Reklama

Przez dwa lata żyłam w zawieszeniu. Miałam czterdzieści minut szczęścia tygodniowo, które odbierałam jak nagrodę – telefon z nieznanego numeru, pośpieszny pocałunek w moim mieszkaniu, „muszę już lecieć” wypowiadane z czułością, która z czasem brzmiała coraz bardziej jak litość. Daniel był żonaty. Mówił, że mnie kocha, ale nie potrafił zdecydować się na nic więcej niż obietnice. „Jeszcze nie teraz”, „Aneta przechodzi trudny czas”, „Daj mi chwilę, wszystko się ułoży”.

Nie ułożyło się – ani jemu, ani mnie. On miał dom, rodzinę, dzieci, rytuały. Ja miałam kalendarz z zaznaczonymi dniami spotkań i samotne niedziele. Przez pierwszy rok to wystarczało. Miałam nadzieję, że się zdecyduje. Że wybierze mnie. Potem zaczęłam mieć nadzieję, że przynajmniej w końcu mnie zostawi. Od dawna czułam, że nie jestem kochana. Byłam po prostu bezpieczna – zawsze dostępna, nigdy wymagająca, gotowa na wszystko. Stałam się dla siebie obcą kobietą.

W styczniu – może to przez śnieg, może przez rozmowę z Izą przy winie – coś zrozumiałam.

– Nie jesteś jego planem, jesteś jego przerwą – powiedziała, mieszając kawę.

– Już nie chcę być nawet tą przerwą. Wystarczy – odpowiedziałam bez cienia łez.

Wtedy postanowiłam, że to koniec.

Całkiem mnie zaskoczył

Wybrałam miejsce neutralne – kawiarnię w bocznej uliczce, do której nigdy wcześniej razem nie wchodziliśmy. Usiadłam przy oknie, wcześniej niż zwykle. Palce miałam sztywne z zimna i zdenerwowania, choć udawałam opanowaną. Kiedy Daniel wszedł, uniosłam wzrok i przez chwilę nie umiałam wydać z siebie głosu. On jak zawsze spokojny, ubrany w swój granatowy płaszcz, w którym wyglądał jak mąż z reklamy.

– Cześć, Karolina – uśmiechnął się cicho, jakby nic się nie działo.

– Usiądź, proszę – odpowiedziałam krótko.

Nie patrzyłam na niego, mówiłam do filiżanki.

Nie chcę już tak żyć: między twoimi obowiązkami a moim czekaniem.

Nie odpowiedział. Cisza w tej kawiarni była jak zamknięta przestrzeń windy – duszna, napięta, niewygodna.

Nie mam już siły być „tą drugą” bez imienia. Zasługuję na coś innego.

– Wiem – powiedział w końcu. Głos miał zbyt spokojny, zbyt czysty. – Dlatego… dzisiaj rano powiedziałem żonie, że odchodzę.

Zamarłam. Serce zrobiło kilka nieskładnych uderzeń.

– Co?

Zostawiłem żonę. Dla ciebie. Nie mam dokąd wrócić.

Patrzył na mnie z czymś w rodzaju nadziei, jakby moje milczenie miało być błogosławieństwem. Zamiast tego poczułam, jak coś we mnie się wycofuje. Zamiast ulgi – szok. Zamiast radości – panika. To miało być moje pożegnanie. Tymczasem to on odciął sobie drogę powrotną. A ja nagle nie wiedziałam, czy go chcę.

Odebrał mi moją decyzję

Wyszłam z kawiarni jak lunatyczka. Daniel chciał iść za mną, coś jeszcze mówił, ale nie słyszałam. Śnieg zacinał w twarz, ale nawet tego nie czułam. Szłam przed siebie, nie myśląc, nie patrząc. Ludzie mijali mnie obojętnie, a ja chciałam krzyczeć, że wszystko się właśnie wywróciło. Miałam odejść z czystym sercem, z podniesioną głową, bez pretensji. A on mi to zepsuł.

Nagle wszystko wróciło do mnie jak uderzenie: jego słowa, jego spojrzenie, ta absurdalna nadzieja, która błyszczała mu w oczach, jakby naprawdę myślał, że teraz będziemy razem. A ja nie czułam nic, poza zmęczeniem i lekkim obrzydzeniem. On zrzucił z siebie winę i odpowiedzialność, rzucił wszystko – a teraz wszystko miało być po mojej stronie.

Zatrzymałam się na przystanku tramwajowym i wyjęłam telefon. Zadzwoniłam do matki.

– Karolina? Coś się stało?

Nie wiedziałam, że on to zrobi. Nie chciałam tego.

– Mówisz o tym twoim… Daniele?

– Zostawił żonę. Dla mnie.

– Trzeba wiedzieć, czego się chce. A nie mieszać ludziom w życiach – odpowiedziała chłodno, jak zawsze. Zrobiło mi się słabo.

– Mamo, ja chciałam tylko zakończyć tę relację.

– To trzeba było wcześniej coś zrobić. A nie bawić się w rozbijanie rodzin.

Rozłączyła się bez pożegnania. Patrzyłam na ekran telefonu, a potem schowałam go do kieszeni. Chciałam być wolna, a teraz czułam się, jakbym to ja wszystko zniszczyła. Tyle że… nie pamiętam, żebym go o cokolwiek prosiła.

Chciał zaczynać nowe życie

Zadzwonił dwa dni później. Nie odbierałam. Dopiero za trzecim razem napisałam mu, że możemy się spotkać. Napisałam to bardziej z poczucia obowiązku niż potrzeby. Czułam się, jakbym była mu dłużna jakieś wyjaśnienie, choć przecież wszystko już powiedziałam.

Mieszkanie wynajął niedaleko mojego. Jeszcze tego samego dnia się tam przeniósł. Twierdził, że nie zabrał nic poza walizką z ubraniami i teczką z dokumentami. Drzwi otworzył w dresie. Daniel, zawsze tak elegancki, teraz wyglądał jak ktoś wyrwany ze snu.

– Cześć – powiedział z delikatnym uśmiechem.

Usiadłam na brzegu kanapy, on nalał mi wody. Przysiadł naprzeciwko i patrzył na mnie, jakbyśmy mieli zaczynać nowe życie.

Wreszcie możemy być razem. Bez udawania.

Nie odpowiedziałam od razu. Oparłam łokcie o kolana i przyłożyłam dłonie do twarzy.

– Ale ja nie wiem, czy jeszcze tego chcę – powiedziałam cicho.

Milczał. W tej ciszy było wszystko: zawód, zaskoczenie, może lęk.

Nie musisz się spieszyć – powiedział po chwili. – Ale chcę, żebyś wiedziała, że jestem gotów. Naprawdę. Zrobiłem to, bo... bo już nie mogłem inaczej.

Spojrzałam na niego. Był taki spokojny. Teraz denerwował mnie ten jego spokój.

Wystarczy jedno słowo, a wrócę do niej. A jeśli nie – zostaję i budujemy coś razem. To co mam zrobić?

Wsłuchiwałam się w ten obcy już głos, w te znajome oczy. Czułam, że to nie jest pytanie o miłość. To był test. On potrzebował odpowiedzi, ja chciałam ciszy.

Musiałam coś zrobić

Z Izą spotkałyśmy się u mnie. Przyniosła czerwone wino i chipsy, jak zawsze, gdy czuła, że sprawy są poważne. Usiadłyśmy na kanapie, a ja przez chwilę nie wiedziałam, od czego zacząć.

– No, mów – zachęciła. – Tylko błagam, bez tych twoich „nie wiem, co czuję”. Już jesteśmy za stare na błądzenie we mgle.

Zostawił ją – zaczęłam cicho. – Naprawdę to zrobił. Jest tu, niedaleko. Czeka.

– Co ty mówisz... Naprawdę?

Kiwnęłam głową i napiłam się wina.

– I co teraz? – zapytała Iza beznamiętnym tonem.

– Nie wiem. To znaczy… nie chciałam tego. Teraz chciałam się po prostu uwolnić.

– On podjął decyzję. Ty też musisz. Nie możesz być bierna, bo teraz ktoś czeka na twoją odpowiedź.

– Nie chciałam go mieć. Chciałam być wolna.

– To nie jest to samo – powiedziała ostro. – Chciałaś odejść jako ktoś, kto nie rozbija rodzin. Teraz już nie możesz się tak z tego wywinąć. Nie bez konsekwencji.

Milczałam.

– Karolina, nie możesz udawać, że to się nie stało. To nie jest sen, z którego się obudzisz. On jest teraz sam. Wyszedł z tego, co miał. To coś znaczy. Pytanie: czy dla ciebie też?

Westchnęłam. Przed oczami miałam nas z początku – przypadkowe spojrzenia, pierwsze spotkanie, sekretne rozmowy. Na początku wszystko było takie elektryczne, jak zakazany owoc. A potem... potem tylko czekanie. Lęk, że ktoś zadzwoni. Że ktoś się domyśli. Że on nigdy nie wybierze mnie. Teraz wybrał. A ja nie wiedziałam, czy jeszcze chcę być wybrana.

Nie będę jego nagrodą

Spotkaliśmy się jeszcze raz. Tym razem w moim mieszkaniu. Siedział na tej samej kanapie, na której przez dwa lata zdejmował płaszcz, całował mnie w czoło i powtarzał, że jeszcze chwilę. Teraz był bez obrączki, bez tajemnic. I chyba pierwszy raz – całkiem mi obcy.

Powiesz coś w końcu? – zapytał.

Wzięłam głęboki wdech. Palce miałam splecione na kolanach, już bolały od zaciskania.

– Chciałam uwolnić siebie, nie zniszczyć ci życie – powiedziałam powoli.

– Może i tak, ale to życie już jest zniszczone. Przynajmniej teraz wiem, na czym stoję.

Popatrzył na mnie. Nie było w nim już napięcia, błagania, tej desperacji, której się obawiałam. Był cichy spokój. Jakby wiedział, że to właśnie tak się skończy.

Nie chcę być nagrodą za twój rozwód – powiedziałam dalej. – Nie chcę być wyborem, który zrobiłeś tylko dlatego, że nie miałeś innej drogi.

– To nie tak – zaprzeczył, ale jego głos był słaby.

– Wiem, ale nie umiem cię już kochać. Nie po tym wszystkim. Zrobiłam z siebie cień kobiety i teraz... teraz muszę siebie odzyskać.

Nie odpowiedział. Kiwnął głową, wstał, założył płaszcz. Minął mnie w ciszy, jakbyśmy byli dwójką nieznajomych na klatce schodowej. Drzwi zamknęły się cicho. Zostałam sama. Nie płakałam. Już wcześniej wypłakałam wszystko, zanim on się wreszcie zdecydował.

Dla nas było już za późno

Minęły trzy miesiące. Daniel nie dzwonił, ja też nie. Zostawiłam go tam, gdzie był – w rozdziale życia, do którego już nie chciałam wracać. W moim telefonie wciąż widniał jako „Nie dzwoń”, choć od dawna nie musiałam się przed sobą powstrzymywać. Po prostu nie miałam takiej potrzeby.

Codzienność wróciła niepostrzeżenie. Kawa o ósmej, praca, drobne sprawy, które kiedyś wydawały się przytłaczające, teraz dawały mi dziwną ulgę. Zaczęłam wychodzić do ludzi, chodzić do kina, spotykać się z Izą. Śmiałam się częściej. Spałam spokojniej. Czasem patrzyłam na pary na ulicy i czułam ukłucie, ale już nie tęsknoty – raczej ostrożności. Miłość, której zaznałam, była jak ogień: piękna i niszcząca. Teraz chciałam ciepła, nie płomieni.

Wciąż nie wiem, czy podjęłam najlepszą decyzję. Może kiedyś będę żałować. Życie nie daje gwarancji. Wiem, że tamta wersja mnie nie miała prawa głosu. Ta nowa – ma. Nie zostaje się dla kogoś, kto przez dwa lata się wahał. Nie buduje się domu z kimś, kto był tylko przystankiem między obowiązkami. Nie odeszłam, bo przestałam kochać. Odeszłam, bo w końcu pokochałam siebie.

Karolina, 30 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama