Reklama

Nie mam pojęcia, kiedy to wszystko się tak posypało. Z początku było normalnie – drobne docinki, przekomarzanie się, czasem jakiś komentarz o skarpetkach na podłodze. Wydawało się, że to nic wielkiego, ot, domowe drobnostki. Tylko że te drobnostki zaczęły mnie dusić. Codziennie słyszałem, że nie sprzątam, nie pomagam, nie dbam. Wracałem do domu jak do pracy na drugi etat, tylko bez pensji i z wiecznym raportowaniem. Nie mogłem już oddychać. W końcu któregoś dnia, patrząc na jej twarz pełną pretensji, spakowałem torbę. Nie zrobiłem awantury. Po prostu wyszedłem.

Zaczęło się od drobiazgów

– Znowu skarpetki na dywanie – rzuciła tonem, który miał w sobie więcej chłodu niż zimowy poranek.

– Serio? Wróciłem pięć minut temu – odpowiedziałem, siadając zmęczony na kanapie.

– A od pięciu minut śmierdzą w salonie – odpowiedziała bez mrugnięcia okiem.

Wcześniej się śmialiśmy z takich sytuacji. „Typowy facet” – mówiła i wrzucała ubrania do kosza. Mówiła to z uśmiechem. Teraz nie było uśmiechu, tylko coraz częściej podniesiony głos i zawiedziony wzrok. Tak, zostawiałem rzeczy tam, gdzie nie trzeba. Czasem nie myłem naczyń od razu. Ale przecież nie biłem, nie piłem, przynosiłem wypłatę, kochałem ją na swój sposób.

Mimo to miałem wrażenie, że wszystko robię źle. Każdy dzień był sprawdzianem z bycia idealnym mężem, a ja ciągle oblewałem. Znikały wspólne śniadania, rozmowy, żarty. Zamiast tego miałem codzienny monolog o tym, co znowu spartoliłem. Irytacja rosła we mnie powoli, jak ciśnienie w czajniku, który nikt nie zdążył zdjąć z ognia.

Coraz więcej milczenia

Zaczęło się od tego, że przestaliśmy ze sobą rozmawiać. Nie było awantur, rzucania talerzami, dramatycznych scen. Po prostu milczeliśmy. Ja zamykałem się w sobie, ona w swoich pretensjach. Wracałem z pracy i wiedziałem, że zaraz usłyszę: „Możesz nie rozrzucać swoich rzeczy?” albo „Ile razy mam ci powtarzać?”. Miałem wrażenie, że jedyne, co ją interesuje, to czy kubek trafił do zmywarki, a skarpetki do kosza.

Nie pytała, jak mi minął dzień. Ja też przestałem pytać. W pewnym momencie zorientowałem się, że mijamy się w jednym mieszkaniu jak współlokatorzy, którym los przydzielił ten sam metraż, ale inne życie. Oglądała seriale, ja udawałem, że pracuję przy komputerze. Unikaliśmy siebie nawzajem, jakby obecność drugiej osoby stawała się ciężarem.

Wieczorami leżeliśmy w łóżku metr od siebie, ale dzieliła nas przepaść. Kiedyś kładła głowę na moim ramieniu, teraz plecami odwracała się w swoją stronę. Niby razem, a jednak osobno. Czułem, że coś się kończy, tylko nie miałem odwagi nazwać tego po imieniu. Jakby wypowiedzenie na głos słów „coś między nami pękło” było ostatecznym przyznaniem się do porażki. Więc milczałem. Ona też.

Kiedyś była inna

Pamiętam, jak się poznaliśmy. Miała w sobie lekkość, śmiała się często, zaraźliwie. Ściągała buty w parku, żeby pochodzić boso po trawie. Nie przeszkadzało jej, że byłem trochę nieogarnięty – mówiła, że to urocze. Śmiała się z bałaganu w moim aucie, z rozczochranych włosów, z przypalonych naleśników. Lubiła moją spontaniczność, moją chaotyczność, moje „później to ogarnę”.

A potem coś się zmieniło. Może to ja przestałem się starać? Może ona chciała czuć się bardziej „zadbana”, ważna, zauważona, a ja nie umiałem jej tego dać? Z czasem to, co kiedyś ją bawiło, zaczęło ją drażnić. Moje skarpetki nie były już „uroczo porzucone”, tylko „wiecznie wszędzie walające się brudy”. Moje lenistwo przestało być „chłopięce”, a stało się „żenujące”.

Z jednej strony tęskniłem za tamtą wersją jej – swobodną, ciepłą, śmiejącą się z byle czego. Z drugiej – wiedziałem, że sam już nie jestem tym samym facetem. Praca mnie wypalała, wieczny stres, kredyt, presja. Przestałem być wyluzowany. Zacząłem być zmęczony. I może to zmęczenie zabiło w nas tę dawną bliskość. Zaczęliśmy siebie gubić. A najgorsze, że żadne z nas nie miało siły, żeby zacząć szukać.

Wyszedłem bez trzaśnięcia drzwiami

To nie był wybuch. Nie było krzyków, walących się drzwi, spakowanych walizek rzuconych z impetem. To był cichy moment, spokojny aż do przesady. Wróciłem z pracy, zdjąłem buty, wszedłem do kuchni. Ona stała przy blacie, kroiła warzywa.

Mógłbyś chociaż raz odłożyć kurtkę do szafy, nie na krzesło? – rzuciła znad deski, nie patrząc na mnie.

Zamknąłem oczy. Tak, kurtka była na krześle. Tak, znowu. I tak, wiedziałem, że zaraz usłyszę kolejną listę przewinień. Nie odpowiedziałem. Poszedłem do sypialni, wyjąłem z szafy torbę i zacząłem wrzucać do niej ubrania. Cicho. Bez słowa.

– Co ty robisz? – zapytała, kiedy usłyszała suwak.

– Wychodzę – powiedziałem spokojnie. – Nie kłóćmy się. Po prostu... już nie mogę.

Stała z nożem w ręku, zaskoczona, z otwartymi ustami. Nie krzyczała. Nie zatrzymała mnie. Nie wybiegła za mną. Po prostu patrzyła. Wyszedłem. Zamknąłem drzwi. Bez trzaśnięcia. Tak, jakby to wszystko naprawdę się już skończyło. Nie czułem ulgi. Nie czułem nic. Tylko ciszę.

Samotność potrafi krzyczeć

Na początku było dziwnie spokojnie. Wynająłem kawalerkę na obrzeżach miasta. Miałem swoją ciszę, swoje skarpetki na podłodze, swoją kubek zostawiony gdziekolwiek. Nikt mnie nie pouczał, nie gderał, nie przypominał o śmieciach. I przez chwilę było to nawet przyjemne.

Budziłem się i zasypiałem, nie słysząc żadnych wyrzutów. Po pracy wracałem do pustego mieszkania, siadałem na kanapie, włączałem telewizor i oglądałem co chciałem. Totalna wolność. Nikt się nie czepiał, że zostawiłem buty przy wejściu albo że pizza leżała dwa dni w pudełku. Tylko że ta wolność po tygodniu zaczęła mnie dusić bardziej niż wcześniejsze pretensje.

Nie było już komu powiedzieć: „Dzień dobry”. Nie było kto zapytać: „Zjesz coś ciepłego?”. Nie było nawet tej kurtki na krześle, która teraz nagle wyglądała... żałośnie.

Zacząłem słyszeć ciszę. Głośną, nieprzyjemną. Taką, co wypełnia ściany i sączy się przez każdą szczelinę. Patrzyłem w ekran telefonu, ale nie miałem do kogo napisać. Kumpel? Zajęty. Matka? Nie chcę jej martwić. Ona? Już chyba nie wolno. Wtedy zrozumiałem, że samotność nie zawsze oznacza spokój. Czasem wrzeszczy ci w twarz, tylko szeptem.

A jednak zatęskniłem

Minęły dwa miesiące. Dwa miesiące pozornej wolności, w której nie miałem się z kim pokłócić o głupią szklankę, ale też nie miałem komu powiedzieć „dobranoc”. Nie tęskniłem za gderaniem, tylko za jej obecnością. Za zapachem jej szamponu w łazience, za śmiechem, który dawniej rozbrzmiewał w kuchni, gdy coś mi nie wyszło. Za tym, że była. Po prostu była.

Zrozumiałem, że między tym jej narzekaniem, tym ciągłym „dlaczego znowu nie zrobiłeś?”, kryła się troska. Że chciała czuć się ważna. Dostrzegana. Że może jej sposób był irytujący, ale serce miała dobre. A ja? Udawałem, że wszystko mnie męczy, ale nie zrobiłem nic, by to naprawić.

Wziąłem kluczyki, wyszedłem z kawalerki i pojechałem pod nasz dawny blok. Nie dzwoniłem wcześniej. Po prostu zapukałem. Otworzyła. Bez makijażu, w dresie. I spojrzała na mnie tak, jakby przez chwilę nie wiedziała, czy się złościć, czy płakać.

– Cześć – powiedziałem cicho. – Zostawiłem ci kiedyś bałagan. Chciałbym teraz spróbować posprzątać.

Nie odpowiedziała od razu. Ale odsunęła się, robiąc mi miejsce w drzwiach.

Adam, 37 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama