Reklama

Nie wiem, czy człowiek może się przyzwyczaić do ciszy. Do tego, że po powrocie do domu nikt nie pyta, jak minął dzień. Nie słychać śmiechu, kroków, nawet trzasku drzwi. Moje życie od lat przypomina pustą alejkę w markecie po godzinach – niby wszystko na miejscu, ale bez ludzi wszystko traci sens.

Mam czterdzieści osiem lat. Od dziesięciu pracuję w osiedlowym sklepie spożywczym – takim, gdzie ludzie kupują chleb, mleko i paczkę papierosów. Niektórzy mówią do mnie „pani Basiu” – z uśmiechem, z sympatią. Zwykle to tylko krótka wymiana zdań. Tyle po mnie zostaje – jak paragon w kieszeni, który później się wyrzuca.

Mój syn, Tomek, mieszka w Norwegii. Rzadko dzwoni. Mąż – były – odszedł do młodszej. Zresztą, dobrze mu tam. Niech ma. Ja jakoś funkcjonuję. Wstaję, idę do pracy, wracam. Dzień jak plaster sera – każdy taki sam.

W ostatnim roku w sylwestra obiecałam sobie, że codziennie powiem komuś coś miłego. Klientowi, sąsiadce, listonoszowi. Cokolwiek. Nawet „ładne ma pani dziś paznokcie”. Może to sprawi, że poczuję się mniej przezroczysta. Może komuś też będzie choć trochę cieplej.

Czułam się z tym dziwnie

Pierwsze dni były dziwne. Jedni się uśmiechali, inni nie reagowali wcale. Jakby nic nie usłyszeli. A ja mówiłam dalej. Co najmniej jedno dobre słowo dziennie. Dla nich. A tak naprawdę – dla siebie.

– Dzień dobry! – zawołałam z uśmiechem, kiedy tylko klientka weszła do sklepu. – Ale dziś ma pani piękną apaszkę – kolor jak poranna kawa!

Starsza pani spojrzała na mnie spod czapki z pomponem, trochę zdziwiona. Uśmiechnęła się krótko, ale nic nie powiedziała. Tylko skinęła głową. Przeszła obok, ciągnąc za sobą torbę na kółkach. Zrobiło mi się trochę głupio. Nie pierwszy raz. Ludzie nie zawsze reagują, nie każdy potrafi przyjąć coś miłego. Czasem nie wierzą. Może myślą, że chcę się podlizać. A ja przecież tylko... próbuję przełamać ten lód.

Zaraz za nią weszła inna kobieta. Około czterdziestki. Wysoka, zgrabna, ubrana z klasą, ale jakoś tak… zmęczona. Miała podkrążone oczy i delikatną zmarszczkę między brwiami.

– Dzień dobry pani – przywitałam się. – Pięknie pani dziś wygląda. Jak osoba, która powinna prowadzić kwiaciarnię.

Spojrzała na mnie z zaskoczeniem. A potem uśmiechnęła się tak, jakby ktoś na moment zdjął jej z ramion jakiś ciężar.

– A pani wygląda jak ktoś, kto powinien prowadzić cukiernię… z samymi słodkimi słowami – odpowiedziała. – Ma pani taki uśmiech, że człowiek od razu czuje się lepiej.

Zaniemówiłam.

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz ktoś mi tak powiedział. Tak bezinteresownie, bez powodu. Kobieta kupiła tylko kawę i rogalika. Przy kasie pochyliła się do mnie.

– Wie pani… Mieszkam niedaleko. Organizuję takie spotkania kobiet… Jeśli miałaby pani ochotę przyjść – zostawiła mi karteczkę. – Jestem Justyna.

Patrzyłam na nią przez chwilę, jak odchodzi. Czułam, jak pod bluzą robi mi się ciepło. A może też trochę strasznie.

Bałam się tam iść

Zanim poszłam, karteczkę z zaproszeniem czytałam chyba z piętnaście razy. Z jednej strony – miałam ochotę pójść. Coś mnie ciągnęło. Z drugiej – bałam się, że nie pasuję. Że będę jak ktoś, kto przypadkiem wszedł do nie swojego filmu. Mimo wszystko poszłam. Ciemna klatka schodowa, mieszkanie na trzecim piętrze, drzwi z zielonym wieńcem i dzwonkiem, który wydał z siebie przeciągłe tony. Otworzyła Justyna. Miała fartuch w kwiaty i pachniała imbirem.

– O, jak miło, że pani przyszła! Proszę, niech się pani rozgości.

W salonie było jasno i ciepło. Dywan w zygzaki, kanapa z kocami, herbata z cytryną, która parowała w kubkach. Siedziało tam już kilka kobiet. Różne wiekiem, wyglądem, ale wszystkie... miały w oczach coś znajomego. Jakby znały ten sam rodzaj zmęczenia.

– Temat dzisiaj – rzuciła jedna z nich, śmiejąc się. – To „najdziwniejszy komplement, jaki dostałam”.

Kobiety zaczęły opowiadać. Ktoś powiedział: „Wyglądasz jak burza piaskowa – nie do zatrzymania”. Inna: „Masz głos jak ciepła ściana”. Śmiałyśmy się. Nawet ja.

– A pani? – zapytała Justyna, patrząc na mnie.

Zawahałam się.

– Ja... ja nie pamiętam. Może nikt mi nie powiedział nic dziwnego albo nic, co zapamiętałam. Ostatnio to ja mówię ludziom dobre rzeczy. Sama niewiele dostaję – powiedziałam cicho.

Zrobiło się cicho.

To się zmieni – odezwała się jakaś kobieta. – Teraz jest nas więcej. Będziemy ci mówić, nawet jak się nie spodziewasz.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Poczułam coś jakby ścisk w gardle. Jakby pierwszy raz od dawna ktoś mnie naprawdę zobaczył.

Życie zyskało nowy rytm

Od tamtego spotkania minęły dwa tygodnie. W tym czasie coś się we mnie przestawiło. Jakby ktoś cicho przekręcił pokrętło i z zimnego zaczęło się robić letnie. Zaczęłam ubierać się inaczej. Nie elegancko – po prostu… bardziej po swojemu. Szalik w groszki, pomadka w delikatnym kolorze. Kiedy spojrzałam w lustro przed wyjściem do pracy, nie uciekłam wzrokiem. To była nowość.

Spotkania kobiet stały się dla mnie czymś więcej niż tylko rozrywką. To był azyl. Justyna, Maria, Weronika, Asia, Basia – każda z nich inna, każda z jakimś swoim ciężarem. A mimo to – razem tworzyłyśmy coś lżejszego. Coś, co nie bolało. Dzieliłyśmy się historiami, wymieniałyśmy przepisami, a czasem po prostu milczałyśmy, pijąc herbatę.

Maria któregoś razu wpadła do mnie do sklepu.

– Cześć, Barbara. Ja tylko po chleb i dobre słowo – zaśmiała się, zerkając na kolejkę.

Kiedy kasowałam jej zakupy, szepnęła:

– Wiesz… kiedy pierwszy raz cię zobaczyłam, pomyślałam: „Boże, jaka samotność w tych oczach”.

Zamarłam, ale zanim zdążyłam odpowiedzieć, uśmiechnęła się i dodała:

– A teraz… teraz widzę kobietę pełną życia. Nie tylko kasjerkę.

Wtedy to przyszło niespodziewanie – łzy. Stałam za ladą z chlebem w rękach i łzy kapały mi po policzkach. Nie ze smutku. Z wdzięczności.

Na kolejnym spotkaniu powiedziałam:

– Nie wiedziałam, że kilka słów do klientów może wrócić do mnie z taką falą dobra.

Justyna tylko skinęła głową.

– Słowa nie są tylko słowami. Są mostami.

Wrócił i chciał nas „naprawić”

Zobaczyłam go przez szybę sklepu. Stał przed drzwiami jak ktoś, kto nie wie, czy wejść. Miał na sobie ten sam płaszcz, który zawsze nosił zimą – ciemny, z lekko wytartym kołnierzem. Na głowie miał czapkę, której nie cierpiał, ale którą kiedyś kupiłam mu na imieniny. Myślałam, że ją dawno wyrzucił. Wszedł powoli. Jakby sprawdzał, czy naprawdę może.

– Cześć, Basiu – powiedział cicho, jakby byliśmy znów dwadzieścia lat młodsi.

Odsunęłam się od kasy, zbyt zaskoczona, by coś powiedzieć. Klientka obok spojrzała na mnie pytająco, ale skinęłam jej głową, że wszystko w porządku.

Możemy… porozmawiać? Po pracy? – zapytał. – Wiem, że to nie miejsce. Ale chciałem…

Skinęłam głową. Zbyt szybko. Zbyt naiwnie.

Spotkaliśmy się tego samego wieczoru w parku. Powiedział, że wrócił do miasta. Coś się w nim zmieniło. Tamta kobieta... że to wszystko już przeszłość. A potem padło to zdanie:

– Może jeszcze moglibyśmy spróbować?

Zamilkłam. W głowie miałam chaos. On – mój były. Ten, który odszedł, nie patrząc wstecz. A teraz wraca i pyta. Poczułam, że dawna Barbara – ta czekająca, głodna miłości – podnosi głowę.

Na kolejnym spotkaniu kobiet powiedziałam wprost:

– On wrócił. Mój były mąż. Chce wszystko „naprawić”. A ja… nie wiem, co myśleć.

Justyna spojrzała mi prosto w oczy.

Nie jesteś już tą samą osobą. Nie cofaj się tylko dlatego, że znów poczułaś się widziana przez mężczyznę.

Zacisnęłam palce na kubku.

– Nie wiem, czy chcę miłości... ale wiem, że już nie chcę być sama.

Postanowiłam znów coś zmienić

Pod koniec roku znów siedziałam sama w kuchni. Te same kafelki, ten sam kubek, nawet herbata ta sama – z cytryną i miodem. Tylko ja już nie ta sama. Zegar wskazywał 23:48, a ja zamiast oglądać koncerty z telewizji, spisywałam na kartce nowe postanowienie. W zeszłym roku obiecałam mówić ludziom coś miłego. Teraz... teraz chciałam pójść dalej.

Napisałam: „Codziennie powiem coś miłego – ale nie tylko innym. Powiem też coś dobrego sobie”. Przecież też na to zasługuję, prawda? Nie byłam już kobietą, która codziennie chowa się za ladą i udaje, że wszystko w porządku. Byłam kimś, kto potrafił płakać z wdzięczności. Kto słuchał innych, a teraz potrafił też usłyszeć siebie. Miałam wokół siebie kobiety, które wiedziały, jak boli samotność i jak ją oswoić.

Były chwile, kiedy wciąż czułam się nie na miejscu. Kiedy przy stole kobiety śmiały się z czegoś, czego nie rozumiałam. Czasem czułam ukłucie zazdrości, słuchając o ich dzieciach, wnukach, partnerach. Tylko że teraz miałam miejsce, do którego mogłam wrócić z każdą wątpliwością.

Na ostatnim spotkaniu, tuż przed nowym rokiem, powiedziałam:

– Myślałam kiedyś, że ludzie to klienci. Przychodzą, kupują, wychodzą. A potem znikają. A teraz wiem, że są jak lustra. To, co dajesz – wraca. Czasem z opóźnieniem. Czasem w formie herbaty z cytryną, śmiechu i przyjaźni.

Zatrzymałam się. Wszystkie patrzyły na mnie.

– Już nie chcę tylko dawać. Chcę też… przyjmować.

Ten rok mnie zmienił

Nowy rok przyszedł cicho. Nie było fajerwerków. Przynajmniej nie za moim oknem. Nie potrzebowałam ich. U mnie w środku działo się wystarczająco dużo. Mój były mąż zadzwonił kilka dni po świętach. ZNów chciał się spotkać. Powiedziałam mu, że jeszcze nie wiem, co zrobię. Potrzebowałam czasu. Nie zamknęłam drzwi – ale też ich nie otworzyłam. Nie od razu. Justyna powiedziała, że jestem odważna. Sama nie wiem. Po prostu nauczyłam się słuchać siebie. Czasem cicho, jak przez ścianę. Czasem nieporadnie, ale się staram.

Nadal pracuję w sklepie. Nadal mówię ludziom coś miłego. Tylko teraz to już nie jest postanowienie. To mój sposób na życie. Czasem, kiedy mówię coś ciepłego klientowi, słyszę, jak ktoś z kolejki dodaje coś od siebie. Jakby ten jeden promień światła odbijał się dalej.

Czasem czuję się nie na miejscu. Na spotkaniach kobiet. W nowej bluzce. Wśród śmiechu. Już nie muszę tego tłumaczyć. Mogę po prostu być. Nie wiem, co przyniesie ten rok. Może nic wielkiego. Może tylko to, że będę codziennie mówić komuś – i sobie – coś dobrego. Może, po raz pierwszy od lat, nie będę już tylko „panią Basią ze sklepu”. Może znowu będę Barbarą. Uśmiechniętą kobietą.

Barbara, 48 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama