Reklama

Kiedy zdecydowaliśmy się na remont łazienki, byłam przekonana, że to będzie nowy początek. Płytki miały przykryć stare pęknięcia, a wspólne wybieranie armatury – nasze milczenie przy kolacji. Nie zauważyłam, że pod warstwą farby kryło się coś znacznie gorszego niż wilgoć w ścianach. Zostałam sama z kredytem, kurzem i pytaniem, czy to naprawdę zaczęło się od remontu.

Byłam z siebie dumna

Stałam któregoś wieczoru w łazience, patrząc na odpadające kafelki, i powiedziałam:

– Tomek, tak dalej być nie może. Wszystko się sypie.

Siedział przy stole z telefonem w dłoni. Nawet nie podniósł wzroku.

– To tylko łazienka. Jeszcze trochę wytrzyma.

– Nie chodzi o kafelki – odpowiedziałam ciszej. – Chodzi o to, że nic już razem nie robimy.

Odłożył telefon i spojrzał na mnie tak, jakby dopiero teraz zauważył, że stoję w drzwiach.

Chcesz remontu? Dobrze. Zróbmy remont.

Wzięłam to za zgodę, może nawet za chęć. Zaczęłam przeglądać katalogi, porównywać ceny, dzwonić do fachowców. Wieczorami siadałam obok niego z próbnikiem kolorów.

– Może jasny beż? – pytałam z nadzieją.

– Może być – odpowiadał bez przekonania.

Załatwiłam kredyt. Pamiętam, jak wróciłam z banku z umową w torebce. Serce biło mi szybciej, ale byłam dumna. Robiłam coś dla nas.

– Podpisałam – oznajmiłam, kładąc dokumenty na stole.

– Tak szybko? – zdziwił się.

Przecież chciałeś ruszyć z remontem.

Westchnął, jakby to była decyzja, którą podjęłam bez niego. A przecież wcześniej tylko kiwnął głową. Prace zaczęły się w marcu. Kucie ścian, kurz wszędzie, woda zakręcona na pół dnia. Przez pierwsze dni nawet żartowaliśmy.

Romantyczna kolacja przy świecach, bo nie ma światła – uśmiechnęłam się, podając mu kanapkę.

– Jeszcze zatęsknisz za tą starą łazienką – odparł pół żartem.

Z czasem przestało być zabawnie. Fachowiec żądał kolejnych zaliczek, ceny rosły, a Tomek coraz częściej zostawał w pracy dłużej.

– Muszę brać nadgodziny – tłumaczył. – Ktoś musi zarabiać na te twoje wizje.

Zabolało mnie to „twoje”. Jakby dom nie był wspólny. Jakbyśmy już nie byli drużyną. Pewnego popołudnia wróciłam wcześniej. W mieszkaniu panowała cisza, tylko w łazience sterczała naga instalacja i wystające rury. Usiadłam na podłodze w przedpokoju i poczułam, że coś we mnie pęka. Wieczorem spróbowałam jeszcze raz.

Czy my w ogóle tego chcemy? – zapytałam, kiedy ściągał buty.

– Czego?

– Tego wszystkiego. Kredytu. Bałaganu. Milczenia.

Spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem.

– To tylko remont. Nie dorabiaj do tego teorii.

Jednak to nie był tylko remont. Każde niedopowiedziane zdanie, każde „zrób, jak uważasz” budowało dystans. Zaczęłam się zastanawiać, czy ta łazienka miała coś skleić, czy raczej pokazać, że już dawno żyjemy obok siebie. Najgorsze przyszło tydzień później, gdy zadzwonili z banku, przypominając o pierwszej racie. Tomek stał wtedy przy oknie.

– Zapłacisz? – zapytałam ostrożnie.

Odwrócił się powoli.

– Myślałem, że to ty się tym zajmiesz. W końcu to był twój pomysł.

Wtedy po raz pierwszy przemknęło mi przez myśl, że może zostałam z tym wszystkim sama.

Zostałam ze wszystkim sama

Rata została zapłacona z mojego konta. Tomek nie zapytał nawet, czy wystarczyło mi na inne wydatki. Następnego dnia fachowiec przyszedł z marsową miną.

– Musimy zmienić plan. Te ściany są w gorszym stanie, niż myślałem.

– Co to znaczy „w gorszym”? – zapytałam, próbując nie panikować.

– Trzeba będzie więcej skuć i wyrównać od nowa. To podniesie koszt.

Stałam w progu łazienki, patrząc na odsłonięte cegły. Miałam wrażenie, że ktoś wyciąga na wierzch wszystko to, co przez lata zamiataliśmy pod dywan. Wieczorem powiedziałam o tym Tomkowi.

Potrzebne będą dodatkowe pieniądze – zaczęłam ostrożnie.

– Ile jeszcze? – przerwał mi, odkładając widelec.

– Kilka tysięcy.

To zaczyna być absurdalne.

– Ja tego nie wymyśliłam.

– Ale to ty uparłaś się na ten remont – odpowiedział chłodno.

Zamilkłam. W kuchni było słychać tylko tykanie zegara. Dawniej w takich chwilach któreś z nas żartowało, żeby rozładować napięcie. Teraz każde z nas siedziało po swojej stronie stołu, a między nami rosła niewidzialna ściana. Kilka dni później zauważyłam, że Tomek coraz częściej wychodzi z domu z telefonem przy uchu. Kiedy wchodziłam do pokoju, kończył rozmowę.

– Z kim rozmawiasz? – zapytałam któregoś wieczoru.

– Z pracy. Mamy teraz trudny projekt.

– Codziennie o tej samej porze?

– Naprawdę? – spojrzał na mnie z wyrzutem. – Nie zaczynaj znowu.

Nie zaczynaj. To było jego ulubione zdanie. Pewnego popołudnia przyszła do mnie mama. Otworzyła drzwi i rozejrzała się po mieszkaniu pełnym kurzu.

Dziecko, w co wy się wpakowaliście? – zapytała, zdejmując płaszcz.

– W remont – odpowiedziałam z wymuszonym uśmiechem.

Usiadłyśmy przy stole, a ja pierwszy raz powiedziałam na głos to, co od dawna nosiłam w sobie.

– Mamo, mam wrażenie, że Tomek już tu nie mieszka. Jest ciałem, ale nie duchem.

Popatrzyła na mnie uważnie.

– A rozmawialiście?

– Próbowałam. On twierdzi, że przesadzam.

Wieczorem, gdy mama wyszła, podjęłam kolejną próbę. Stał w niedokończonej łazience, mierząc coś miarką.

– Tomek, musimy porozmawiać – powiedziałam stanowczo.

– Teraz? – westchnął. – Nie widzisz, że jestem zajęty?

– Właśnie dlatego teraz. Bo mam wrażenie, że wszystko inne jest ważniejsze niż my.

Odłożył miarkę.

Co chcesz usłyszeć?

– Prawdę.

Spojrzał mi prosto w oczy, ale milczał. Ta cisza była gorsza niż jakiekolwiek słowa. Czułam, jak rośnie we mnie strach, że za chwilę usłyszę coś, czego nie będę w stanie cofnąć.

– Może po prostu się zmieniliśmy – powiedział w końcu. – Może ten remont tylko to pokazuje.

– Czyli co? – zapytałam drżącym głosem. – Już nie jesteśmy rodziną?

Nie odpowiedział od razu. Odwrócił się do rozgrzebanej ściany i przesunął dłonią po chropowatej powierzchni.

– Sam nie wiem. Ostatnio czuję, że duszę się w tym wszystkim.

Te słowa zawisły w powietrzu. Zrozumiałam, że to nie chodziło o łazienkę ani o pieniądze. Coś w nim pękło dużo wcześniej, a ja próbowałam to zalepić płytkami. Tamtej nocy spał na kanapie, tłumacząc, że nie chce mnie budzić, gdy będzie wstawał wcześnie. Leżałam w sypialni, wpatrując się w sufit i słuchając ciszy, która była głośniejsza niż jakakolwiek kłótnia. Rano zobaczyłam, że spakował swoje rzeczy do torby.

– Wyjeżdżam na parę dni do brata – powiedział krótko. – Muszę wszystko przemyśleć.

Stałam w przedpokoju, a za nim otwarte drzwi wyglądały jak kolejna dziura w ścianie.

A kredyt? – zapytałam cicho.

Zawahał się.

Poradzisz sobie. Zawsze sobie radziłaś.

Drzwi zamknęły się z głuchym trzaskiem. Zostałam sama w mieszkaniu pełnym kurzu i niedokończonych spraw.

Przestałam się łudzić

Przez pierwsze dni chodziłam po mieszkaniu jak gość we własnym domu. Torba Tomka zniknęła z przedpokoju, jego kubek nie stał już przy zlewie. Tylko łazienka była niezmiennie rozkopana – jakby czekała, aż ktoś podejmie decyzję za mnie. Tomek nie wracał. Pisał krótkie wiadomości.

„Potrzebuję czasu”.

„Nie wiem, co dalej”.

Za każdym razem czytałam je po kilka razy, jakby między wierszami miało kryć się coś więcej. Pewnego ranka fachowiec spojrzał na mnie uważnie.

– Kontynuujemy? – zapytał.

Przez chwilę miałam ochotę powiedzieć, że nie. Że to nie ma sensu. A potem spojrzałam na odsłonięte ściany.

Kończymy – odpowiedziałam. – Do końca.

Sprzedałam kilka rzeczy, zrezygnowałam z wakacyjnych planów, wzięłam dodatkowe zlecenia w pracy. Wieczorami siedziałam przy kuchennym stole z laptopem i liczyłam każdy wydatek. Było mi ciężko, ale po raz pierwszy od dawna czułam, że to ja decyduję. Po dwóch tygodniach Tomek wrócił. Stanął w drzwiach, jakby nie był pewien, czy może wejść.

– Możemy porozmawiać? – zapytał.

Usiedliśmy naprzeciwko siebie. Nie było w nas już złości, raczej zmęczenie.

– Przemyślałem to – zaczął. – Uciekłem, bo bałem się powiedzieć wprost, że od dawna nie jestem szczęśliwy w związku. Remont tylko to przyspieszył.

– A ja łudziłam się, że wystarczy coś odnowić – odpowiedziałam spokojnie. – Nie zauważyłam, że my już się nie słuchamy.

Patrzył na mnie długo.

– Nie chcę wracać do czegoś, co jest tylko przyzwyczajeniem.

Zabolało, ale tym razem nie próbowałam go przekonywać.

– Ja też nie – powiedziałam po chwili.

Rozstanie odbyło się bez dramatów. Podpisywaliśmy dokumenty w ciszy, jakby to była zwykła formalność. Kiedy kilka dni później fachowiec zamontował ostatnią płytkę i wypolerował baterię, weszłam do łazienki sama. Jasne ściany odbijały światło, podłoga była równa, wszystko pachniało nowością. Przeciągnęłam dłonią po gładkiej powierzchni i zobaczyłam w lustrze swoje odbicie. Wieczorem usiadłam na brzegu wanny, w ciszy, która tym razem nie była ciężarem. Nie było już napięcia, niedopowiedzeń, udawania. Była odpowiedzialność i spokój. Pierwszą ratę po jego wyprowadzce zapłaciłam bez drżenia rąk. Każda kolejna bolała mniej. Z czasem mieszkanie przestało przypominać pole bitwy, a zaczęło być moją przestrzenią. Przestawiłam meble, przemalowałam sypialnię, w salonie stanęła roślina, o której zawsze marzyłam, a na którą on nie chciał się zgodzić.

Remont nie skleił rodziny. Obnażył prawdę, że byliśmy razem bardziej z przyzwyczajenia niż z wyboru. Zostałam sama z kredytem, ale też z poczuciem, że nie muszę już nikogo przekonywać do wspólnego życia. Czasem, kiedy ktoś pyta, czy nie żałuję, odpowiadam zgodnie z prawdą: żałuję tylko, że tak długo myślałam, iż wystarczy zmienić kafelki, żeby naprawić relację. Łazienka jest dziś najładniejszym pomieszczeniem w całym mieszkaniu. I za każdym razem, gdy zapalam w niej światło, przypominam sobie, że nawet jeśli coś się rozpada, można to odbudować. Czasem jednak nie z tą samą osobą.

Jolanta, 54 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama