„Każdy zazdrościł mi żony, ale nikt nie wiedział, co przeżywam za zamkniętymi drzwiami. Dłużej tego nie zniosę”
„Ten głos w głowie był coraz głośniejszy. Nie dawał mi spokoju, nawet gdy siedziałem w pracy i odpowiadałem na nudne maile od klientów. Patrzyłem w ekran, ale myślami byłem w Tajlandii, Indonezji, gdzieś na Sri Lance. Czułem, jakbym zdradzał swoje życie, wykonując to, co trzeba, zamiast tego, co chciałem. Zaczęło mnie to wykańczać”.

Nie jestem potworem. Choć wiem, że wiele osób uznałoby mnie za egoistę, gdyby poznało całą prawdę. Miałem dobrą żonę. Dbała o dom, robiła najlepszy rosół na świecie i znała mnie na wylot. Przez lata wydawało mi się, że to wystarczy, że do szczęścia potrzeba tylko stabilności i przewidywalności. Jednak coś we mnie cały czas się nie zgadzało. Marzenie, które chowałem głęboko, bo bałem się, że zburzy wszystko, co zbudowaliśmy razem. Kiedy w końcu odważyłem się działać, nie było już odwrotu. I, co dziwne, nigdy tej decyzji nie pożałowałem.
Czułem się młodszy niż kiedykolwiek
Wszystko zaczęło się banalnie — od wieczorów spędzanych w samotności, kiedy Iwona już spała, a ja siedziałem z kubkiem zimnej kawy i wgapiałem się w ekran laptopa. YouTube, fora, relacje z podróży po Azji, filmiki z życia ludzi, którzy rzucili wszystko i pojechali na drugi koniec świata. Wciągało mnie to jak bagno. Przez ekran czułem zapachy ulicznych straganów, słyszałem odgłosy obcych języków, a co najważniejsze czułem, że tak powinno wyglądać moje życie. Nie chciałem siedzieć przy stole, pilnując, czy ziemniaki się rozgotowały, tylko być tam. Gdziekolwiek, byle dalej od codzienności.
Iwona tego nie rozumiała. Gdy wspominałem o podróżach, wzdychała i przewracała oczami.
— A kto, przepraszam, będzie spłacał kredyt? — rzucała, jakby wszystko było tylko kaprysem. — Zresztą, masz czterdzieści lat, nie dwadzieścia. Trzeba myśleć poważnie.
To był jej ulubiony argument: wiek. Jakby na coś było za późno tylko dlatego, że mamy zmarszczki i bolą nas kolana. Tyle że ja czułem się młodszy niż kiedykolwiek. Nie chciałem umierać z poczuciem, że niczego nie przeżyłem naprawdę.
— Nie mogę tak żyć — szepnąłem któregoś wieczora w ciemność. I już wtedy wiedziałem, że wszystko się zmieni.
Znów nie mogłem spać
Ten głos w głowie był coraz głośniejszy. Nie dawał mi spokoju, nawet gdy siedziałem w pracy i odpowiadałem na nudne maile od klientów. Patrzyłem w ekran, ale myślami byłem w Tajlandii, Indonezji, gdzieś na Sri Lance. Czułem, jakbym zdradzał swoje życie, wykonując to, co trzeba, zamiast tego, co chciałem. Zaczęło mnie to wykańczać.
— Może byśmy pojechali gdzieś dalej w tym roku? Nie do Karpacza, tylko… nie wiem, do Wietnamu? — zaproponowałem kiedyś Iwonie przy obiedzie.
— Do Wietnamu? — Prawie się zakrztusiła. — Czy ciebie już kompletnie pogięło? — Spojrzała na mnie jak na wariata. Jakby to, że pragnę czegoś innego, było osobistą obrazą. Po chwili dorzuciła, z ironią: — Kup sobie plecak i pomieszkaj w kartonie pod mostem. Też będzie egzotyka.
Zrobiło mi się zimno. Poczułem, że rozmawiam z kimś zupełnie innym niż kiedyś. Iwona, którą poznałem kilkanaście lat temu, była ciekawa świata. Teraz była ostrożna, twardo stąpająca po ziemi. A ja? Ja miałem dość tego twardego stąpania. Czułem się jak ptak z połamanymi skrzydłami. W nocy znów nie mogłem spać. Wstałem, usiadłem na balkonie i długo wpatrywałem się w puste ulice. Głos w mojej głowie nie milknął.
Spojrzałem na nią
— Co się z tobą dzieje ostatnio? — zapytała któregoś ranka Iwona, kiedy robiłem kawę w kuchni. — Cały czas jesteś nieobecny. Nawet jak jesteś, to jakby cię nie było.
Wzruszyłem ramionami. Nie chciałem się tłumaczyć. Ile razy miałem jej powtarzać, że duszę się w tym życiu? Że praca w biurze mnie wykańcza, że nie chcę tak dalej? Mówiłem jej to. Wielokrotnie. Tylko że ona nie słuchała. Zawsze reagowała śmiechem, ironią albo lękiem. A ja przestałem się dzielić, bo nie chciałem być śmieszny. Albo, co gorsza, żałosny.
— Może masz romans? — rzuciła z udawaną lekkością. — To by przynajmniej wyjaśniało twoje milczenie.
Spojrzałem na nią. Stała w szlafroku, z lekko zmierzwionymi włosami. Nawet nie wyglądała na zazdrosną — raczej na rozdrażnioną. Jakby moja chęć zmiany była czymś niewygodnym, co przeszkadza jej w poukładanym świecie.
— Mam romans, ale nie z kobietą — powiedziałem cicho. — Z wolnością.
Nie zrozumiała. Parsknęła śmiechem i wyszła z kuchni. Zostawiła mnie z kubkiem zimnej kawy i czymś, co coraz bardziej przypominało samotność. Wtedy po raz pierwszy naprawdę poczułem, że między nami jest mur. I że nie wiem, czy chcę go jeszcze przeskakiwać.
Nie zauważyłem jej powrotu
Nie mogłem już dłużej udawać. Tydzień po naszej rozmowie o podróży, kiedy Iwona wyszła z domu, usiadłem przy stole i zacząłem pakować rzeczy. Nie duże walizki, nie ubrania, a swoje plany, marzenia, wszystkie bilety, notatki i przewodniki. Czułem dziwną mieszankę ulgi i strachu. Każdy przedmiot, który wkładałem do torby, przypominał mi, że zostawiam coś ważnego, coś, co budowaliśmy razem przez lata.
Pojawiła się w drzwiach za mną nagle. Nie zauważyłem jej powrotu. Patrzyła na mnie w milczeniu, a w jej oczach nie było złości, tylko niedowierzanie. Czułem, że chce coś powiedzieć, ale nie potrafi. Nie miałem już siły tłumaczyć. Nasze spojrzenia spotkały się tylko raz, na krótko. Wiedziałem, że dojdzie to do niej dopiero później, gdy emocje opadną. Może wtedy zrozumie, że czasami trzeba odejść, by odnaleźć siebie.
— Idę — powiedziałem, nie patrząc na nią. — Muszę.
Nie odpowiedziała. Stała bez ruchu, jakby świat w tym momencie zatrzymał się tylko dla naszej dwójki. Torba była ciężka, ale czułem w środku lekkość, której od lat nie znałem. Odsunąłem się od drzwi, zamknąłem je za sobą i wyszedłem na zimne powietrze. Świat był taki sam, jak zawsze, ale dla mnie zmienił się całkowicie. Wiedziałem, że już nie wrócę do tego, co było. To była jedyna szansa, by spełnić swoje marzenie.
Poczułem prawdziwe życie
Pierwsze dni po wyjeździe były dziwnie puste. Miasto wyglądało tak samo: ulice, budynki, samochody, a ja czułem się, jakbym przekroczył granicę innego świata. Każdy krok sprawiał, że czułem zarówno ekscytację, jak i żal. Ekscytację, bo w końcu robiłem coś tylko dla siebie, żal, bo zostawiałem za sobą lata wspólnych poranków, rozmów, ciepła. Iwona nie rozumiała, że nie chodzi o nią — chodziło o mnie, o marzenie, które całe życie tłumiłem.
Pierwszego poranka w nowym miejscu wstałem wcześnie. Miasto budziło się powoli, a ja czułem, jakby każdy oddech był wolnością. Znalazłem małą kawiarnię, zjadłem śniadanie i usiadłem przy oknie, patrząc na ludzi spieszących do pracy. Wtedy po raz pierwszy nie poczułem winy. Pomyślałem o Iwonie, o jej spojrzeniu w drzwiach — nadal je pamiętałem, ale już nie bolało. Z każdym dniem znajdowałem swój nowy rytm. Praca, którą zawsze chciałem mieć, była wyzwaniem, które mnie wciągało. Nowe miejsca, ludzie i historie sprawiały, że zapominałem o dawnej codzienności.
Stara rana wciąż była obecna, czasem pojawiała się w snach, czasem w drobnych wspomnieniach zapachów kuchni czy jej śmiechu. Ale teraz bolała inaczej — przypominała, że w końcu żyję na własnych zasadach, że moje marzenie wreszcie jest realne. Nie wiem, co czeka mnie jutro, ale wiem jedno: decyzja, której się bałem, była jedyną, dzięki której poczułem prawdziwe życie.
Marzenia wymagają wysiłku i ryzyka
Patrząc wstecz, nie czuję żalu. Wiem, że wielu uznałoby moją decyzję za egoistyczną, może wręcz brutalną, bo opuściłem żonę, dom, życie, które znałem od lat. Jednak dla mnie była to jedyna droga, by nie umrzeć od środka, zamknięty w rutynie i marzeniach, których nigdy nie zrealizowałem. Czasami myślę o Iwonie i o tym, co zostawiłem — jej spojrzenie w drzwiach, lekki niedowierzający grymas, gdy zobaczyła walizkę. W tych chwilach czuję smutek, ale już nie ból. To smutek życia, które mogło być wspólne, ale nie było prawdziwe.
Nowe życie nauczyło mnie więcej niż wszystkie lata razem. Codzienność nie jest łatwa, marzenia wymagają wysiłku i ryzyka, ale wreszcie czuję, że każdy dzień jest mój. Spotykam ludzi, odkrywam miejsca, które kiedyś znałem tylko z filmów i zdjęć. Zaczynam rozumieć, co naprawdę znaczy wolność i że czasami, by ją poczuć, trzeba zostawić za sobą wszystko, co kochamy, nawet jeśli boli. Gdyby pojawiła się możliwość wyboru jeszcze raz, podjąłbym tę samą decyzję. Bo życie, które teraz prowadzę, jest prawdziwe — nie idealne, nie przewidywalne, ale moje. I właśnie tego zawsze pragnąłem.
Konstanty, 48 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wyhaczyłam w lumpeksie piękną kurteczkę dla wnusi. Ale moja kochana synowa jak zwykle musiała wtrącić swoje 3 grosze”
- „Mieliśmy z mężem układ: ja robiłam karierę, a on zajmował się domem. Szybko jednak znudziło mu się pranie i sprzątanie”
- „Dla pieniędzy zgodziłam się na małżeństwo z rozsądku. Nie sądziłam, że będę tak żałować tej decyzji”

