Reklama

Od lat powtarzałam sobie, że macierzyństwo to inwestycja bez gwarancji zwrotu. Oddałam swoje marzenia z myślą, że komuś innemu będzie lepiej. Patrzyłam, jak moje córki rosną, uczą się świata i nabierają odwagi. Nie spodziewałam się tylko, że kiedyś usłyszę, że to ja jestem ciężarem, który nie pozwala im wzlecieć.

Byłam z nich dumna

Kiedy urodziła się Lena, byłam na trzecim roku architektury. Miałam szkicownik pełen projektów i głowę pełną wizji małych domów z wielkimi oknami. Wykładowca powtarzał, że mam wyczucie przestrzeni.

Nie zmarnuj tego – powiedział mi kiedyś, oddając poprawiony projekt.

Kilka miesięcy później trzymałam w rękach akt urodzenia córki i zastanawiałam się, jak pogodzić kolokwia z nocnym czuwaniem przy łóżeczku. Nie pogodziłam.

– To tylko kilka lat przerwy – tłumaczyłam sobie i wszystkim wokół. – Potem wrócę.

Potem urodziła się Maja. A potem okazało się, że „kilka lat” rozciągnęło się jak stara gumka – cienka, napięta i gotowa pęknąć. Mój mąż pracował coraz więcej.

Ktoś musi utrzymać dom – mówił, całując mnie w czoło, gdy wychodził przed świtem.

Nie miałam mu tego za złe. Sama zdecydowałam, że zostanę w domu. To ja chciałam być przy pierwszych krokach, pierwszych słowach, pierwszych szkolnych występach. Pamiętam, jak Lena stała na scenie w przedszkolu, ubrana w papierowe skrzydła.

– Mamo, widzisz mnie? – zawołała ze sceny.

– Zawsze – odpowiedziałam, czując, jak łzy napływają mi do oczu.

Byłam przy nich zawsze. Przy odrabianiu lekcji, przy konkursach, przy pierwszych porażkach.

– Nie dostałam się do chóru – szlochała Maja w siódmej klasie.

– To nic – przytuliłam ją mocno. – Spróbujesz gdzie indziej. Masz talent, tylko jeszcze go nie odkryli.

Organizowałam dodatkowe zajęcia, woziłam je na warsztaty, siedziałam godzinami w poczekalniach. W międzyczasie przyjmowałam drobne zlecenia – komuś zaprojektowałam kuchnię, komuś ogród. Robiłam to nocami, gdy dom cichł. Czułam zmęczenie, ale też dumę. Patrzyłam, jak Lena dostaje się na wymarzone studia za granicą, jak Maja wygrywa konkurs wokalny.

To twoja zasługa, mamo – powiedziała kiedyś Lena, pakując walizkę.

Te słowa niosły mnie przez kolejne miesiące samotności w pustym domu. Z czasem zaczęły wracać na weekendy. Opowiadały o nowych znajomych, o planach, o świecie większym niż nasze miasteczko. Słuchałam z zachwytem, choć czasem miałam wrażenie, że stoję po drugiej stronie szyby. One biegły naprzód, a ja zostałam tam, gdzie kiedyś się zatrzymałam. Któregoś wieczoru siedziałyśmy wszystkie trzy przy stole. Rozmawiały o wspólnym wyjeździe do stolicy.

– Wynajmiemy mieszkanie razem – ekscytowała się Maja. – Będzie taniej i raźniej.

To świetny pomysł – uśmiechnęłam się.

Zapadła cisza. Lena spojrzała na mnie niepewnie.

– Mamo… a ty co zrobisz?

– Jak to co? – zaśmiałam się lekko. – Będę tu. Dom przecież sam się nie ogarnie.

Córki wymieniły spojrzenia. Wtedy jeszcze nie rozumiałam, że to był początek kłopotów.

Miały do mnie żal

Zaczęło się od drobnych uwag, półżartów, które udawałam, że mnie nie dotykają. Siedziałyśmy w kawiarni w centrum, tej z zielonymi krzesłami i wielkimi oknami. Lena przeglądała oferty pracy na laptopie, Maja opowiadała o przesłuchaniu do studenckiego musicalu.

– Wiesz, mamo – zaczęła Lena, nie odrywając wzroku od ekranu – w stolicy jest zupełnie inne tempo życia. Tam trzeba być elastycznym, gotowym na zmiany.

– To chyba dobrze – odpowiedziałam. – Świat nie stoi w miejscu.

– No właśnie – wtrąciła Maja. – A ty… ty tak bardzo przywiązujesz się do jednego miejsca.

Uśmiechnęłam się, choć coś we mnie drgnęło.

– Ktoś musi pilnować korzeni – zażartowałam.

Maja westchnęła.

– Tylko że my nie chcemy już być zakotwiczone.

To słowo zawisło między nami jak ciężka zasłona. Zakotwiczone.

Przecież was nie zatrzymuję – powiedziałam spokojnie. – Zawsze was wspierałam.

Lena wreszcie podniosła wzrok.

– Wspierałaś, tak. Jednak czasem czuję, że… – zawahała się – że jesteś od nas tak zależna, że trudno nam podejmować decyzje bez myślenia, czy cię to nie zrani.

Zamarłam

– Zależna? – powtórzyłam cicho.

– Mamo, odkąd tata wyjechał do pracy za granicę, cały twój świat to my – powiedziała Maja. – Dzwonisz codziennie, pytasz o każdy szczegół. Czasem mam wrażenie, że jeśli coś zmienimy, to jakbyśmy ci coś odbierały.

Nie wiedziałam, że tak to widzą. Dla mnie te rozmowy były nicią, która łączyła nas mimo odległości.

– Chcę wiedzieć, co u was – tłumaczyłam. – Martwię się. To normalne.

– Normalne, ale… – Lena zacisnęła usta. – Czasem czuję, jakbyś trzymała nas w miejscu swoim lękiem.

Wróciłam do domu z uczuciem, jakby ktoś zdjął ze mnie ciepły płaszcz w środku zimy. Chodziłam po pustych pokojach i słyszałam echo ich słów. „Trzymasz nas w miejscu”. Wieczorem zadzwoniła Maja.

Nie gniewasz się? – zapytała niepewnie.

– Nie – skłamałam. – Myślę tylko.

Przez kolejne dni analizowałam każdy gest. Przypominałam sobie, jak nalegałam, by Lena wracała na każde święta.

Przecież to tradycja – mówiłam.

Albo jak przekonywałam Maję, by nie brała dodatkowej pracy w trakcie sesji.

– Skup się na nauce. Pieniądze nie są najważniejsze.

Czy to było wsparcie, czy kontrola ubrana w troskę? Któregoś popołudnia znalazłam w szufladzie stary szkicownik. Otworzyłam go i zobaczyłam projekt małego domu z dużymi oknami. Podpisany: „Iwona, 22 lata”. Usiadłam na podłodze i nagle zrozumiałam, że od lat żyję ich życiem. Każdy ich sukces był moim tlenem. Każda ich decyzja – moim lękiem. Kilka dni później przyjechały na weekend. Atmosfera była napięta.

– Mamo – zaczęła Lena przy kolacji – my naprawdę cię kochamy. Tylko chcemy czuć, że możemy iść swoją drogą bez poczucia winy.

– Czyli jestem kotwicą – powiedziałam wprost.

Maja spuściła wzrok.

– Czasem tak to czuję.

Te słowa bolały. Bo przez lata powtarzałam sobie, że jestem ich wiatrem w plecy. Tamtej nocy długo nie spałam. Wpatrywałam się w sufit i zadawałam sobie pytanie, którego unikałam od lat: kim jestem, kiedy nie jestem potrzebna?

Musiałam coś zmienić

Rano zeszłam do kuchni. Postawiłam na stole trzy kubki z herbatą, jakby wszystko miało wyglądać normalnie. Lena i Maja przyszły po chwili – zaspane, ostrożne.

– Możemy porozmawiać? – zapytałam, zanim zdążyły usiąść.

Wymieniły spojrzenia i kiwnęły głowami.

– Myślałam o tym, co powiedziałyście – zaczęłam. Głos lekko mi drżał, ale nie chciałam się cofnąć. – I miałyście rację.

– Mamo… – Maja ścisnęła kubek w dłoniach.

– Nie przerywajcie. – Uśmiechnęłam się słabo. – Zrobiłam z was całe moje życie. To był mój wybór. Nie żałuję go. Jednak zapomniałam, że wy nie jesteście odpowiedzialne za moje poczucie sensu.

W kuchni zrobiło się cicho.

– Bałam się – przyznałam. – Kiedy wyjechał tata, kiedy wy zaczęłyście dorastać… Miałam wrażenie, że jeśli was nie będę trzymać blisko, to zostanę sama z pustką.

Lena wstała i podeszła do mnie.

Nie chcemy, żebyś była sama – powiedziała cicho. – Chcemy, żebyś miała coś swojego.

Wzięłam głęboki oddech.

– Mam coś swojego. A raczej… miałam.

Poszłam do salonu i przyniosłam szkicownik. Położyłam go na stole.

– Zgłosiłam się na kurs projektowania wnętrz – powiedziałam szybko, zanim zabraknie mi odwagi. – Zaczyna się za miesiąc.

Maja otworzyła szeroko oczy.

– Naprawdę?

– Naprawdę. Nie będę już czekać, aż ktoś mnie zaprosi do swojego życia.

Zapadła cisza, tym razem inna – lżejsza

Lena zaśmiała się przez łzy, a Maja nagle mnie objęła.

Bałam się, że cię skrzywdziłyśmy – wyszeptała.

– Skrzywdziłyście – przyznałam uczciwie. – Ale czasem musi zaboleć, żeby coś zmieniło się na lepsze.

Kilka miesięcy później siedziałyśmy w małej restauracji w stolicy. Opowiadałam im o pierwszym zleceniu – projekcie kawiarni z ogromnymi oknami.

Mamo, brzmisz inaczej – zauważyła Maja.

– Jak? – zapytałam.

– Jakbyś znowu miała skrzydła.

Uśmiechnęłam się. Nie byłam już ich kotwicą. I one nie były moją tratwą ratunkową. Stałyśmy obok siebie – trzy kobiety, każda na własnej drodze, ale wciąż połączone. Zrozumiałam wtedy, że rezygnacja z marzeń dla dzieci nie musi być wyrokiem. Można po nie wrócić. Nawet jeśli ma się czterdzieści osiem lat i drżące dłonie. A kiedy wieczorem wracałam do domu, po raz pierwszy od dawna czułam, że nie stoję w miejscu.

Iwona, 48 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama