Reklama

Wracała i wychodziła tak często, że klamka zdążyła zapamiętać jej dłoń lepiej niż moją. Po każdej kłótni pakowała kilka rzeczy, trzaskała drzwiami i znikała, jakby miała pewność, że świat zawsze ustawi się pod nią. Zostawałem sam w ciszy, z niedopowiedzianymi zdaniami i myślą, że znowu to ja będę musiał pierwszy pęknąć. Bo przecież ona nie mogła. Wydawało jej się, że będzie panią sytuacji i nic nie zdoła tego zmienić.

Zaśmiała się krótko

Stałem w kuchni i patrzyłem na zegar, który tykał zbyt głośno jak na tak małe pomieszczenie. Ona chodziła po przedpokoju, wyciągając z szafy swoją starą torbę, tę samą, którą brała za każdym razem. Ruchy miała szybkie, nerwowe, ale w tym wszystkim było coś rutynowego, jakby odgrywała znaną scenę.

— Naprawdę znowu to robisz? — zapytałem spokojniej, niż się czułem.

Nie odpowiedziała od razu. Zatrzasnęła suwak, poprawiła płaszcz.

— Potrzebuję przestrzeni. Z tobą nie da się rozmawiać — rzuciła w końcu, nie patrząc na mnie.

— Przed chwilą rozmawialiśmy — odparłem. — Powiedziałem tylko, że nie podoba mi się, że podejmujesz decyzje za nas oboje.

Odwróciła się gwałtownie.

— Widzisz? Zawsze musisz mieć rację. Zawsze wszystko wiesz lepiej.

— To nie o rację chodzi. — Poczułem, jak głos mi się łamie. — Chodzi o to, że uciekasz. Za każdym razem.

Zaśmiała się krótko, bez cienia humoru.

— Uciekam? Ja po prostu wychodzę, zanim znowu mnie zagnieciesz swoimi pretensjami.

Założyła buty, jakby bała się, że zmieni zdanie, jeśli zwolni. Stałem kilka kroków dalej i nagle dotarło do mnie, że nawet nie próbuję jej zatrzymać. Kiedyś stawałem w drzwiach, prosiłem, tłumaczyłem się, obiecywałem, że będzie inaczej. Teraz tylko patrzyłem.

— Zadzwonisz? — zapytałem cicho.

— Może — odpowiedziała już z dłonią na klamce. — Jak ochłoniesz.

Drzwi zamknęły się z tym samym suchym dźwiękiem co zawsze. Usiadłem na krześle i poczułem znajome zmęczenie. Wiedziałem, że za kilka dni wróci, obrażona, ale pewna, że wszystko wróci do normy. Że przeproszę. Że klucze będą pasować. Tylko pierwszy raz przyszło mi do głowy pytanie, którego wcześniej się bałem: a co, jeśli tym razem nie zadzwonię pierwszy?

Długo patrzyłem na ekran

Pierwsza noc bez niej była dziwnie spokojna. Żadnych kroków nad ranem, żadnego przesuwania krzesła, żadnego westchnienia, które zawsze oznaczało, że znowu śpi niespokojnie. Leżałem i gapiłem się w sufit, słuchając własnych myśli, bo w końcu nie musiałem się z nikim kłócić. Rano zrobiłem kawę tylko dla siebie. Odruchowo sięgnąłem po drugi kubek i dopiero wtedy zorientowałem się, że nie muszę. Postawiłem go z powrotem do szafki. Ten drobny gest zabolał bardziej niż cała wczorajsza awantura.

Telefon milczał. Zawsze do południa pojawiała się wiadomość. Krótka, oschła, ale była. Tym razem nic. Wyszedłem na spacer, żeby nie siedzieć w domu, który nagle wydawał się za duży. Na klatce schodowej spotkałem sąsiadkę.

— Żona znowu wyjechała? — zapytała z tym swoim współczującym uśmiechem.

Na chwilę — odpowiedziałem automatycznie.

Sam nie wiedziałem, dlaczego to powiedziałem. Może dlatego, że przez lata wmawiałem to nie tylko innym, ale i sobie. Wieczorem usiadłem w salonie. Spojrzałem na drzwi wejściowe, jakbym spodziewał się, że zaraz się otworzą. Przypomniałem sobie wszystkie momenty, kiedy wracała. Nigdy nie przepraszała. Zrzucała torbę, mówiła, że było jej ciężko, a ja zaczynałem od „to ja zawaliłem”. Zawsze.

Telefon w końcu zawibrował.

„Muszę odpocząć kilka dni. Nie dzwonisz” — napisała.

Nie „jak się czujesz”, nie „czy możemy porozmawiać”. Tylko informacja. Jakby mieszkanie było przystankiem, a ja obsługą. Długo patrzyłem na ekran. Serce biło mi szybciej, palce same chciały odpisać coś znajomego, coś miękkiego. Przeprosić. Uspokoić. Zamiast tego napisałem: Porozmawiamy, jak wrócisz. Spokojnie.

Odłożyłem telefon i poczułem strach, ale pod nim było coś jeszcze. Coś nowego. Jakby pierwszy raz od dawna decyzja należała do mnie.

Wstała gwałtownie

Wróciła trzeciego dnia, późnym popołudniem. Usłyszałem klucz w zamku i poczułem, jak całe ciało mi się spina. Ten dźwięk zawsze oznaczał początek gry, w której znałem swoją rolę aż za dobrze. Tym razem jednak nie ruszyłem się z miejsca. Siedziałem przy stole, z kartką papieru przed sobą, choć od godziny nic na niej nie zapisałem.

Weszła do kuchni, rzuciła torbę pod ścianę.

— I co? — zapytała. — Nawet nie wyjdziesz mnie przywitać?

— Cześć — odpowiedziałem spokojnie. — Usiądźmy i porozmawiajmy.

Zmrużyła oczy, jakby nie spodziewała się takiego tonu.

— Nie mam siły na kolejne twoje analizy.

— A ja nie mam siły na kolejne wyprowadzki — powiedziałem szybciej, niż planowałem. — Za każdym razem robisz to samo.

Parsknęła.

— Czyli teraz to ja jestem winna?

— Nie. Ale nie jestem winny tylko ja.

Zapadła cisza. Usiadła naprzeciwko mnie, skrzyżowała ramiona na piersi.

Myślałam, że zadzwonisz. Że zrozumiesz.

— Zawsze rozumiałem — odpowiedziałem. — Zawsze przepraszałem. Zawsze zostawałem i czekałem. Tylko że nic się nie zmieniało.

Wstała gwałtownie.

— Czyli co? Chcesz mnie ukarać?

— Nie. — Pokręciłem głową. — Chcę przestać się bać, że za każdym razem znikniesz, gdy coś ci się nie spodoba.

Patrzyła na mnie długo, jakby pierwszy raz naprawdę mnie widziała. Jej głos nagle stracił pewność.

A jeśli znowu wyjdę?

To pytanie zawisło między nami cięższe niż wszystkie wcześniejsze kłótnie.

— To wyjdziesz — odpowiedziałem. — Ale ja nie będę już udawał, że to normalne.

Nie krzyczała. Nie trzaskała drzwiami. Po prostu usiadła z powrotem i spuściła wzrok. Zrozumiałem wtedy, że ta rozmowa może nas uratować… albo ostatecznie rozdzielić. I po raz pierwszy byłem gotów na obie możliwości.

To było nowe

Nie wyszła tamtego wieczoru. Krzątała się po mieszkaniu cicho, jakby sprawdzała, czy grunt pod nogami nadal jest stabilny. Ja też byłem ostrożny. Każde słowo ważyłem podwójnie, bo wiedziałem, że jeden fałszywy ton może znowu uruchomić stary mechanizm.

— Zrobię herbatę — powiedziała w końcu, nie pytając.

Skinąłem głową. Usiadła naprzeciwko mnie z kubkiem w dłoniach, ale nie piła.

— Myślałam, że jak wychodzę, to daję nam obojgu czas — zaczęła cicho. — Że to lepsze niż kłótnia.

— A ja zostawałem z poczuciem, że nie jestem wart tego, żebyś została — odpowiedziałem. — Nawet na trudną rozmowę.

Drgnęła. Jakby to zdanie trafiło dokładnie tam, gdzie miało.

— Nie wiedziałam, że tak to odbierasz.

Bo nigdy nie pytałaś — powiedziałem spokojnie. — Zawsze zakładałaś, że wrócisz, a ja będę taki sam.

Odstawiła kubek.

— A jeśli ja nie umiem inaczej? — zapytała. — Jeśli to jedyne, co znam?

To było nowe. Nie oskarżenie, nie obrona. Wątpliwość.

— To możemy się tego nauczyć — odparłem. — Albo uznać, że każde z nas chce żyć inaczej.

Milczała długo. Widziałem, jak walczy sama ze sobą. W końcu wstała, podeszła do drzwi, dotknęła klamki… i cofnęła rękę.

— Boję się — przyznała szeptem. — Że jak zostanę, to będę musiała się zmienić.

— Ja też się boję — powiedziałem. — Ale bardziej boję się, że jeśli nic się nie zmieni, to któregoś dnia naprawdę przestaniesz wracać.

Usiadła z powrotem. Tym razem bliżej mnie niż wcześniej. Po raz pierwszy nie było w tym geście ucieczki.

Zamków nie zmieniłem

Nie zmieniła się od razu. Ja też nie. Przez kolejne dni kilka razy widziałem, jak zatrzymuje się w przedpokoju dłużej niż zwykle, jakby wciąż sprawdzała, czy może jeszcze wyjść bez konsekwencji. A ja przestałem śledzić każdy jej ruch, przestałem zgadywać, co zrobi.

Któregoś wieczoru powiedziała:

— Jak będzie między nami źle… spróbuję zostać. Nawet jeśli będzie niewygodnie.

Nie obiecała cudów. Ja też nie. Ale po raz pierwszy nie było w tym ucieczki, tylko wysiłek. Zamków nie zmieniłem. Nie dlatego, że bałem się jej powrotów, ale dlatego, że zrozumiałem coś ważniejszego. Drzwi w tym domu nie były problemem. Problemem było to, że przez lata pozwalałem, by wychodzenie było łatwiejsze niż rozmowa. Dziś wiem jedno: jeśli znowu spakuje torbę, nie pobiegnę za nią z przeprosinami na ustach. A jeśli zostanie będę gotów rozmawiać, nawet gdy zaboli. To jedyna uczciwa umowa, jaką potrafię jeszcze zawrzeć.

Paweł, 41 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama