Reklama

Kilka lat temu, kiedy Alicja i Ludmiła jeszcze żyły, wróciłyśmy pamięcią do naszego paktu. Jako młode mężatki umówiłyśmy się bowiem, że jeśli na starość któraś z nas zostanie sama, dwie pozostałe się nią zaopiekują. Wyobrażałyśmy sobie wtedy, że będziemy trójką pogodnych staruszek, wzajemnie się wspierających i gawędzących o dawnych, dobrych czasach przy herbatce i koniaczku.

Czas zweryfikował nasze fantazje

Pierwszy odszedł Pietia, mąż Ludmiły, który przegrał walkę z rakiem. Ludzia została więc wdową jeszcze przed pięćdziesiątką, ale nie potrzebowała niczyjej pomocy ani opieki. Była silna, energiczna i stanowiła wzór tego, jak radzić sobie po stracie.

Potem w wypadku na budowie zginął Feliks, mój drugi mąż. Z pierwszym pożegnałam się jeszcze, nim nasze najmłodsze dziecko osiągnęło pełnoletność.

Byłyśmy więc obie wdowami, i to właśnie Ludmiła pomogła mi zacząć normalnie funkcjonować bez Felka. Bardzo się wtedy do siebie zbliżyłyśmy, mogę śmiało powiedzieć, że przez trzynaście lat Ludzia była najbliższą mi osobą na świecie

A bliskich ludzi było coraz mniej, bo nasi rówieśnicy powoli odchodzili z tego świata. Oczywiście, wszystkie trzy miałyśmy dzieci, ale to zupełnie inny rodzaj więzi, zresztą tak się jakoś złożyło, że z sześciorga dzieci, których się w sumie doczekałyśmy, tylko jedno było na miejscu: córka Alicji.

Była jedynaczką i nigdy nie wyprowadziła się od rodziców

W wieku pięćdziesięciu lat ciągle mieszkała z Alą i Zygmuntem, choć co prawda miała w ich domu oddzielne wejście i łazienkę.

– Nie sądzę, żeby kiedykolwiek się wyprowadziła – mawiała Alicja. – Kiedyś napierałam, żeby znalazła męża, założyła rodzinę, ale dziś muszę przyznać, że nawet nam z Zygmuntem pasuje, że Marysia mieszka z nami. I dla was to też dobra wiadomość, moje drogie, bo jak Zygmusia by zabrakło, to nie będziecie musiały się mną zajmować. Wiecie, o czym mówię? O tym pakcie na wypadek samotnej starości…

Tyle że to Alicji zabrakło wcześniej. Jej mąż i córka zostali sami w wielkim domu, osieroceni i zszokowani tak samo jak my. Ludmiła ciągle płakała, kiedy wspominała przyjaciółkę.

– W lutym jeszcze nic nie wiedziała… Diagnoza i bach! Trzy miesiące później po wszystkim… Pietia walczył osiem lat, a Ala ledwie dostała wyrok i już go na niej wykonano…

I tak zostałyśmy we dwie

Dosłownie, bo moi dwaj synowie i trójka dzieci Ludmiły kontaktowali się z nami raz na dłuższy czas. Obie miałyśmy wnuki – ja czworo, Ludzia troje, ale rzadko je widywałyśmy.

– Nie martw się, kochana – mawiała jednak moja ciągle pełna życia przyjaciółka. – Dzisiaj świat ma pełno możliwości dla takich starych bab jak my. Już nie jesteśmy skazane tylko na kościół i przychodnię. Patrz, tu ci przyniosłam ulotki z domu kultury, w czwartki są rozgrywki brydżowe, a w piątki gimnastyka dla seniorów. Będziemy tam chodzić, dobra?

Przy Ludzi więc nigdy się nie nudziłam. Poznawała nas z innymi osobami w naszym wieku, wyciągała mnie na kawkę i zarażała optymizmem i miłością do natury.

Ludzia była dla mnie jak słońce. Aż pewnego dnia zasłabła na poczcie i nie odzyskała już przytomności. Kiedy stałam na jej pogrzebie, miałam wrażenie, że odniosłam większą stratę, niż kiedy chowałam męża. Bo Felkiem to ja się głównie zajmowałam, a Ludmiła w jakiś sposób opiekowała się mną. To ona dbała, bym utrzymywała dobry nastrój, ona pilnowała moich terminów wizyt u lekarza i ona pocieszała mnie, że dopóki jesteśmy we dwie, nie grozi nam samotność.

A ta nadeszła już dzień po pogrzebie

Nagle zorientowałam się, że bez Ludmiły nie mam planów na najbliższy tydzień, miesiąc, najbliższe lata. Poszłam jeszcze kilka razy zagrać w brydża, ale wszyscy tam mieli stałych partnerów do gry i szybko się okazało, że nie mam po co tam przychodzić.

Na gimnastykę już wcześniej nie lubiłam uczęszczać i robiłam to tylko dlatego, że Ludzia zawsze po zajęciach przezabawnie parodiowała przy rurkach z kremem naszą lekko egzaltowaną instruktorkę.

– A tehaz, dhogie panie, khęcimy biodhami – przedrzeźniała francuskie „r” pani Joli, skądinąd przemiłej dziewczyny. – Smakuje ci huhka, moja dhoga? – pytała potem z pełną powagą, ciągle tonem instruktorki, a ja zaśmiewałam się z tego, choć przecież wygłupiała się tak co tydzień.

Kiedy więc Ludzia odeszła, zabrakło mi w życiu czegoś więcej niż tylko przyjaciółki. Śmiechu, dobrego nastroju, motywacji, by wyjść z domu…

Z tym ostatnim było najgorzej, bo mieszkałam na czwartym piętrze bez windy i trudno mi było zmobilizować się do wyjścia, a potem wdrapywania się na górę. Na skutek braku ruchu coraz bardziej słabłam i trudność sprawiało mi nawet wniesienie drobnych zakupów raz na kilka dni.

Nie miałam jednak kogo poprosić o pomoc

Na klatce w większości mieszkali młodzi ludzie pracujący do późna, zaganiani, chyba nawet zresztą niekojarzący staruszki z ostatniego piętra…

A i szczególnie nie miałam za co szaleć na tych zakupach, bo lekarze wypisywali mi coraz więcej recept, leki drożały, podobnie jak prąd i gaz, i na jedzenie czasami zostawało mi bardzo niewiele. Problem z ciężkimi siatkami rozwiązał się więc niejako sam, bo w sklepiku mogłam powiedzieć do sprzedawczyni na przykład tylko:

– Poproszę chleb, maślankę i pięć plasterków najtańszego żółtego sera. Ma pani dzisiaj pomidory na zupę?

Pokręciła głową i zmartwiłam się, bo te poobijane, czasem nadpsute warzywa były moją jedyną szansą na pożywną zupę. Wysypałam z portmonetki na rękę ostatnie drobniaki, ale pożałowałam na te „dobre”, droższe pomidory.

– Dzień dobry – powiedział ktoś za mną i poznałam młodą sąsiadkę z parteru.

Widziałam ją parę razy, jak szła gdzieś z przystojnym mężczyzną, pewnie mężem albo chłopakiem, bo nie nosiła obrączki.

– Dzień dobry – uśmiechnęłam się, lekko zawstydzona, że słyszała, jak pytam o nadpsute pomidory i nie mogę sobie kupić świeżych.

– Pomóc pani to zanieść na górę? – zapytała, wskazując na moją siatkę.

– To tylko chlebek i maślanka, nic ciężkiego, ale… dziękuję, tak – odpowiedziałam po dłuższym namyśle.

Po drodze powiedziała, że ma na imię Agnieszka i wynajmuje mieszkanie z narzeczonym. Zostawiła swoją torbę na parterze, a potem poszła ze mną na górę. Bardzo chciałam, żeby jeszcze trochę ze mną została, więc zaprosiłam ją na chwilkę.

Weszła i przycupnęła na taborecie w kuchni

Zapytałam, czy napije się herbaty, i poprosiła. Chciałam zaproponować jej kawę, ale niestety, nie miałam. Herbata jest tańsza i dawno temu musiałam zrezygnować z kofeinowej przyjemności.

– Zna pani wszystkich sąsiadów? – zagaiłam, podając jej filiżankę. – Bo ja to tak tylko trochę, nikogo bliżej.

Porozmawiałyśmy chwilę o małżeństwie lekarzy spod trójki i rodzinie z bliźniakami, która mieszkała pode mną. Było jasne, że jestem najstarszą mieszkanką naszej klatki, a może i całego bloku. Inni lokatorzy to byli przeważnie najemcy, dlatego często się zmieniali. Agnieszka mówiła, że sama chętnie wzięłaby z przyszłym mężem kredyt na własne mieszkanie, ale żaden bank nie chciał im go przyznać.

– Ja pracuję na pół etatu w przychodni rehabilitacyjnej, a on w punkcie lotto – wyznała. – Wynajem to na razie jedyna opcja.

Kiedy się żegnałyśmy, widziałam, jak zerka na moje zniszczone linoleum, rozchybotane krzesło i wciąż stojącą w przedpokoju reklamówkę z chlebem, maślanką i pięcioma plastrami sera. Musiała być dobrą dziewczyną, bo widać było, że żal jej starej sąsiadki żyjącej samotnie na ostatnim piętrze, u której w domu niedostatek rzucał się w oczy.

Miałam nadzieję, że spotkam ją na znowu na klatce

Ale jakoś nie miałam szczęścia. Przywitałam się za to kilka razy z mamą bliźniaków, umęczoną i niemal przeźroczystą z niewyspania, wymieniłam uwagami o pogodzie i koszeniu trawników o świcie z panią doktor spod trójki, i zagadnęłam sąsiada taszczącego po schodach dziecięcy rowerek.

Tydzień później był najlepszy dzień miesiąca, czyli wypłata emerytury. Zawsze chodziłam po nią na pocztę, a potem wstępowałam do tej samej cukierni, gdzie kiedyś jadałam „huhki z khemem” z moją nieodżałowaną Ludzią.

Pamiętam, że tego dnia, tak jak zawsze, włożyłam kilka banknotów dwustuzłotowych do zamykanej na zamek kieszonki torebki, do portmonetki przełożyłam jedną setkę i końcówkę emerytury. Potem płaciłam za rurkę, a po drodze kupiłam jeszcze kalafiora i śmietanę.

– Nie ma pani drobniej? – zapytała moja znajoma ekspedientka przy kasie. – Całe sto złotych? Nie mam wydać…

– Nie mam – pokręciłam głową. – Może pójdzie pani rozmienić?

– Nie, po prostu zapłaci pani te dziewięć, trzydzieści następnym razem. Będzie pani pamiętać? – zapytała z uśmiechem, a ja oniemiałam. – No jak, przecież pani jest tu stałą klientką – dodała w reakcji na moją minę. – Po prostu proszę mi przypomnieć przy kolejnych zakupach. I już.

Byłam tak zaskoczona tym, co zrobiła, że zupełnie zapomniałam o trzymanej w ręce setce. Przypomniałam sobie o niej dopiero w domu, kiedy przeliczałam pieniądze, by odłożyć część na leki.

To wtedy zorientowałam się, że setki nie było w portfelu

Jak przez mgłę przypomniałam sobie, że wychodząc ze sklepu, trzymałam rękę w kieszeni, a więc pewnie upchnęłam tam banknot. Musiał mi zatem wypaść!

Od razu wróciłam do sklepu, ale ekspedientka tylko potwierdziła, że faktycznie widziała, jak chowam pieniądze do kieszeni.

– Raczej nic pani po drodze nie wypadło – dodała, patrząc ze współczuciem.

Zrozumiałam, że banknot musiał mi wypaść, kiedy gmerałam w kieszeni w poszukiwaniu kluczy, czyli już na klatce. Oczywiście jednak go tam nie znalazłam… Byłam zrozpaczona.

Może dla kogoś innego sto złotych to żaden majątek, ale dla mnie brak tej setki oznaczał, że albo nie wykupię jakiegoś leku, albo nie będę miała co jeść przez tydzień…

Byłam zdesperowana i wymyśliłam tylko jedno. Napisałam ogłoszenie.

„Szanowni sąsiedzi. Dzisiaj przed południem zgubiłam na naszej klatce schodowej 100 zł. To dla mnie bardzo istotna strata, dlatego gorąco proszę uczciwego znalazcę o zwrot do lokalu nr 10. Z poważaniem, Regina S.”.

Nie miałam zbyt wielkich nadziei, że ktoś przyniesie mi moje sto złotych. Przede wszystkim, nie miałam pewności, że znalazł je ktoś z sąsiadów. To mogła być równie dobrze osoba odwiedzająca, kurier czy dostawca pizzy. No i czy w dzisiejszych czasach można liczyć, że ktoś tak chętnie odda znalezioną setkę?

Około szesnastej zadzwonił dzwonek do drzwi

Stał tam mąż lekarki spod trójki.

– Dzień dobry, pani Regino – uśmiechnął się z lekkim skrępowaniem. – Znalazłem pani sto złotych. Proszę bardzo.

– Naprawdę? – zdumiałam się, bo wydawało mi się, że on zawsze wraca z pracy tak właśnie koło szesnastej. – Tak się cieszę! Dziękuję panu, sąsiedzie kochany!

Wciąż jeszcze nuciłam z radości z odzyskania zguby, kiedy ponownie rozbrzmiał dzwonek.
Stała tam młoda kobieta, chyba spod siódemki, z którą nigdy nie zamieniłam więcej niż jednego zdania naraz.

– Dzień dobry, znalazłam pani sto złotych – powiedziała i nim zdążyłam zaprotestować, że doktor spod trójki już mi je oddał, dziewczyna podała mi banknot, wymamrotała szybkie pożegnanie i zbiegła na dół.

Do godziny dwudziestej dzwonek jeszcze dwa razy oznajmił przybycie kogoś z sąsiadów. Mama bliźniaków, tym razem bez potomstwa, podała mi mocno zużytą setkę i powiedziałam jej, że ta moja była zupełnie nowa, a poza tym już ktoś mi ją przyniósł. Podziękowałam za szlachetność serca i kobieta ze zdziwieniem odeszła.

Ostatnia była pani Agnieszka, też uparcie twierdząca, że znalazła przed południem moje sto złotych.

– Dziecko, przecież ciebie nawet wtedy nie było w domu – powiedziałam do niej, czując, jak pod powieki wciskają mi się łzy. – I idź, proszę cię, zdejmij to ogłoszenie, dobrze? Nie wiem, kto znalazł tę stówkę, ale odkryłam dzisiaj coś, co jest dużo cenniejsze niż pieniądze.

Że chociaż niezbyt dobrze znam moich sąsiadów, to jednak jestem otoczona dobrymi ludźmi. Razem z tobą cztery osoby przyszły tutaj, twierdząc, że znalazły mój banknot. Nie mam pojęcia, czy doktor, czy może pani spod siódemki naprawdę go znaleźli, czy też po prostu chcieli mi pomóc, ale mam teraz o dwieście złotych więcej niż rano! Muszę to oddać, tylko już zapomniałam komu…

Owszem, jestem sama, ale nie czuję się samotna

Agnieszka, wzruszona chyba tak samo jak ja, powiedziała, żebym tego nie robiła, bo mogę obrazić sąsiadów.

– Nie może pani zarzucać im kłamstwa – przestrzegła. – Skoro każde z nich twierdzi, że znalazło pieniądze…

Nie oddałam więc nadprogramowej setki. Poszłam za to do sklepu i kupiłam mąkę, masło, dwa kilo jabłek i dodatki do ciasta. A potem upiekłam pyszną szarlotkę i z jeszcze ciepłą pukałam kolejno do drzwi sąsiadów.

Miałam szczęście, bo wszyscy byli w domach i z wszystkimi mogłam porozmawiać.

Może to nadzwyczajne i wręcz nieprawdopodobne, ale przekonałam się, że na mojej klatce mieszkają sami życzliwi, kulturalni ludzie. A może jest dokładnie przeciwnie – może to właśnie jest norma, może z natury jesteśmy dobrzy i otwarci na innych, tylko czasem po prostu bywamy zbyt zmęczeni, by zatrzymać się na chwilę i porozmawiać z kimś, kto od lat żyje za naszą ścianą.

Od tamtego wydarzenia, pomimo że wciąż czasem czuję się samotna, wiem, że i tak mam dużo szczęścia, bo mieszkam wśród przyjaznych sąsiadów. Jestem pewna, że jeśli będę potrzebować pomocy, żaden z nich się nie zawaha… Czasem nie trzeba wiele, by zadbać o stosunki dobrosąsiedzkie.

Nie trzeba od razu – tak myślę – piec szarlotki i pukać z nią do każdych drzwi. Na pewno jednak warto przynajmniej uśmiechać się na klatce, nawet do tych, co początkowo tylko przemykają pod ścianami z niewyraźnym i cichym „dzień dobry”. To my tworzymy wspólnotę sąsiedzką i tylko od nas zależy, jakie relacje będą panowały tam, gdzie żyjemy.

Czytaj także:
„Przez awans męża nasze małżeństwo przechodziło kryzys. Czułam się jak piąte koło u wozu, romans był tylko kwestią czasu”
„Moi przyjaciele są ekstrawaganccy, ale żeby tak się urządzić? Szczęka mi opadła, gdy weszłam do ich nowego domu”
„Moi przyjaciele są ekstrawaganccy, ale żeby tak się urządzić? Szczęka mi opadła, gdy weszłam do ich nowego domu”

Reklama
Reklama
Reklama