Reklama

Zaczęłam liczyć czas nie w latach, tylko w powrotach do domu. W tych samych porach dnia, z tymi samymi zdaniami i ciszą, która wypełniała wszystko pomiędzy nimi. Byłam w związku, który wyglądał stabilnie z zewnątrz, a w środku coraz bardziej przypominał pustą przestrzeń. Najgorsze było to, że nauczyłam się w niej oddychać i udawać, że to wystarczy.

Czułam się jak w klatce

Poranki z Ernestem zawsze wyglądały podobnie. On wstawał pierwszy, robił kawę, zostawiał kubek na blacie dokładnie w tym samym miejscu. Ja wchodziłam do kuchni kilka minut później, jeszcze zaspana, w piżamie, z włosami niedbale związanymi gumką.

– Zrobiłem kawę – mówił spokojnie, nawet na mnie nie patrząc.

– Dzięki – odpowiadałam i to było właściwie wszystko.

Siadaliśmy naprzeciwko siebie, każde ze swoim kubkiem, każde ze swoim telefonem. Czasem pytał, czy mam dziś długi dzień w pracy. Odpowiadałam, że standardowy. On kiwał głową. To był koniec naszej rozmowy.

Wieczorami było podobnie, tylko cisza ciążyła bardziej. Oglądaliśmy te same programy, siedząc obok siebie na kanapie, ale bez dotyku, bez potrzeby bycia bliżej. Kiedyś próbowałam przysunąć się do niego, położyć głowę na jego ramieniu. Zastygł wtedy na moment, jakby nie był pewien, co zrobić, a potem delikatnie się odsunął.

Jestem zmęczony – powiedział wtedy. Już więcej nie próbowałam.

Z czasem przestałam nawet zauważać, kiedy między nami zapadała cisza. Była jak mebel, którego nie przesuwa się latami. Ernest był dobry, odpowiedzialny, przewidywalny. Nigdy nie podnosił głosu, pamiętał o rachunkach, nawet o urodzinach mojej mamy. A ja coraz częściej czułam, że znikam w tym uporządkowanym życiu. Chciałam rozmowy, pytań, zainteresowania. Chciałam, żeby zapytał, co czuję, a nie tylko co trzeba załatwić i kupić. Zamiast jednak powiedzieć to wprost, zamykałam się w sobie. Gromadziłam drobne rozczarowania jak kamyki w kieszeniach, udając przed samą sobą, że wcale nie są ciężkie.

– Dobrze się czujesz? – zapytał mnie kiedyś, gdy znowu byłam cicha.

– Tak, tylko dzień mnie zmęczył – skłamałam bez wysiłku.

Mimo wszystko bałam się odejść. Bałam się pustego mieszkania, ciszy, która byłaby już tylko moja. Ernest był moim zabezpieczeniem przed samotnością, nawet jeśli płaciłam za nie własnym znikaniem. Wmawiałam sobie, że tak wygląda dojrzały związek, że emocje kiedyś się kończą. A jednak gdzieś pod tą codzienną rutyną rosło we mnie ciche przekonanie, że jeśli nie wydarzy się nic nowego, w końcu przestanę czuć cokolwiek.

Nie spodziewałam się tego

Irka poznałam zupełnie niepozornie, w sytuacji, która nie miała prawa nic zmienić. Kilka zdań, wymienionych bez większych oczekiwań, a jednak coś we mnie drgnęło. Był inny niż Ernest – mówił szybko, chaotycznie, czasem nie do końca składał myśli, ale patrzył na mnie tak, jakby naprawdę chciał zrozumieć, co mam do powiedzenia.

Lubię, jak opowiadasz – powiedział mi któregoś dnia. – Masz w sobie coś… prawdziwego.

To jedno zdanie wystarczyło, żebym przez resztę dnia chodziła z uczuciem lekkości, którego dawno nie znałam. Ernest od lat nie powiedział mi niczego podobnego. Irek pytał, dopytywał, reagował. Kiedy pisał, czekałam na kolejne wiadomości z niecierpliwością, której wcześniej nie znałam.

Z nim znowu czuję się widziana – powiedziałam Magdzie, kiedy w końcu się przed nią otworzyłam.

– Klaudia, lepiej uważaj – odpowiedziała ostrożnie. – Ty już jesteś w związku.

– W teorii – rzuciłam. – To, co mam z Ernestem, to już tylko formalność.

Tak to sobie tłumaczyłam – że to, co robię, wcale nie jest zdradą, tylko przygotowaniem się do zmiany. Przecież najpierw muszę mieć pewność, zanim odejdę. Irek miał być tą pewnością, obietnicą, że nie zostanę sama.

Rozmowy z nim szybko stały się intensywne. Długie wymiany myśli, dzielenie się obawami, planami, marzeniami. Mówił mi o swoim chaosie, o tym, że nigdy nie potrafił poukładać życia. A ja słuchałam z uwagą, której Ernest już dawno ode mnie nie dostawał.

Z tobą czuję, że mogę być sobą – powiedział kiedyś Irek.

Te słowa zapamiętałam dokładnie. Wracałam do nich myślami, siedząc wieczorami obok Ernesta, gdy między nami znów panowała cisza. Porównania przychodziły same. Tam – emocje, tu – spokój. Tam – rozmowa, tu – sucha organizacja dnia.

Czasem pojawiała się we mnie nuta winy, ale szybko ją zagłuszałam. Mówiłam sobie, że przecież jeszcze niczego nie zakończyłam, bo najpierw muszę wiedzieć, dokąd idę. Układałam w głowie plan, w którym wszystko miało sens: najpierw Irek, potem rozstanie. Bez pustki, bez upadku. Nie zauważyłam momentu, w którym ta obietnica nowego życia stała się dla mnie czymś więcej niż tylko alternatywą. Stała się liną ratunkową, której trzymałam się coraz mocniej, nawet nie sprawdzając, czy jest do czego przywiązana.

Żyłam na dwa fronty

Z czasem zaczęłam mylić dni. Nie dlatego, że działo się zbyt wiele, ale dlatego, że wszystko działo się podwójnie. Jedna wersja mnie wracała do domu, odkładała klucze na komodę i pytała Ernesta, czy zjadł obiad. Druga czekała na wiadomość, na znak, że po drugiej stronie ktoś myśli właśnie o mnie.

Będę dziś później – mówiłam coraz częściej.

– Dobrze – odpowiadał Ernest bez dopytywania.

Ta obojętność powinna była mnie zatrzymać. Zamiast tego utwierdzała mnie w przekonaniu, że i tak już między nami nic nie ma. Z nim byłam poprawna, uprzejma, chłodna. Z Irkiem – uważna, emocjonalna, zaangażowana bardziej, niż chciałam się przed sobą przyznać.

Zaczęłam żyć w ciągłym napięciu. Telefon zawsze miałam blisko. Każda przerwa w kontakcie z Irkiem wywoływała we mnie niepokój, którego nie potrafiłam wytłumaczyć. Kiedy milczał dłużej niż zwykle, analizowałam w głowie każde zdanie z ostatniej rozmowy.

– „Wszystko u ciebie w porządku?” – zapytałam w końcu we wiadomości.

– „Tak, tylko mam teraz straszny chaos” – odpisał. – „Dużo spraw na głowie”.

Chaos. To słowo zaczęło pojawiać się coraz częściej. Chaos w pracy, chaos w myślach, chaos w planach. Z jednej strony mówił, że czuje ze mną bliskość, z drugiej coraz częściej znikał na całe godziny, a potem dni. Ja udawałam przed sobą, że to nic nie znaczy.

– Nie przesadzaj – mówiła Magda, kiedy opowiadałam jej o swoich obawach. – Albo on nie wie, czego chce, albo ty chcesz za bardzo.

– On jest tylko pogubiony – broniłam go. – Potrzebuje czasu.

Nie przyznawałam się do tego, jak bardzo zaczęłam być od niego zależna. Irek przestał być tylko alternatywą. Stał się punktem odniesienia. To od jego wiadomości zależało, czy dzień był dobry, czy nie do zniesienia.

W tym samym czasie zupełnie odsunęłam się od Ernesta. Przestałam pytać, jak minął mu dzień. Przestałam słuchać. Kiedy próbował coś opowiedzieć, łapałam się na tym, że nie rejestruję słów.

– Jesteś jakaś nieobecna – powiedział pewnego wieczoru.

– Po prostu jestem zmęczona – odpowiedziałam automatycznie.

Prawda była taka, że byłam zmęczona ciągłym udawaniem, kontrolowaniem emocji i strachem, że misterny plan zaczyna się chwiać. Wiedziałam, że stoję na dwóch niestabilnych fundamentach, ale zamiast się zatrzymać, kurczowo trzymałam się obu. Bałam się puścić którykolwiek, bo wtedy zostałabym z niczym.

Plan zaczął się sypać

Pierwsze było milczenie. Nie takie zwykłe, kilkugodzinne, do którego próbowałam się przyzwyczaić, ale dłuższe, cięższe. Dzień bez wiadomości, potem kolejny. Za każdym razem, gdy telefon pozostawał nieruchomy, czułam narastający niepokój, którego nie dało się już zagłuszyć rozsądkiem.

– „Hej, wszystko w porządku?” – napisałam w końcu, starając się, żeby brzmiało to lekko.

Odpowiedź przyszła dopiero wieczorem.

– „Muszę trochę zwolnić. Nie ogarniam teraz życia”.

Czytałam te słowa kilka razy. „Zwolnić” brzmiało jak coś tymczasowego, ale ja słyszałam w tym wycofanie. Panika przyszła nagle, ścisnęła mnie w gardle. Przecież to nie tak miało wyglądać. Najpierw stabilność, potem decyzja. Tymczasem grunt usuwał mi się spod nóg. Zaczęłam robić rzeczy, których wcześniej się wstydziłam nawet w myślach. Pisałam częściej, dopytywałam, próbowałam podtrzymać rozmowę za wszelką cenę. Każda krótka odpowiedź bolała nawet bardziej niż jej brak.

W domu byłam już tylko cieniem. Ernest zauważył to szybciej, niż się spodziewałam. Coraz częściej przyglądał mi się uważniej, jakby próbował zrozumieć, co się dzieje.

Coś jest z tobą nie tak – powiedział pewnego wieczoru. – I to od dawna.

– Nic się nie dzieje – ucięłam, choć głos mi zadrżał.

Atmosfera między nami zgęstniała. Rozmowy stały się jeszcze bardziej zdawkowe, spojrzenia cięższe. Czułam, że oddalam się od niego definitywnie, ale nie potrafiłam już wrócić. Całą energię wkładałam w ratowanie czegoś, co wymykało mi się z rąk.

Irek dzwonił coraz rzadziej. Gdy już rozmawialiśmy, był nieobecny, jakby myślami był gdzie indziej.

Może to nie jest dobry moment – powiedział w końcu.

Te słowa uderzyły we mnie z siłą, której się nie spodziewałam. Nagle zobaczyłam wyraźnie, że plan, który miał mnie ochronić przed samotnością, rozsypuje się szybciej, niż zdążyłam zareagować. A ja zostałam pośrodku, bez punktu oparcia. Wreszcie dotarło do mnie, że mogę stracić wszystko naraz. I że nie mam już nad tym żadnej kontroli.

Szczerość nie przyniosła żadnej nagrody

Ernest nie zapytał mnie wprost od razu. Najpierw były długie spojrzenia, potem cisza, która tym razem nie była zwyczajna. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie przy stole, a ja czułam, że wszystko, co do tej pory zamiatałam pod dywan, właśnie wraca.

– Od jakiegoś czasu jesteś gdzieś indziej – powiedział w końcu. – Nie tylko myślami.

Nie odpowiedziałam. Patrzyłam na swoje dłonie, splecione zbyt mocno, jakby miały mnie przytrzymać w miejscu.

Jest ktoś inny? – zapytał spokojnie, bez podniesionego głosu.

Ten spokój zabolał najbardziej. Skinęłam głową, zanim zdążyłam się wycofać.

Tak.

To słowo zawisło między nami. Ernest wziął głęboki oddech, jakby musiał się na nim oprzeć.

– Od kiedy?

Od jakiegoś czasu – odpowiedziałam wymijająco. – To… nie było tak, jak myślisz.

– A jak było? – zapytał cicho.

Chciałam powiedzieć, że to z jego powodu, że brakowało mi bliskości, rozmów, zainteresowania. Chciałam, żeby zobaczył we mnie kogoś, o kogo warto walczyć. Zamiast tego powiedziałam prawdę, tę najgorszą.

Bałam się odejść bez niczego.

Ernest zamknął oczy. Przez chwilę wyglądał tak, jakby się załamał, ale zaraz potem jego twarz stwardniała.

– Czyli byłem planem awaryjnym – stwierdził. Nie zapytał. Oświadczył.

– Nie… – zaczęłam, ale zabrakło mi słów.

Nie chcę walczyć w takiej sytuacji – powiedział po chwili. – Nie chcę być twoim zabezpieczeniem.

W jego głosie nie było gniewu. Była decyzja. To było gorsze niż krzyk. Zrozumiałam, że to koniec, zanim jeszcze padły konkretne słowa o rozstaniu.

Tego samego dnia napisałam do Irka. Krótko, nerwowo, z nadzieją, że może jeszcze coś da się uratować.

„Nie chcę być planem B” – odpisał po kilku godzinach. – „To nie w porządku”.

Czytałam tę wiadomość w pustym mieszkaniu, które jeszcze rano było wspólne z Ernestem. On teraz pakował swoje rzeczy w milczeniu. Irek ostatecznie się wycofał. Zostałam sama z prawdą, że szczerość, na którą tak długo się nie zdobywałam, przyszła za późno i nie przyniosła żadnej nagrody.

Zostałam z niczym

Zostałam sama szybciej, niż zdążyłam to pojąć. Mieszkanie, które jeszcze niedawno było wspólne, nagle zaczęło brzmieć obco. Każdy dźwięk niósł echo decyzji, których nie cofnę. Chodziłam z pokoju do pokoju, jakbym sprawdzała, czy coś jeszcze do mnie należy, czy wszystko już się skończyło.

Przez kilka dni nie potrafiłam spojrzeć w lustro. Wstyd mieszał się z poczuciem winy, ale najgorsza była świadomość, że sama postawiłam się w tej sytuacji. Chciałam bezpieczeństwa i emocji jednocześnie, ale nie potrafiłam wybrać, więc straciłam obie te opcje. Ernest nie odzywał się wcale. Jego cisza była ostateczna, zamknięta, jak drzwi, których nie da się już uchylić.

Irek zniknął tak, jak się pojawił. Zrozumiałam, że w tej relacji bardziej kochałam wyobrażenie o nowym życiu niż jego samego. To było najtrudniejsze do przyjęcia – że użyłam uczuć jak narzędzia, żeby nie zostać sama.

Magda przyszła któregoś wieczoru i długo siedziała obok mnie na podłodze, bez rad, bez pocieszania.

To boli, bo musi boleć – powiedziała tylko. – Ale uwolniłaś się z relacji, w której nie byłaś szczęśliwa.

Miała rację. Nie było ulgi, nie było nowego początku. Była cisza, którą wcześniej próbowałam zagłuszyć czyjąś obecnością. Teraz musiałam się z nią zmierzyć sama. Zrozumiałam, że miłość „na zapas” nie chroni przed stratą. Ona jeszcze ją przyspiesza. A strach przed samotnością potrafi doprowadzić dokładnie tam, gdzie najbardziej nie chce się trafić.

Klaudia, 31 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama