Reklama

Z zewnątrz wszystko wyglądało jak spełniony plan. Dom pod miastem, mąż, który potrafił zadbać o finansowe bezpieczeństwo, i sześcioletnia córka, której śmiech wypełniał ogród. A jednak coraz częściej miałam wrażenie, że w tym obrazie mnie samej brakuje. Byłam obok – potrzebna, ale niewidzialna. Remont miał to zmienić. Miał odświeżyć ściany i nas. Nie przypuszczałam, że obnaży to, czego już nie dało się ukryć.

Wszystko było na mojej głowie

Remont zaczął się w poniedziałek. Kurz wdzierał się wszędzie, a ja przenosiłam rzeczy z kąta w kąt, próbując zachować resztki porządku. Tomasz wpadał do domu tylko na chwilę.

Wszystko pod kontrolą? – zapytał pierwszego dnia, rozglądając się po zdemolowanym salonie.

– Raczej pod warstwą pyłu – odpowiedziałam z lekkim uśmiechem.

Muszę teraz więcej pracować – dodał szybko. – To spory wydatek.

Skinęłam głową. Wiedziałam, że to prawda. Tyle że jego „więcej” oznaczało właściwie nieobecność. Wracał późno z telefonem przy uchu, myślami był gdzieś daleko. Kiedy próbowałam opowiedzieć mu o moim dniu, przerywał.

– Alicja, proszę, jestem wykończony. Porozmawiamy w weekend.

W weekend jednak zawsze pojawiało się coś pilniejszego.

Wiktor był jego zupełnym przeciwieństwem. Spokojny, skupiony, jakby miał czas na każde zdanie. Któregoś dnia pomógł mi przenieść ciężką szafkę.

– Proszę uważać, próg jest nierówny – powiedział, podtrzymując mebel. – Łatwo się potknąć.

Zabrzmiało to niemal symbolicznie, choć wtedy jeszcze tak o tym nie myślałam. Zaczęliśmy rozmawiać przy kawie, gdy ekipa robiła przerwę. O tym, że kiedyś chciałam studiować architekturę wnętrz, ale wybrałam „rozsądniej”. O tym, że czasem człowiek sam nie wie, kiedy rezygnuje z siebie.

– A pani mąż? – zapytał któregoś dnia. – Wspiera panią w tych marzeniach?

Zaśmiałam się krótko.

Mój mąż wspiera kredyty i faktury. To też ważne.

Wiktor spojrzał na mnie uważnie.

– Ważne. Ale nie jedyne.

Te rozmowy zaczęły być dla mnie najjaśniejszym momentem dnia. Łapałam się na tym, że poprawiam włosy przed jego przyjazdem. Że czekam na dźwięk samochodu pod domem z większym napięciem niż na powrót Tomasza.

Pierwsza poważna kłótnia wybuchła wieczorem, gdy w salonie stały jeszcze gołe ściany.

Nie mogłeś wrócić wcześniej choć raz? – zapytałam, gdy zdejmował marynarkę.

– A ty nie mogłaś przez chwilę docenić, że robię to dla was? – odpowiedział ostrzej, niż zwykle.

– Dla nas? Czy dla poczucia, że wszystko masz pod kontrolą?

– Masz dom, dziecko, bezpieczeństwo. Czego jeszcze chcesz?

To pytanie zawisło między nami jak ciężka zasłona. Nie potrafiłam mu wytłumaczyć, że chciałam zwykłej rozmowy bez pośpiechu. Że chciałam, by zapytał, jak się czuję.

Nazajutrz, gdy Wiktor wszedł do kuchni, musiał zobaczyć na mojej twarzy ślady nieprzespanej nocy.

– Wszystko w porządku? – zapytał cicho.

Przez moment miałam ochotę powiedzieć: nie. Opowiedzieć mu o pustce przy wspólnym stole, o tym, że czuję się jak element wyposażenia. Zamiast tego wzruszyłam ramionami.

Remont to chaos – odparłam.

– Czasem trzeba coś rozebrać, żeby zobaczyć, co naprawdę trzyma konstrukcję – powiedział.

Te słowa zapadły mi w pamięć. Zaczęłam się zastanawiać, czy w naszym małżeństwie cokolwiek jeszcze naprawdę trzymało konstrukcję. Chyba tylko ja.

Coraz częściej łapałam na sobie jego spojrzenie. Nie było w nim nachalności, raczej ciekawość. A ja po raz pierwszy od lat czułam, że ktoś widzi we mnie kobietę, nie tylko żonę i matkę. Wieczorami analizowałam każdą rozmowę. Przekonywałam samą siebie, że to niewinne. Że potrzebuję tylko odrobiny uwagi. A jednak gdzieś w środku wiedziałam, że balansuję na cienkiej linii.

To przyszło nagle

Tamtego dnia od rana wisiało w powietrzu coś ciężkiego. Nie tylko przez chmury, które zbierały się nad domem, ale przez napięcie, które nosiłam w sobie. Tomasz zadzwonił po południu.

Zostaję w Warszawie na noc. Spotkanie się przeciągnęło – powiedział rzeczowo. – Nie czekaj.

– Jasne – odpowiedziałam, choć nie o czekanie chodziło.

Deszcz zaczął padać gwałtownie, kiedy Wiktor z ekipą kończyli pracę na poddaszu. Dach był jeszcze nie w pełni zabezpieczony.

– Muszę zostać chwilę dłużej – wyjaśnił. – Jeśli teraz tego nie osłonimy, woda narobi szkód.

Kalina spała już u mojej mamy, bo w domu wciąż panował bałagan. Zostaliśmy sami w półmroku, przerywanym błyskami za oknem. Siedzieliśmy przy prowizorycznym stole zrobionym z desek.

– Czasem myślę, że ludzie żyją obok siebie latami i nagle orientują się, że są sobie obcy – powiedział niespodziewanie.

Spojrzałam na niego.

To się nie dzieje nagle – odparłam. – To raczej powolne odsuwanie się.

Milczał przez chwilę, jakby ważył słowa.

A pani się odsunęła? Czy panią odsunięto?

To pytanie trafiło zbyt celnie. Poczułam, że oczy zaczynają mnie piec.

– Nie wiem – wyszeptałam. – Chyba jedno i drugie.

Zrobił krok bliżej. Nie dotknął mnie od razu. Najpierw uniósł dłoń, jakby chciał sprawdzić, czy może. Wystarczyło, że nie cofnęłam się. Wystarczyło, że nie powiedziałam „proszę przestać”.

W tamtej chwili nie myślałam o konsekwencjach. Wmawiałam sobie, że to tylko czułość, której od dawna mi brakowało. Że nikomu nie robię krzywdy, skoro nikt o tym nie wie. To były wygodne kłamstwa, którymi zagłuszałam rozsądek. Pozwoliłam sobie na wszystko.

Kiedy wszystko ucichło, usiedliśmy obok siebie nadzy w niedokończonym salonie. Deszcz bębnił o dach, a ja czułam narastającą pustkę.

To nie powinno było się wydarzyć – powiedziałam w końcu.

– Nie planowałem tego – odpowiedział, unikając mojego wzroku. – Czasem emocje wygrywają.

Chciałam, żeby powiedział coś więcej. Że to coś znaczy. Że nie jestem tylko chwilą. Ale on wstał, ubrał się i zaczął zbierać narzędzia.

Jutro musimy dokończyć ścianę przy schodach – rzucił, jakby wracając do bezpiecznej roli fachowca.

Następne dni były dziwne. Ja chodziłam jak w półśnie, czując mieszaninę ekscytacji i lęku. On stał się bardziej powściągliwy, skupiony na pracy. Kiedy próbowałam wrócić do tamtej rozmowy, zbywał mnie.

Skupmy się na remoncie – mówił krótko.

A ja zaczęłam się bać, że dla niego to rzeczywiście była tylko chwila.

Tomasz niczego nie zauważył. Wracał późno, rozmawiał o kosztach, o terminach. Pewnego wieczoru spojrzał na mnie uważniej.

– Dobrze się czujesz? Jesteś jakaś… inna.

– Zmęczona – odpowiedziałam szybko.

To była prawda, ale nie cała. Byłam zmęczona udawaniem, że nic się nie zmieniło. Że nie przekroczyłam granicy, której przez lata pilnowałam. Zaczęłam żyć w dwóch rzeczywistościach. W jednej byłam żoną i matką, planującą zakupy i odbierającą córkę ze szkoły. W drugiej – kobietą, która czekała na jedno spojrzenie, na krótkie muśnięcie dłoni, na znak, że nie jest sama.

Najgorsze było to, że coraz mniej miałam wyrzutów sumienia, a coraz więcej oczekiwań. Zamiast zakończyć to, co nie miało przyszłości, zaczęłam wyobrażać sobie, że może jednak los daje mi drugą szansę na szczęście. Nie zauważyłam, kiedy przestałam myśleć o konsekwencjach. A one już powoli zbliżały się do mnie, ciche i nieuniknione.

Prawda była okrutna

Spóźniał mi się termin. Najpierw tłumaczyłam to stresem i chaosem w domu. Jednak z każdym kolejnym dniem czułam narastające napięcie. Test kupiłam w aptece w sąsiedniej dzielnicy, jakbym bała się, że ktoś mnie rozpozna i odczyta z twarzy sekret.

W łazience, między wiadrami z farbą a zdemontowaną półką, patrzyłam na małe okienko. Dwie wyraźne kreski pojawiły się szybciej, niż byłam gotowa to przyjąć. Usiadłam na brzegu wanny.

To niemożliwe… – wyszeptałam, choć wiedziałam, że to jak najbardziej możliwe.

Pierwszą osobą, która zobaczyła moją bladość, była Kalina.

– Mamo, boli cię brzuch? – zapytała z troską.

– Nie, kochanie. Po prostu jestem zmęczona – odpowiedziałam i przytuliłam ją mocniej niż zwykle.

Tomasz przyjął wiadomość z entuzjazmem, który niemal mnie przytłoczył.

Naprawdę? – spojrzał na mnie szeroko otwartymi oczami. – To… to wspaniale.

Objął mnie, a ja stałam sztywno, czując, jak rośnie we mnie ciężar winy.

Może to znak, że powinniśmy zwolnić – dodał. – Że trzeba bardziej zadbać o rodzinę.

Słuchałam go i myślałam o kalendarzu. Liczyłam dni. Wiedziałam, że dziecko może być Wiktora. Z nim rozmowa wyglądała zupełnie inaczej. Spotkałam go w garażu, gdzie przygotowywał kolejne narzędzia.

Chcę ci coś powiedzieć – rzuciłam.

Spojrzał na mnie czujnie.

– Stało się coś?

Jestem w ciąży.

Na chwilę zamarł. Potem odłożył śrubokręt.

– Jesteś pewna?

– Tak.

Cisza, która zapadła, była gęsta i niewygodna.

To… skomplikowane – powiedział w końcu.

– Skomplikowane? – powtórzyłam. – To nie jest projekt do przesunięcia w czasie.

Odwrócił wzrok.

Masz męża. Rodzinę. Może to jego dziecko.

– A jeśli nie?

Nie odpowiedział od razu. Przeszedł kilka kroków po garażu.

Teraz nie jest dobry moment na takie rozmowy – mruknął. – Musimy skończyć remont.

Te słowa zabolały bardziej niż otwarta odmowa. Zrozumiałam, że w jego planach nie było miejsca na wspólną przyszłość. Byłam epizodem, nie decyzją.

W domu atmosfera gęstniała. Tomasz zaczął częściej bywać wieczorami, jakby ciąża rzeczywiście coś w nim poruszyła.

– Może pojedziemy gdzieś na weekend? – zaproponował któregoś dnia. – Tylko my i Kalina.

Patrzyłam na niego i czułam wątpliwości. Z jednej strony jego starania, z drugiej – mój sekret. Kalina coraz częściej przyglądała się nam w milczeniu.

– Dlaczego nie siedzicie już razem na kanapie? – zapytała któregoś wieczoru.

Tomasz spojrzał na mnie pytająco.

– Siedzimy, prawda? – odpowiedział wymijająco.

Nie siedzieliśmy. Między nami była szczelina, która powiększała się z każdym dniem.

Wiktor zaczął przyjeżdżać rzadziej. Tłumaczył się innymi zleceniami. Kiedy próbowałam do niego dzwonić, nie zawsze odbierał. Leżałam nocami, patrząc w sufit i myśląc o najgorszych scenariuszach. Wyobrażałam sobie rozmowę z Tomaszem. Jego twarz, gdy usłyszy prawdę. Reakcję rodziny. Szept sąsiadów.

Najbardziej bałam się jednak tego, że zostanę sama. Z dwójką dzieci i niedokończonym życiem. Po raz pierwszy dotarło do mnie wyraźnie, że przekroczenie granicy było łatwe. O wiele trudniejsze było poniesienie konsekwencji. A one zbliżały się szybciej, niż się spodziewałam.

Po prostu zniknął

Obudziła mnie cisza. Nie taka zwykła, poranna, lecz nienaturalna – jakby dom wstrzymał oddech. Spojrzałam przez okno. Na podjeździe nie było samochodu Wiktora. To jeszcze nic nie znaczyło, powtarzałam sobie. Mógł pojechać po materiały. Zadzwoniłam. Raz, drugi, trzeci. Telefon milczał. Około południa przyjechał tylko jeden z pracowników.

Szef dziś nie przyjedzie? – zapytałam, starając się brzmieć swobodnie.

Mężczyzna wzruszył ramionami.

– Nie mam z nim kontaktu od rana. Myślałem, że jest tutaj.

Serce zaczęło mi bić szybciej. Wysłałam wiadomość: „Co się dzieje?”. Nie odczytał.

Wieczorem Tomasz wszedł do domu z plikiem dokumentów.

– Dzwonili z hurtowni – powiedział od progu. – Twoja ekipa nie opłaciła ostatniej faktury. Co się dzieje?

„Twoja ekipa”. To słowo uderzyło mnie mocniej niż treść.

– Nie wiem – odpowiedziałam cicho.

Tomasz chwycił telefon i próbował się dodzwonić. Bezskutecznie. Następnego dnia pojechał pod adres firmy widniejący w umowie. Wrócił blady.

– Tam jest zamknięte biuro – oznajmił. – Nie ma żadnej realnej siedziby.

Usiadł ciężko na krześle w niedokończonej kuchni. Wokół stały nierozpakowane płytki, ściany były surowe.

Zostaliśmy oszukani – powiedział przez zaciśnięte zęby. – Zapłaciłem zaliczkę. Sporą.

Milczałam. W mojej głowie brzmiało inne zdanie: ja zostałam oszukana.

Przez kolejne dni próbowałam wszystkiego. Dzwoniłam, pisałam, szukałam w mediach społecznościowych. Jego profil zniknął. Numer przestał istnieć. Z każdym kolejnym sygnałem bez odpowiedzi coś we mnie gasło. Wstyd mieszał się z gniewem. Jak mogłam być tak naiwna? Jak mogłam uwierzyć, że jestem kimś więcej niż przelotnym przystankiem?

Tomasz był coraz bardziej nerwowy.

Dlaczego tak ci zależy na kontakcie z nim? – zapytał któregoś wieczoru, patrząc na mnie podejrzliwie.

– Chcę wyjaśnień – odpowiedziałam zbyt szybko.

Aż tak bardzo?

Zatrzymał wzrok na mojej twarzy. Po raz pierwszy zobaczyłam w jego oczach nie tylko złość, ale i cień podejrzenia.

Kilka dni później wróciłam ze sklepu i zamarłam w progu sypialni. Tomasz siedział na łóżku z moim telefonem w ręku.

Co to jest, Alicja? – zapytał spokojnie, aż za spokojnie.

Na ekranie widniały archiwalne wiadomości, których nie usunęłam. Krótkie zdania, zbyt osobiste, by dało się je wytłumaczyć służbowo.

– To nie tak – zaczęłam, ale głos mi zadrżał.

– A jak? – podniósł wzrok. – Od kiedy piszesz do wykonawcy, że tęsknisz za rozmowami?

Usiadłam naprzeciwko niego. Wiedziałam, że nie mam już dokąd uciec.

To był błąd – powiedziałam. – Pogubiłam się.

– Zdradziłaś mnie? – zapytał wprost.

Cisza była odpowiedzią. Tomasz odłożył telefon powoli, jakby ważył każdy ruch.

A dziecko? – jego głos stał się niższy. – Jest moje?

Poczułam, że robi mi się zimno.

Nie wiem – wyszeptałam.

W tej jednej chwili zobaczyłam, jak wszystko, co budowaliśmy przez lata, rozsypuje się jak pył ze ścian podczas remontu. Za drzwiami rozległ się głos Kaliny.

– Mamo? Tato? Dlaczego krzyczycie?

Nie krzyczeliśmy. A jednak nasze milczenie było głośniejsze niż jakakolwiek kłótnia. Tomasz wstał i podszedł do okna.

Zrobimy test – powiedział po długiej chwili. – Muszę znać prawdę.

Nie próbował mnie zatrzymać, gdy wyszłam z pokoju. Nie próbował też przytulić. Między nami stanęło coś, czego nie dało się już zignorować.

Dom był prawie gotowy, ale ja czułam, że grunt usuwa mi się spod nóg. Wiktor zniknął, zostawiając po sobie nie tylko niedokończone ściany, lecz także konsekwencje, z którymi musiałam się zmierzyć. Wiedziałam, że następne tygodnie zdecydują o wszystkim. O naszym małżeństwie. O przyszłości dzieci. O tym, czy zostanę w tym domu sama.

Cena była zbyt wysoka

Test zrobiliśmy kilka tygodni po narodzinach syna. Czas między konfrontacją a porodem był najdłuższym w moim życiu. Tomasz przeniósł się do mieszkania służbowego niemal od razu po naszej rozmowie. Oficjalnie „na jakiś czas”. W praktyce – żeby złapać dystans.

W domu zapadła cisza, jakiej wcześniej nie znałam. Kalina stała się poważniejsza.

Tato już tu nie mieszka? – zapytała któregoś wieczoru.

– Tato potrzebuje chwili – odpowiedziałam ostrożnie. – Ale zawsze będzie twoim tatą.

Patrzyła na mnie długo, jakby sprawdzała, czy mówię prawdę.

Mijał czas. Poród był spokojny. Kiedy położono mi syna na piersi, poczułam coś czystego i jednoznacznego – miłość bez warunków. Niezależną od błędów, które popełniłam.

Tomasz przyszedł do szpitala następnego dnia. Stał przy łóżku, patrząc na dziecko.

Jest piękny – powiedział cicho.

W jego głosie nie było już gniewu. Było zmęczenie i coś na kształt rezygnacji. Na wynik testu czekaliśmy w napięciu, którego nie dało się oswoić. Kiedy przyszła koperta, ręce drżały mi tak bardzo, że nie mogłam jej otworzyć. Tomasz zrobił to za mnie. Czytał w milczeniu. Potem odłożył kartkę na stół.

To nie mój syn – powiedział spokojnie.

Te słowa zabolały bardziej niż krzyk. Były ostateczne.

– Przepraszam – wyszeptałam. – Nie cofnę tego.

Usiadł naprzeciwko mnie w niemal gotowej już kuchni. Nowe szafki lśniły, podłoga była idealnie równa. Wszystko wyglądało tak, jak miało wyglądać na początku.

– Najgorsze jest to, że gdybyś mi powiedziała, jak bardzo jesteś nieszczęśliwa, próbowałbym coś zmienić – odezwał się po chwili. – A ty wybrałaś kogoś obcego.

Nie potrafiłam się bronić. Miał rację. Zamiast walczyć o nasze małżeństwo, uciekłam w iluzję.

– Co teraz? – zapytałam.

Teraz będziemy rodzicami – odpowiedział. – Ale mężem i żoną już nie.

Rozwód przeprowadziliśmy bez publicznych scen. Tomasz nie odciął się od Kaliny. Widziałam, że stara się być obecny. W stosunku do mojego syna zachował poprawność, ale dystans był wyraźny. Nie oczekiwałam niczego więcej.

Wiktor nigdy się nie odezwał. Z czasem przestałam sprawdzać telefon. Zrozumiałam, że jego zniknięcie było odpowiedzią samą w sobie. Byłam dla niego epizodem w trakcie pracy, niczym więcej.

Remont został dokończony przez inną ekipę. Dom wyglądał pięknie – jasne ściany, nowa kuchnia, dopracowane detale. Sąsiedzi gratulowali efektu. A ja za każdym razem, gdy przechodziłam przez próg, myślałam o tym, że można naprawić tynk i podłogi, ale nie wszystko da się odbudować.

Zostałam sama z dwójką dzieci i z konsekwencjami własnych wyborów. Zrozumiałam, że samotność w małżeństwie nie usprawiedliwia zdrady. Że brak rozmowy nie daje prawa do ucieczki w cudze ramiona.

Dziś nie szukam już winnych. Uczę się odpowiedzialności. Odbudowuję relację z Kaliną, która zbyt wcześnie musiała dorosnąć. Uczę się być matką dla syna bez oczekiwania, że ktoś przyjdzie i zdejmie ze mnie ciężar decyzji.

Czasem, gdy wieczorem gaszę światło w wyremontowanym salonie, dotykam dłonią gładkiej ściany. Jest równa, mocna, bez pęknięć. I przypomina mi, że każda konstrukcja wymaga fundamentu. Ja swój fundament musiałam zbudować od nowa. Sama.

Alicja, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama