„Żona zostawiła mnie z dziećmi na pastwę losu. To była dla mnie próba bycia dobrym ojcem, której nie podołałem”
„Zamurowało mnie. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Bo ona miała rację. Zrobiłem z niej zastępczą dorosłą. Wrzuciłem ją w rolę, której nikt jej nie nauczył, nie przygotował. A Kuba? Dałem mu władzę bez odpowiedzialności”.

Gdy moja żona powiedziała, że musi wyjechać na tydzień służbowo, uznałem to za błahostkę. Ot, kilka dni sam na sam z dziećmi – przecież to nie może być takie trudne. Przecież znam swoje dzieci, wiem, co lubią, co jedzą, kiedy chodzą spać. Myliłem się. Z każdą godziną narastał chaos. Córkę obarczałem obowiązkami, jakby była dorosła, a synowi pozwalałem na wszystko, byle mieć chwilę spokoju. Z pozoru to tylko kilka dni. W praktyce wystarczyło, by obnażyć, jakim jestem ojcem. I jak niewiele rozumiem z tego, co naprawdę potrzebują moje dzieci.
Weekendowy ojciec na pełen etat
– Spokojnie, dam sobie radę – rzuciłem, kiedy pakowała walizkę. – To tylko tydzień, a nie wyprawa do dżungli.
Uśmiechnęła się krzywo, po czym ucałowała mnie w policzek i dzieci w czoło. Gdy drzwi się zamknęły, przez chwilę stałem w ciszy, rozglądając się po mieszkaniu, jakby nagle wszystko wyglądało inaczej.
– Tato, co na obiad? – zapytała córka z kuchni.
– Nie wiem... zamówimy coś, nie?
Syn już wtedy siedział przed komputerem, słuchawki na uszach, świat dla niego nie istniał. Ja z kolei stwierdziłem, że skoro mam wolne od pracy, to mogę trochę odpocząć. Przecież dzieci są duże, potrafią się sobą zająć. Następnego dnia córka wstała wcześniej ode mnie i... posprzątała kuchnię. Nawet mnie to ucieszyło. Tylko że potem poprosiła mnie, żebym pomógł jej z lekcjami, a ja rzuciłem:
– Teraz nie mogę, później.
Oczywiście później nie nadeszło. Z każdą godziną przerzucałem na nią coraz więcej obowiązków. A kiedy syn zostawiał bałagan, zamiast zwrócić mu uwagę, sam po nim sprzątała. Ja? Siedziałem z telefonem, nie ogarniając jeszcze, że coś właśnie zaczęło się walić.
Córka była jak cień
Córka, Ola, miała wtedy czternaście lat. Dojrzałość jej spojrzenia wbijała mnie w fotel, ale jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, że ta dziewczyna, którą traktowałem jak dziecko, miała już w sobie więcej rozsądku niż ja.
– Tato, pranie się skończyło – powiedziała któregoś dnia spokojnie, trzymając kosz z bielizną.
– Super, dzięki – odparłem, nie odrywając wzroku od telewizora.
Nie zapytałem, czemu to ona się tym zajęła. Nie przyszło mi do głowy, że to nie jej obowiązek. Ola nie narzekała. Po prostu robiła wszystko po cichu – wynosiła śmieci, myła naczynia, ogarniała po bracie, który zostawiał resztki jedzenia na biurku jak ślady swojej obecności.
– Czemu on nie pomaga? – zapytała kiedyś szeptem, gdy syn leżał na kanapie z telefonem.
– Daj mu spokój, jest zmęczony – rzuciłem bez zastanowienia.
W jej oczach pojawiło się coś, czego nie umiałem nazwać. Zmęczenie? Rozczarowanie? Czułem, że zawiodłem ją, ale zrzucałem to na karb zmęczenia. Nie widziałem, że córka, zamiast być dzieckiem, stawała się cichym filarem tego domu. A ja jej na to pozwalałem. Bezczelnie.
Syn robił co chciał
Kuba miał dwanaście lat i był mistrzem w jednym: braniu. Nie w dawaniu, nie w pomaganiu – tylko w wymaganiu. A ja, zamiast go wychowywać, pozwalałem mu na wszystko, bo... tak było wygodniej.
– Mogę jeszcze pograć? – zapytał któregoś wieczora.
– Jasne – odpowiedziałem, nawet nie patrząc, która godzina.
Kiedy Ola próbowała mu zwrócić uwagę, że już późno i powinien iść spać, usłyszała:
– Nie jesteś moją matką, więc się odczep.
Zamiast zareagować, udawałem, że nie słyszałem. Nie chciałem kolejnej sprzeczki, miałem dość. Dawałem mu kolejne godziny na komputerze, kolejne batoniki i kolejne przyzwolenia. A on? Rósł w siłę. Zostawiał po sobie bałagan, jadł tylko to, co chciał, przerywał mi w połowie zdania, a ja nie robiłem nic.
– Tato, Kuba znowu wylał sok na dywan – mówiła Ola cicho, jakby nie chciała mi przeszkadzać.
– No to wytrzyj, proszę – odparłem zmęczonym tonem.
Nie wiedziałem, kiedy mój syn zamienił się w małego tyrana. I że to ja mu na to pozwoliłem. Każdym „za chwilę”, „daj mu spokój”, „nie przesadzaj” robiłem z niego chłopaka, który nie znał słowa „odpowiedzialność”.
Dzieci płaciły cenę
Czwartego dnia coś we mnie drgnęło. Ola nie powiedziała „dzień dobry”. Minęła mnie w korytarzu, nie patrząc w oczy, z twarzą jakby zastygłą. Dopiero wtedy zauważyłem, że nie rozmawiamy. Że od dwóch dni wykonuje swoje obowiązki bez słowa, jak pracownik na nocnej zmianie.
W kuchni stał pusty garnek po zupie. Nie pamiętałem, kiedy ostatni raz ja coś ugotowałem. Ola to robiła. Przypomniałem sobie, jak rzuciłem mimochodem:
– Weź coś tam zrób, bo Kuba głodny.
Nie powiedziałem: „Proszę”. Nie zapytałem, czy ma ochotę. Po prostu rozkazałem, jakby to była jej rola. Kuba z kolei chodził po domu jak król. Otwierał lodówkę, wyciągał co chciał, zostawiał opakowania gdzie popadnie. Nawet nie pytał, czy może. Wiedział, że i tak mu pozwolę.
Wtedy zrozumiałem, że nie jestem ojcem. Jestem figurą. Karykaturą. Udawałem, że panuję nad sytuacją, ale prawda była taka, że kompletnie straciłem kontrolę. Ola była moją podporą, Kuba moim lękiem. Zamiast budować autorytet, uciekałem przed konfrontacją. I wszystko zaczęło się rozpadać, a ja udawałem, że to tylko przejściowy bałagan.
Lustro, w które nie chciałem patrzeć
Piątego dnia Ola się rozpłakała. Stała w łazience, zamknięta, ale słyszałem przez drzwi. Cichy szloch, który wbijał się w ściany. Zapukałem.
– Ola? Wszystko w porządku?
Nie odpowiedziała. Po chwili otworzyła, przetarła twarz ręcznikiem. Wyszła bokiem, nie patrząc mi w oczy.
– Co się stało? – zapytałem.
– Nic. Tylko... mam już dość – wyszeptała. – Ja nie jestem mamą. A Kuba mnie nienawidzi.
Zamurowało mnie. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Bo ona miała rację. Zrobiłem z niej zastępczą dorosłą. Wrzuciłem ją w rolę, której nikt jej nie nauczył, nie przygotował. A Kuba? Dałem mu władzę bez odpowiedzialności. Tego wieczoru pierwszy raz naprawdę z nimi porozmawiałem. Usiadłem przy stole. Bez telefonu. Poprosiłem Olę, żeby nic nie robiła. Sam zrobiłem kolację.
– Przepraszam was. Zawaliłem. Chciałem, żeby było łatwo. A wyszło najgorzej – powiedziałem.
Ola milczała, ale łzy zniknęły z jej oczu. Kuba spojrzał zdziwiony, bo nie był przyzwyczajony, że ktoś go ogranicza. Tego dnia odebrałem mu telefon wcześniej. Po raz pierwszy od dawna powiedziałem: „Nie”. Zacząłem patrzeć. Na dzieci. Na siebie.
Nieudolność, która uczy pokory
Kiedy żona wróciła, dom nie był już ten sam. Ani ja nie byłem. Nie ukrywałem niczego – powiedziałem jej prawdę. O tym, że Ola robiła za matkę, a Kuba za króla. O tym, jak się pogubiłem. Słuchała, milczała. A potem przytuliła mnie i tylko powiedziała:
– Dobrze, że to zobaczyłeś. I że jeszcze masz czas, żeby to naprawić.
Nie naprawiłem wszystkiego od razu. To nie film. Ola długo była zamknięta w sobie, Kuba buntował się, gdy próbowałem wprowadzić granice. Ale powoli, dzień po dniu, zacząłem być tatą. Nie kumplem od przyzwolenia. Nie nieobecnym obserwatorem. Tatą, który rozmawia, który pomaga, który wymaga.
Zrozumiałem, że miłość do dzieci to nie tylko obecność, ale też granice, szacunek i czas. Że nie mogę zrzucać ciężaru dorosłości na córkę i chować się przed odpowiedzialnością za syna. Ten tydzień mnie obnażył. Pokazał, ile w moim ojcostwie było wygody, a ile faktycznego zaangażowania. Zabolało. Ale dzięki temu mogłem coś zmienić. Dziś jeszcze się uczę. Każdego dnia.
Mateusz, 41 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Pojechałam do teściowej na Dzień Babci i straciłam głowę dla jej gościa. Teraz nie wiem, jak spojrzeć mężowi w oczy”
- „W mroźny dzień zacięłam się w windzie z sąsiadem. Weszliśmy jako obcy, a godzinę później znaliśmy się aż za dobrze”
- „Od świtu do nocy biegam z mopem w rękach, a mąż tylko siedzi na kanapie. Nie widzi, że cały dom jest na mojej głowie”

