„Zrobiłam faworki i pączki z różą, by ugościć teściów córki. W tłusty czwartek pokazali, komu wystaje słoma z butów”
„Przez trzy dni stałam przy kuchni, masując obolałe nogi, byle tylko teściowie mojej jedynaczki poczuli się u nas jak królowie. Sądziłam, że zapach domowego ciasta i staropolska gościnność przełamią lody, zniwelują różnice w wykształceniu i stanie konta. Myliłam się".

- Redakcja
To miał być najważniejszy dzień w moim życiu od czasu ślubu córki. Chciałam pokazać, że choć mieszkam na końcu świata, to serce mam otwarte na oścież, a moje progi są gościnne jak żadne inne. Przez trzy dni stałam przy kuchni, masując obolałe nogi, byle tylko teściowie mojej jedynaczki poczuli się u nas jak królowie. Sądziłam, że zapach domowego ciasta i staropolska gościnność przełamią lody, zniwelują różnice w wykształceniu i stanie konta. Myliłam się. To, co wydarzyło się przy moim stole, do dziś śni mi się po nocach jako największe upokorzenie, jakiego doznałam we własnym domu.
Dla mnie gościnność to świętość
Wiedziałam, że to nie będzie zwykła wizyta. Moja Kasia, odkąd wyjechała na studia do Warszawy, zmieniła się nie do poznania. Zniknęły jej rumiane policzki, a pojawiła się bladość, którą nazywała arystokratyczną, choć dla mnie wyglądała po prostu na zmęczoną. Wyszła za mąż za Tomasza, chłopaka z tak zwanej dobrej rodziny. Jego rodzice, Elżbieta i Ryszard, byli ludźmi sukcesu. Ona prowadziła klinikę medycyny estetycznej, on był wziętym architektem. Widziałam ich tylko raz, na ślubie, gdzie ledwo zamieniliśmy dwa zdania, bo ciągle byli zajęci zabawianiem ważniejszych gości. Teraz mieli przyjechać do mnie. Do starego, drewnianego domu pod lasem, który pamiętał jeszcze czasy mojego pradziadka.
– Mamo, tylko proszę cię, bez przesady – ostrzegała mnie Kasia przez telefon dzień przed wizytą. – Oni jedzą lekko. Żadnego smalcu, żadnej zasmażki na pół palca.
– Dziecko, przecież nie dam im byle czego– obruszyłam się i w duchu już planowałam menu.
Dla mnie gościnność to świętość. U nas na wsi stół musi się uginać. Jeśli gość widzi dno talerza, to znaczy, że gospodyni jest skąpa albo biedna. A ja nie byłam ani taka, ani taka. Miałam swoje kury, kaczki, własne warzywa w ogródku. Chciałam ich ugościć tym, co mam najlepsze. Prawdziwym, wiejskim jedzeniem, a nie tymi plastikowymi pudełkami, które widywałam w telewizji. Wyciągnęłam z szafy odświętny obrus, ten ręcznie haftowany przez moją babcię. Wyprałam firanki, aż lśniły bielą. Sąsiadka, Jadźka, przyszła pomóc mi myć okna, choć kręciła głową z niedowierzaniem.
– Danusia, po co ty się tak mężczysz? – pytała, wycierając szybę gazetą. – Przecież oni tu nie inspekcję robią, tylko w odwiedziny jadą.
– Ty nie rozumiesz, Jadzia – odpowiadałam, zagniatając ciasto. – Oni są z innego świata. Nie chcę, żeby Kasia się za mnie wstydziła. Żeby pomyśleli, że ich synowa z jakiejś dziczy pochodzi.
Wydałam połowę emerytury, by przyrządzić najlepszy obiad. A na deser zaplanowałam moją specjalność: faworki, kruche, cieniutkie jak pergamin, i pączki z różą, którą sama smażyłam latem w wielkim miedzianym kotle.
Witajcie w moich skromnych progach!
Zajechali punktualnie w południe. Ich wielki, czarny samochód terenowy wyglądał na moim podwórku jak statek kosmiczny, który wylądował pośrodku kurnika. Kury rozbiegły się w popłochu, gdacząc wniebogłosy, a Reksio, mój stary kundelek, szczekał tak zaciekle, jakby bronił nas przed inwazją. Wyszłam na ganek, wycierając ręce w fartuch, który w ostatniej chwili zdjęłam, żeby wyglądać elegancko w mojej najlepszej sukience w kwiaty. Z samochodu najpierw wysiadła Kasia. Wyglądała pięknie, ale sztywno. Za nią wysiadł Tomasz, a potem oni – Elżbieta i Ryszard. Elżbieta miała na sobie beżowy płaszcz, który pewnie kosztował więcej niż wymiana dachu na mojej stodole. Jej buty na obcasie natychmiast zapadły się w miękką ziemię podwórka. Skrzywiła się, patrząc na swoje obuwie z taką miną, jakby wdepnęła w coś okropnego.
– Dzień dobry! – zawołałam, szeroko rozkładając ramiona. – Witajcie w moich skromnych progach!
Elżbieta podała mi dłoń, jakby była ze szkła. Jej uścisk był zimny i wiotki.
– Dzień dobry pani Danuto – powiedziała z wymuszonym uśmiechem. – Cóż za... okolica. Taka dzika. Ryszard, uważaj na spodnie, tu jest pełno błota.
Weszli do środka. Byłam dumna z mojego domu. Podłogi lśniły, w piecu kaflowym wesoło trzaskał ogień, a aromat z kuchni wypełniał każdą izbę. Dla mnie to był zapach domu, ciepła i bezpieczeństwa.
– Ojej, ale tu duszno – stwierdziła Elżbieta, zdejmując płaszcz. – Taki intensywny zapach jedzenia... to wchodzi w ubrania.
Poczułam pierwsze ukłucie w sercu, ale zignorowałam je. Przecież to miastowi, oni przyzwyczajeni do klimatyzacji, pomyślałam. Zaprosiłam wszystkich do stołu.
Cokolwiek bym nie zrobiła, i tak będzie źle
Zupa była pierwsza. Rosół z trzech mięs, złocisty, z domowym makaronem, który kroiłam tak cienko, że nitki były niemal przezroczyste. Postawiłam wazę na środku stołu z dumą.
– Proszę, częstujcie się. Prawdziwy, wiejski rosół, na wolnym ogniu gotowany od wczoraj – zachęcałam.
Ryszard nałożył sobie odrobinę, przyglądając się cieczy podejrzliwie. Elżbieta tylko zamoczyła łyżkę.
– Wygląda na bardzo... treściwy – powiedziała, odsuwając talerz. – Czy te oka tłuszczu na wierzchu są konieczne? My z mężem unikamy tłuszczów. Cholesterol, rozumie pani. W naszym wieku trzeba o siebie dbać.
– Ależ to samo zdrowie! – próbowałam bronić mojego dzieła.
– Mamo, oni naprawdę jedzą inaczej – wtrąciła się Kasia, patrząc na mnie błagalnym wzrokiem. Sama jadła rosół, ale widziałam, że robi to szybko, byle tylko skończyć.
Zabrałam prawie pełne talerze z poczuciem porażki, ale nie poddawałam się. Drugie danie musiało ich zachwycić. Wniosłam półmiski z kotletami, ziemniaczki z koperkiem, zasmażane buraczki i mizerię na swojskiej śmietanie. Wszystko parowało, pachniało majerankiem i czosnkiem.
– Ja to podziękuję – powiedział Ryszard. – Unikam ciężkostrawnego jedzenia.
– Proszę spróbować chociaż odrobinę – nie dawałam za wygraną.
Elżbieta nałożyła sobie odrobinę buraczków i jeden ziemniak. Mięsa nawet nie dotknęła. Siedzieli nad tymi talerzami i grzebali w jedzeniu jak w śmieciach. Rozmawiali przy tym o rzeczach, których kompletnie nie rozumiałam – o kursach walut, o jakimś nowym polu golfowym pod Warszawą, o diecie pudełkowej, która "zmieniła ich życie". Czułam się przy własnym stole jak służąca. Nikt nie pochwalił smaku, nikt nie zapytał, ile pracy włożyłam w przygotowanie obiadu. Wtedy zrozumiałam, że cokolwiek bym nie zrobiła, i tak będzie źle. Nie chodziło o jedzenie. Chodziło o to, że dla nich byłam kimś gorszym. Kimś, kto nie zna się na "światowym życiu", kto karmi ludzi "tłuszczem", jak to szeptem skomentował Ryszard do swojego syna, myśląc, że nie słyszę, gdy szłam do kuchni po kompot.
To nie to samo co z cukierni
Mimo wszystko miałam nadzieję, że deser uratuje sytuację. Słodycze łagodzą obyczaje, prawda? Moje faworki i pączki były słynne na całą gminę. Ksiądz proboszcz zawsze mówił, że to "niebo w gębie". Przepis był stary, jeszcze od mojej prababci. Wniosłam wielki talerz, posypany obficie cukrem pudrem. Wyglądało to pięknie, jak ośnieżona góra słodkości.
– A teraz niespodzianka! – ogłosiłam, stawiając talerz na stole. – Faworki, u nas zwane chrustem, i pączki z różą. Świeżutkie, jeszcze ciepłe.
Elżbieta spojrzała na talerz z przerażeniem.
– Smażone w głębokim tłuszczu? – zapytała cicho, ale w ciszy, która zapadła, zabrzmiało to jak oskarżenie.
– Na smalcu, proszę pani. Tylko na smalcu wychodzą takie kruche – odparłam z dumą.
Elżbieta i Ryszard wymienili spojrzenia pełne wyższości. Jednak Tomasz, mój zięć, sięgnął po faworka.
– Spróbuję, pachnie obłędnie – powiedział i ugryzł kawałek. – Pyszne! Mamo, tato, spróbujcie. To nie to samo co z cukierni.
Pod presją syna, Elżbieta wzięła w dwa palce jednego faworka. Ugryzła malutki kęs. Wszyscy patrzyliśmy na nią. Przez chwilę żuła, a potem jej twarz wykrzywił grymas. Sięgnęła gwałtownie po serwetkę. Wypluła w nią przeżuty kawałek ciasta. Zrobiła to niby dyskretnie, ale przy stole siedziało tylko pięć osób. Wszyscy to widzieliśmy. Odłożyła serwetkę na bok talerza z wyraźną ulgą.
– Przepraszam najmocniej – powiedziała, biorąc łyk wody. – Ale to jest... po prostu nasiąknięte tłuszczem. Czuję sam smalec. To jest niejadalne, pani Danuto. Przykro mi, ale mój żołądek by tego nie wytrzymał.
Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Moje faworki. Moja praca. Moje serce na talerzu. Ryszard, widząc reakcję żony, nawet nie dotknął swojego kawałka.
– Obawiam się, że Elżbieta ma rację. Jesteśmy przyzwyczajeni do lżejszej kuchni. Takie ciężkie, smażone rzeczy to przeżytek. Teraz świat od tego odchodzi.
Spojrzałam na córkę. Kasia siedziała ze spuszczoną głową, czerwona jak burak. Milczała. To bolało najbardziej. Że nie powiedziała ani słowa w obronie matki, która stała nad kuchnią trzy dni, żeby ich ugościć.
Nie dam im tej satysfakcji
Wstałam od stołu. Nogi mi drżały, ale w środku poczułam dziwny spokój. Ten rodzaj spokoju, który przychodzi, gdy człowiek traci wszelką nadzieję i przestaje mu zależeć.
– Rozumiem – powiedziałam cicho. – Przepraszam, że moje jedzenie państwu nie odpowiada. Innego nie mam. I inna nie będę.
Zaczęłam zbierać talerze. Ryszard próbował coś jeszcze mówić, ale ja już go nie słuchałam. Wyniosłam wszystko do kuchni. Tam, oparta o zlew, pozwoliłam, by jedna, samotna łza spłynęła mi po policzku. Ale tylko jedna. Nie dam im tej satysfakcji. Do kuchni wpadła Kasia.
– Mamo, przepraszam cię za nich – szepnęła, próbując mnie objąć.
Odsunęłam się delikatnie.
– Nie przepraszaj za nich, Kasiu. Przeproś za siebie – powiedziałam, patrząc jej prosto w oczy. – Bo pozwoliłaś, żeby obcy ludzie w twoim rodzinnym domu pluli na pracę twojej matki. I nie odezwałaś się ani słowem.
Córka zamarła. Widziałam w jej oczach ból, ale wiedziałam, że musiałam to powiedzieć.
– Oni są specyficzni, mamo, wiesz o tym...
– Są niewychowani – przerwałam jej ostro. – Pieniądze i dyplomy nie dają kultury, dziecko. Kultura to szacunek do czyjejś pracy i gościnności. Można czegoś nie jeść, można podziękować. Ale wypluwać jedzenie przy gospodarzu i prawić kazania przy stole? To jest prostactwo, choćby ubrane w jedwabie.
Reszta wizyty przebiegła w lodowatej atmosferze. Państwo "wielkomiejscy" nagle przypomnieli sobie, że mają ważne spotkanie następnego dnia rano i muszą wracać wcześniej. Nie zatrzymywałam ich. Nie wcisnęłam im też wałówki na drogę, co zawsze robiłam dla Kasi. Niech jedzą swoje sałatki. Kiedy ich czarne auto zniknęło za zakrętem, poczułam ulgę. Zostałam sama z górami jedzenia. Wszystko nietknięte. Zadzwoniłam do Jadźki.
– Jadzia, bierz męża, bierz wnuki i przychodźcie – powiedziałam do słuchawki. – Mam tu wesele bez pary młodej. Wszystko się zmarnuje.
Przyszli po piętnastu minutach. Jadźka, jej stary Zdzichu i trójka ich wnuków. Usiedli przy tym samym stole, przy tym samym obrusie.
– Boże, Danusia, te pączki to poezja! – wołał Zdzichu.
Dzieciaki zajadały faworki, aż im się uszy trzęsły, całe umorusane w cukrze pudrze.
– Pani Danusiu, lepszych w życiu nie jadłem! – krzyknął najmłodszy, Antek.
Patrzyłam na nich i serce mi rosło. To byli prości ludzie. Jadźka całe życie pracowała w polu, Zdzichu był traktorzystą. Nie znali się na architekturze ani na medycynie estetycznej. Ale wiedzieli, co to szacunek. Wiedzieli, co to wdzięczność. I wiedzieli, co to dobry smak – ten prawdziwy, nie ten z magazynów mody. Jadzia spojrzała na mnie znad talerza rosołu.
– Nie przejmuj się. Ty masz złote ręce, Danka. A oni mają tylko zadarte nosy.
Tego wieczoru, przy głośnych rozmowach, śmiechu i mlaskaniu moich sąsiadów, zrozumiałam coś ważnego. Nie muszę nikomu nic udowadniać. Moje życie, mój dom i moje jedzenie mają wartość. Wartość, której nie mierzy się w kaloriach, ale w sercu, które się w to wkłada. Moja Kasia zadzwoniła wieczorem. Płakała. Powiedziała, że pokłóciła się z mężem w drodze powrotnej, że jest jej wstyd. Powiedziałam jej, że ją kocham, ale musi zrozumieć, że ja do ich świata nie pasuję i nie będę się w niego wciskać na siłę. A oni nie pasują do mojego. I może tak jest lepiej.
Następnego dnia rano wyszłam nakarmić kury. Powietrze było rześkie, pachniało mokrą ziemią i bzem. Spojrzałam na pusty talerz po faworkach, który został na stole w altance po wczorajszej biesiadzie z sąsiadami. Zostały tylko okruchy cukru pudru. Uśmiechnęłam się do siebie. Nikt mi już nie wmówi, że moje faworki są gorsze. Są najlepsze, bo są zrobione z miłością. A kto tego nie czuje, ten jest biedniejszy, niż myśli.
Danuta, 64 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W tłusty czwartek zaprosiłam rodzinę na domowe pączki. Nie sądziłam, że tego dnia poznam sekretne grzeszki teścia”
- „W tłusty czwartek zamiast pączków najadłam się wstydu. Nigdy nie zapomnę tego, co zrobiła mi teściowa”
- „Chciałam zrobić na złość teściowej i w tłusty czwartek przyniosłam wegańskie pączki. Wyśmiała mnie”

