej. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie jak obcy ludzie, którzy wiedzą o sobie za dużo. Postanowiłem być szczery.
– Wiesz – zaczęła – nie będę pytać, gdzie byłeś. Już sobie odpowiedziałam.
Skinąłem głową. Gardło miałem ściśnięte.
– To był błąd – powiedziałem. – Uciekłem.
– Nie – przerwała mi. – Ty nie uciekłeś. Ty przestałeś być obecny dużo wcześniej.
Milczałem, bo miała rację.
– Była inna kobieta – dodałem w końcu. – Wyjazd nie był przypadkiem.
Nie zmieniła wyrazu twarzy. Jakby tę informację przeżyła już wcześniej, beze mnie.
– Domyśliłam się – odparła. – Wiesz, co jest najgorsze? Nie sama prawda. Tylko to, że zostałam sama z nią przez tydzień.
Wziąłem głęboki oddech.
– Ona… zniknęła – powiedziałem cicho. – Wyjechałem, bo myślałem, że tam zaczynam coś nowego. A zostałem bez niczego.
Spojrzała na mnie uważnie, po raz pierwszy z czymś, co przypominało współczucie. Ale nie ulgę.
– Czyli wróciłeś, bo nie miałeś gdzie iść – podsumowała.
Nie zaprzeczyłem. Nie potrafiłem. Prawda uderzyła mnie jak mroźny wicher. Poczułem wstręt sam do siebie.
Dopiero teraz się bałem
Nie powiedziała, że mam się wyprowadzić. Nie powiedziała też, żebym został. Wstała od stołu, zebrała talerze, jakby to był zwykły wieczór. Nie patrzyła mi w oczy.
– Potrzebuję czasu – rzuciła przez ramię. – Teraz nie pytaj mnie o nic więcej.
Zostałem sam w kuchni. Z tą samą ciszą, od której próbowałem uciec. Tylko że teraz wiedziałem, że to nie ona była problemem. Problemem było to, że ja chyba całe życie czekałem, aż ktoś podejmie decyzję za mnie.
Straciłem coś realnego, goniąc za ulotnym wyobrażeniem. Po raz pierwszy zrozumiałem, że największą porażką wcale nie była zdrada, ale brak odwagi, by uczciwie powiedzieć: „nie wiem, czego chcę” – i ponieść tego konsekwencje. Czy Karolina pozwoli mi zostać? Będę musiał się o tym przekonać i być może na to zapracować.
Filip, 43 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Czułem, że żona gra na 2 fronty, ale nie dałem po sobie poznać. Czekałem na dobry moment, by się odwrócić na pięcie”
- „Przez 40 lat byliśmy z żoną jak papużki nierozłączki. Na starość znalazła sobie kochanka i chce mnie puścić z torbami”
- „Znalazłam drogi prezent walentynkowy od męża i się ucieszyłam. 14 lutego okazało się, że wcale nie był nie dla mnie”

