Reklama

Nie wiem, kiedy dokładnie zaczęłam być dla wszystkich przezroczysta. Może wtedy, gdy Andrzej przestał mnie całować na powitanie, tylko rzucał kurtkę na krzesło i włączał telewizor. Może, gdy Kasia – nasza córka – zaczęła pytać mnie wyłącznie o przelew na telefon, a nie o to, jak się czuję. Czasem myślę, że od lat w tym domu nie padło zwyczajne „dziękuję”. Dni mi się mieszają – śniadania, obiady, pranie, rachunki, nikt nie zauważa, że coś robię. Nawet kot omija mnie szerokim łukiem, jakbym była powietrzem.

Kolęda miała być odskocznią od tej szarości. Wymyśliłam sobie, że tym razem nie dam tylko koperty – zrobię coś, czego sama potrzebuję: schabowe, takie jakich nikt tu już nie docenia. Smażenie kotletów urasta u mnie do rangi święta, choć tylko ja o tym wiem. Andrzej wchodzi do kuchni, krzywi się na zapach tłuszczu:

– Przecież on tylko przyjdzie po kopertę, po co się tak wysilasz?

A ja się wysilam. Dla siebie, nie dla nich. Może ksiądz Marek, ten nowy, zobaczy we mnie coś więcej niż kucharkę. Może powie jedno „dziękuję” – pierwsze od dawna.

Poczęstowałam księdza kotletami

Ksiądz Marek przyszedł punktualnie. Młody, elegancki, trochę nie pasował do naszej parafii. Uśmiechnął się serdecznie, jakby naprawdę chciał tu być.

– O, jak tu pachnie! – zawołał już od progu, aż sama się zarumieniłam.

Zaproponowałam, żeby usiadł do stołu, chociaż wiedziałam, że Andrzej się wścieknie. Mąż przyszedł z pracy z miną, która już zapowiadała awanturę. W milczeniu nalał sobie herbaty i od razu sięgnął po gazetę.

– Proszę księdza, zrobiłam schabowe – powiedziałam, próbując jakoś rozładować napięcie.

Ksiądz spojrzał na mnie z uznaniem.

– Cudownie! Wie pani, moja mama też smaży takie kotlety. Zawsze mówiła, że kto gotuje z sercem, ten ma szansę być świętym.

Zaśmiałam się cicho, pierwszy raz od dawna z kimś żartowałam.

– No to mam czyste sumienie – odpowiedziałam.

Przez chwilę naprawdę poczułam się jak gospodyni, którą ktoś widzi, a nie służąca na etacie. Ksiądz jadł powoli, uważnie, jakby nie chciał uronić ani kęsa.

– Takie kotlety to znak, że ktoś tu kocha dom – powiedział cicho, patrząc mi prosto w oczy.

Andrzej prychnął zza gazety.

– No, chyba się spodobało, to może teraz ksiądz będzie częściej wpadał. Chyba żona wreszcie znalazła wdzięcznego smakosza.

Udawałam, że nie słyszę. Ksiądz spuścił wzrok, próbował załagodzić sytuację:

– O, proszę pana, nie ma jak domowy obiad. Nigdzie, nawet w kurii, nie smakują tak schabowe.

Czułam, jak w środku narasta we mnie dziwne ciepło, jakby ktoś po latach zdjął ze mnie ciężar niewidzialności. Przez godzinę byłam kimś ważnym. Komuś naprawdę smakowało to, co zrobiłam.

Mąż nic nie rozumiał

Po wizycie księdza dom wydał mi się jeszcze bardziej pusty niż zwykle. Andrzej nawet nie spojrzał w moją stronę. Zmywałam talerze i próbowałam nazwać to uczucie, które zostało mi po tamtej kolędzie. To nie była radość, raczej coś na kształt tęsknoty. Chyba po prostu poczułam się… zauważona.

Wieczorem postanowiłam porozmawiać z Andrzejem.

– Słuchaj, chciałabym… żebyś czasem powiedział mi coś miłego. Albo po prostu podziękował za obiad – zaczęłam nieśmiało.

On tylko wzruszył ramionami, nawet na mnie nie spojrzał.

– Przecież masz wszystko. Nie przesadzaj, Renata. Jesteś przewrażliwiona.

Coś we mnie pękło. Oparłam się o stół i wyrzuciłam z siebie jednym tchem:

– Nawet ksiądz docenił mnie bardziej niż ty przez tyle lat! Nawet on potrafił spojrzeć na mnie jak na człowieka!

Andrzej podniósł głowę znad telefonu, zaskoczony, może nawet lekko zły.

– No co ty znowu wymyślasz? Chcesz, żebym ci codziennie dziękował za schabowego? A może mam zacząć bić brawo po każdym obiedzie?

– Ja nie chcę braw, Andrzej! Chcę, żebyś czasem zobaczył, że tu jestem. Że robię coś nie tylko z obowiązku.

Zamilkł, wpatrzony w podłogę.

– Przestań, Renata, to już robi się nudne – rzucił w końcu, po czym wyszedł z kuchni, trzaskając drzwiami.

Zostałam sama. Talerze stały równo na suszarce, schabowy jeszcze pachniał w powietrzu, ale dla mnie już wszystko było martwe.

Obgadywali mnie

Kilka dni po kolędzie usłyszałam głosy na klatce schodowej. Pani Wanda, nasza sąsiadka, stała przy furtce i plotkowała z Andrzejem. Nie zauważyli, że wracam ze sklepu.

– No powiem ci, Andrzej, ten nowy ksiądz to chyba się zakochał w twojej żonie – śmiała się Wanda, kręcąc głową. – Takie schabowe to nie przypadek, nie każdemu tak smaży.

Andrzej odpowiedział śmiechem, ale już po chwili dodał z ironią:

– Ona zawsze lubiła być w centrum uwagi. Nawet jak kotlety smaży, to robi z tego widowisko.

Coś we mnie pękło. Ręce zaczęły mi drżeć, chleb prawie wypadł mi z siatki. Weszłam na podwórko, nie siląc się na uprzejmości.

– To może powinnam się zatrudnić jako kucharka na plebanii, skoro tak dobrze mi idzie? – powiedziałam ostro.

Wanda się zmieszała, ale Andrzej tylko wzruszył ramionami.

– Przestań, Renata, nikt ci nie broni smażyć schabowych, jak lubisz.

– Może kiedyś zauważycie, że nie jestem tu tylko od gotowania! – wyrzuciłam z siebie, czując, że zaraz się rozpłaczę.

– Nie przesadzaj, kobieto – burknął Andrzej. – Nikt cię nie zmusza. Chcesz – gotujesz, nie chcesz – nie gotujesz.

Spojrzałam na Wandę. Ta stała speszona, wyraźnie jej było głupio.

– Chciałam dobrze. Ale widocznie tu nikogo to nie obchodzi – powiedziałam już ciszej i weszłam do domu, zanim zdążyli się odezwać.

W kuchni oparłam się o blat, walcząc ze łzami.

Było jak na spowiedzi

W niedzielę poszłam do kościoła, choć ostatnio rzadko się tam pojawiałam. Potrzebowałam choć chwili spokoju, gdzie nikt nie będzie oceniał mojego gotowania, wyglądu, humoru. Po mszy ksiądz Marek podszedł do mnie, uśmiechnął się łagodnie.

– Pani Renato, może znajdzie pani chwilę na herbatę na plebanii? – zapytał. – Chciałbym podziękować za ten wspaniały obiad… i po prostu porozmawiać.

Zgodziłam się, choć przez chwilę miałam wyrzuty sumienia, jakby to było coś zakazanego. W plebanii było cicho, pachniało ciastkami i starymi książkami. Ksiądz Marek nalał mi herbaty, usiadł naprzeciwko.

– Muszę pani coś powiedzieć – zaczął. – W pani oczach widzę… smutek. Trochę jakby nikt pani nie słuchał, prawda?

Zaskoczył mnie, bo nikt wcześniej nie zapytał, jak się czuję.

– W domu chyba już dawno nikt mnie nie widzi – powiedziałam cicho. – Robię wszystko, żeby było dobrze, a i tak jestem jak cień.

Przez chwilę milczeliśmy.

Każdy z nas chce być zauważony. My, księża, też – przyznał Marek. – Ale pani… pani nosi w sobie jakąś czułość, którą łatwo przeoczyć. To się czuje nawet po smaku kotleta.

Wzruszyło mnie to bardziej, niż chciałam. Zaczęłam mówić, najpierw nieśmiało, potem coraz śmielej. O tym, jak Andrzej mnie nie słucha. Jak Kasia wszystko wie lepiej. Jak każdego dnia znikam coraz bardziej. Wróciłam do domu, czując w sobie nie tylko chaos, ale i coś, co dawno temu nazywałam nadzieją.

Coś się we mnie zmieniło

Wieczorem przyszła do mnie Kasia. Weszła do kuchni, położyła telefon na stole i przez chwilę tylko patrzyła, jak układam naczynia.

Mamo, co się z tobą dzieje? – zapytała nagle, bez złości, ale i bez czułości. – Jesteś jakaś inna. Ty się przypadkiem nie zakochałaś?

Zamarłam, zaskoczona jej słowami.

– Nie, Kasia. Nie zakochałam się. Ale może pierwszy raz od bardzo dawna ktoś mnie zauważył – powiedziałam, czując, jak coś mnie ściska w gardle.

– To co, chcesz teraz zrobić? – rzuciła, jakby chciała mnie sprowokować.

– Nie wiem. Przez całe życie robiłam wszystko dla was. A teraz sama nie wiem, czy to wystarczy. Czy mam w ogóle jeszcze jakieś prawo być… sobą.

Kasia wstała gwałtownie, zaczęła nerwowo chodzić po kuchni.

– Ty zawsze robisz z igły widły! Zamiast się cieszyć, że masz dom, masz nas! Inni mają gorzej!

Poczułam nagłą złość.

– Ty nic nie rozumiesz. Myślisz, że wystarczy mieć dom, żeby być szczęśliwym? Całe życie myślałam, że najważniejsze to dawać, dbać, gotować. Ale chyba zgubiłam gdzieś siebie po drodze.

Kasia popatrzyła na mnie ze zdziwieniem i trochę… strachem.

– To co teraz? – spytała szeptem.

Nie umiałam odpowiedzieć. Wiedziałam tylko, że pierwszy raz od lat dawna miałam ochotę zawalczyć o siebie.

Renata, 55 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama