„Żona zaplanowała idealną kolację walentynkową, a ja wszystko zepsułem. Gdy wręczyłem jej prezent, było jeszcze gorzej”
„Byłem przekonany, że ten prezent to strzał w dziesiątkę. Był drogi, nowoczesny i niesamowicie praktyczny. Spędziłem godziny na czytaniu recenzji w internecie. Ewa wyjęła z torby wielkie pudło. Jej uśmiech zaczął powoli blednąć, gdy zobaczyła zdjęcie produktu na opakowaniu”.

Myślałem, że jestem po prostu praktyczny, a okazałem się emocjonalnym analfabetą. Tamtego wieczoru w naszym domu pachniało pieczoną kaczką i wanilią, a ja zamiast serca, przyniosłem do stołu tabelki z Excela i prezent, który stał się gwoździem do trumny naszej romantycznej atmosfery. Nigdy nie zapomnę ciszy, która zapadła po rozerwaniu kolorowego papieru. To była cisza głośniejsza niż jakikolwiek krzyk.
Zapach miał mnie ostrzec
Gdy przekręciłem klucz w zamku, dochodziła dziewiętnasta trzydzieści. Byłem spóźniony czterdzieści minut. W normalny dzień to żadna tragedia, korki w mieście są nieobliczalne, a moja praca w logistyce wymaga elastyczności, której nienawidzę, ale za którą mi płacą. Ale to nie był normalny dzień. To były walentynki, a moja żona, Ewa, zapowiadała ten wieczór od tygodni.
Już w progu uderzyła mnie fala ciepła i zapachów. Rozmaryn, pieczone mięso, nuta pomarańczy i coś słodkiego, co kojarzyło mi się z naszymi pierwszymi randkami w małej cukierni na Starym Mieście. W przedpokoju panował półmrok, a jedyne światło sączyło się z salonu, rzucając na ściany drgające cienie. Świece. Ewa musiała zapalić ich dziesiątki.
Otrzepałem buty ze śniegu, czując narastające poczucie winy. Telefon w mojej kieszeni wibrował bezlitośnie. Kolejna dostawa utknęła na granicy, kierowca nie odbierał, a klient groził karami umownymi. Moja głowa była setki kilometrów stąd, w magazynie przeładunkowym pod Berlinem, a nie w naszym przytulnym bliźniaku na przedmieściach.
– Jesteś wreszcie – usłyszałem jej głos. Był miękki, ale wyczułem w nim nutę napięcia.
Wyszła z kuchni. Wyglądała olśniewająco. Miała na sobie tę granatową sukienkę, którą kupiła na wesele mojej siostry dwa lata temu, i delikatny naszyjnik z pereł. Włosy upięła w luźny kok, a z głośników sączył się jazz.
– Przepraszam, kochanie – rzuciłem, ściągając płaszcz. – Nie uwierzysz, co się dzieje w firmie. Magazynierzy pomylili palety, szef dzwonił trzy razy, kompletny chaos.
Podeszła do mnie, żeby mnie pocałować, ale ja odruchowo sięgnąłem do kieszeni, bo telefon znowu zawibrował. Jej usta musnęły mój policzek, podczas gdy ja zerkałem na ekran.
– Tomek – powiedziała cicho, cofając się o krok. – Zostaw to. Przynajmniej dzisiaj.
– Muszę tylko odpisać Markowi, to zajmie sekundę. Inaczej będą dzwonić całą kolację – skłamałem, bo wiedziałem, że będą dzwonić tak czy siak.
Nie zauważyłem wtedy, jak zgasł blask w jej oczach. To był pierwszy błąd tego wieczoru. Niestety, nie ostatni.
Kolacja o smaku rozczarowania
Stół wyglądał jak z katalogu wnętrzarskiego. Biały obrus, kryształowe kieliszki, które dostaliśmy od teściów, i ta nieszczęsna kaczka, która pewnie była idealna pół godziny temu. Teraz, gdy usiedliśmy, Ewa nałożyła mi porcję, starając się uśmiechać.
– Pamiętasz, jak na naszej pierwszej rocznicy jedliśmy kaczkę w tej knajpie, której nazwy nigdy nie mogę zapamiętać? – zapytała, nalewając wino. – Próbowałam odtworzyć ten sos. Dodałam trochę konfitury z żurawiny, tak jak lubisz.
– Pyszne – mruknąłem, wkładając do ust kęs. Mięso było trochę suche. Pewnie przez moje spóźnienie wyschło w piekarniku. – Naprawdę dobre. Tylko trochę, wiesz, twardawe.
Ewa zamarła z widelcem w połowie drogi do ust.
– Czekałam z wyjęciem jej z pieca do ostatniej chwili, ale pisałeś, że będziesz o dziewiętnastej – powiedziała, a jej głos stwardniał.
– Wiem, wiem. Nie narzekam, po prostu stwierdzam fakt – broniłem się, kompletnie nie wyczuwając nastroju. Znowu zerknąłem na telefon leżący obok talerza. Ekran rozbłysnął powiadomieniem z komunikatora firmowego.
– Czy możesz schować ten telefon? – zapytała, odkładając sztućce. Dźwięk metalu uderzającego o porcelanę był nieprzyjemnie głośny.
– Ewa, to jest sytuacja kryzysowa. Jeśli ten transport nie wyjedzie do rana, stracimy kontrakt z siecią marketów. To są realne pieniądze, nasze pieniądze – tłumaczyłem, czując irytację. Przecież robiłem to dla nas. Dlaczego ona tego nie rozumiała?
– To są walentynki, Tomek. Chciałam, żebyśmy spędzili ten wieczór razem. Rozmawiając. Ostatnio w ogóle nie rozmawiamy. Wracasz, jesz, siadasz do komputera albo zasypiasz przed telewizorem. Czuję się, jakbym mieszkała ze współlokatorem, który płaci rachunki, ale mentalnie jest nieobecny.
Wiedziałem, że ma rację, ale stres w pracy sprawił, że zamiast empatii, poczułem złość. Czułem się niedoceniany. Harowałem jak wół, żebyśmy mogli spłacać kredyt, jeździć na wakacje i żeby ona mogła pracować na pół etatu w bibliotece i mieć czas na swoje hobby.
– Przesadzasz – westchnąłem, chowając telefon do kieszeni, ale nie wyłączając go. – Jestem tutaj. Jem twoją kolację. Doceniam to.
– Moje hobby – powiedziała nagle, zmieniając temat, jakby chwytała się ostatniej deski ratunku. – Zapisałam się na ten kurs malarstwa olejnego, o którym ci mówiłam. Prowadzi go ten znany artysta z akademii.
– Świetnie – rzuciłem, krojąc ziemniaka. – Ile to kosztuje?
Ewa zamknęła oczy i wzięła głęboki wdech.
– Nie pytałeś, czy jestem szczęśliwa. Nie pytałeś, co będziemy malować. Zapytałeś o koszt.
– Bo muszę panować nad budżetem, Ewa. Bądźmy realistami.
Atmosfera przy stole gęstniała z minuty na minutę. Jedliśmy w ciszy, przerywanej tylko brzękiem sztućców i cichą muzyką, która teraz wydawała się drażniąca. Wiedziałem, że psuję ten wieczór, ale byłem zbyt zmęczony i zestresowany, żeby znaleźć w sobie siłę na zmianę kursu. Myślałem, że prezent wszystko naprawi. Boże, jak bardzo się myliłem.
Pudełko, które zmieniło wszystko
Kiedy talerze były już puste, Ewa wstała i poszła do sypialni. Wróciła z małym, płaskim pudełeczkiem przewiązanym czerwoną wstążką. Usiadła naprzeciwko mnie, a jej twarz nieco pojaśniała. Widać było, że wciąż ma nadzieję na uratowanie tego wieczoru.
– To dla ciebie – powiedziała cicho, przesuwając prezent po obrusie.
Otworzyłem pudełko. W środku znajdował się elegancki, skórzany portfel. Ale nie to było najważniejsze. W kieszonce na zdjęcia wsunęła małą, czarno-białą fotografię nas dwojga, zrobioną w budce fotograficznej w Sopocie, dziesięć lat temu. Byliśmy na niej roześmiani, młodzi i beztroscy. Na odwrocie zdjęcia, jej starannym pismem, widniał napis: „Żebyś zawsze pamiętał, że pieniądze są środkiem, a nie celem. Kocham Cię”.
Poczułem ukłucie w sercu. To było piękne. Osobiste. Trafiające w punkt moich ostatnich problemów z pracoholizmem.
– Dziękuję – powiedziałem szczerze, gładząc skórę portfela. – Jest wspaniały. Naprawdę.
– Teraz twoja kolej – uśmiechnęła się niepewnie.
Wstałem i sięgnąłem po dużą torbę prezentową, którą ukryłem za kanapą. Była ciężka. Czułem dumę, gdy stawiałem ją przed Ewą. Byłem przekonany, że ten prezent to strzał w dziesiątkę. Był drogi, nowoczesny i niesamowicie praktyczny. Spędziłem godziny na czytaniu recenzji w internecie. Ewa wyjęła z torby wielkie pudło. Jej uśmiech zaczął powoli blednąć, gdy zobaczyła zdjęcie produktu na opakowaniu.
– To... robot sprzątający? – zapytała, a jej głos zadrżał.
– Nie byle jaki! – zapaliłem się, nie zauważając nadchodzącej katastrofy. – To najnowszy model. Mapuje pomieszczenia laserem, mopuje na mokro, ma stację dokującą, która sama opróżnia pojemnik na kurz. Możesz nim sterować z aplikacji w telefonie, nawet jak jesteś w pracy!
Mówiłem szybko, ekscytując się specyfikacją techniczną. Myślałem o tym, jak bardzo ułatwi jej to życie. Przecież ciągle narzekała, że w domu jest tyle do zrobienia, że nie ma czasu na nic. Ewa patrzyła na pudełko, jakby znajdowała się w nim głowa konia, a nie cud techniki.
– Kupiłeś mi odkurzacz na walentynki? – zapytała bardzo powoli.
– To nie jest zwykły odkurzacz. To inteligentny robot. Kosztował fortunę. Pomyślałem, że dzięki temu nie będziesz musiała tyle biegać ze szmatą. Będziesz miała więcej czasu.
– Czasu na co? – podniosła wzrok na mnie. W jej oczach szkliły się łzy.
– No... na wszystko. Na dom, na odpoczynek.
– Kupiłeś mi sprzęt AGD, żebym mogła sprawniej sprzątać twój dom? – Ewa wstała gwałtownie, potrącając stół. Kieliszek z winem zachwiał się, ale nie upadł.
– Nasz dom! I co w tym złego? Przecież to praktyczne!
– Praktyczne... – powtórzyła z goryczą. – Ja daję ci wspomnienia, daję ci przypomnienie o naszej miłości, a ty dajesz mi maszynę do zbierania kurzu. Czy ty w ogóle widzisz we mnie kobietę, Tomek? Czy ja jestem dla ciebie tylko sprzątaczką? Kimś, kto pierze twoje gacie i gotuje ci kaczkę?
– Nie, oczywiście, że nie! Chciałem ci ulżyć!
– Gdybyś chciał mi sprawić przyjemność, kupiłbyś mi sztalugę, o której marzę od roku. Albo zabrałbyś mnie do teatru. Albo po prostu kupiłbyś mi cholerne kwiaty i napisał list! Ale ty... ty zredukowałeś mnie do roli sprzątaczki, którą trzeba zautomatyzować, żeby była wydajniejsza.
– Ewa, przesadzasz. To jest topowy sprzęt! – brnąłem, bo moja męska duma nie pozwalała mi przyznać, że popełniłem błąd. Czułem się zaatakowany. Wydałem premię kwartalną na to urządzenie.
– Wynoś się – powiedziała cicho.
– Co?
– Wynoś się z tym pudłem. Nie chcę tego widzieć. I ciebie teraz też nie chcę widzieć. Śpisz w salonie.
Złapała pudełko z portfelem, które mi dała, i rzuciła nim o stół.
– A to sobie weź. Może włożysz tam paragon za ten odkurzacz, żebyś mógł go sobie odliczyć od podatku.
Odwróciła się na pięcie i wybiegła z pokoju. Usłyszałem trzaśnięcie drzwi sypialni, a potem przekręcanie klucza w zamku. Zostałem sam w salonie, z niedojedzoną kaczką, stygnącym winem i pudełkiem z robotem sprzątającym, który patrzył na mnie swoim plastikowym okiem kamery.
Noc na kanapie i gorzka refleksja
Przez pierwszą godzinę byłem wściekły. Chodziłem po salonie, mrucząc pod nosem o niewdzięczności. Przecież chciałem dobrze. Przecież to logiczne – mniej sprzątania to więcej czasu wolnego. Dlaczego kobiety zawsze muszą doszukiwać się drugiego dna? Dlaczego nie potrafią docenić funkcjonalności?
Potem usiadłem na kanapie i spojrzałem na zdjęcie, które dała mi Ewa. Dziesięć lat temu. Mieliśmy wtedy puste kieszenie, jeździliśmy starym Golfem, a na walentynki kupowałem jej jedną różę i czekoladę. Ale wtedy patrzyłem na nią jak na cud świata. Słuchałem jej. Wiedziałem, czym żyje.
Teraz? Wiedziałem, że ma kurs malarstwa, ale nie wiedziałem, co chce malować. Wiedziałem, że pracuje w bibliotece, ale nie wiedziałem, jaką książkę czyta obecnie. Wiedziałem, że dba o dom, więc kupiłem jej narzędzie do pracy, zamiast prezentu dla niej. Dla Ewy. Nie dla „Pani Domu”.
Zrozumiałem to około drugiej w nocy, gdy wpatrywałem się w sufit. Mój prezent był komunikatem. Mówił: „Widzę twoje obowiązki, nie twoje pasje”. Mówił: „Chcę, żeby było czyściej”, a nie „Chcę, żebyś była szczęśliwsza”. Włączyłem telefon, który wciąż leżał na stole. Odpisałem Markowi krótko: „Radźcie sobie, jestem niedostępny do jutra do południa”. Wyłączyłem aparat. To był pierwszy krok.
Próba naprawienia świata
Rano obudziłem się z bólem karku. W domu panowała cisza. Drzwi do sypialni były otwarte, łóżko pościelone. Ewy nie było. Zostawiła kartkę na stole w kuchni: „Poszłam na spacer. Nie wiem, kiedy wrócę. Nie dzwoń”.
Spojrzałem na pudło z robotem stojące w kącie jak wyrzut sumienia. Zapakowałem je z powrotem do torby. Wiedziałem, co muszę zrobić. Nie, nie mogłem po prostu tego oddać i kupić kwiatów. To byłoby za proste. Musiałem udowodnić, że zrozumiałem, o co jej chodziło. Wsiadłem w samochód i pojechałem do sklepu plastycznego w centrum. Nigdy tam wcześniej nie byłem. Zapach terpentyny i farb był dla mnie obcy, ale dla Ewy był zapachem marzeń.
– Potrzebuję najlepszej sztalugi, jaką macie – powiedziałem do sprzedawcy, starszego pana w poplamionym fartuchu. – I zestawu farb olejnych. I pędzli. I płócien.
– Profesjonalnych czy dla początkujących? – zapytał.z
– Dla kogoś, kto ma duszę artystki, ale mąż o tym zapomniał – odpowiedziałem szczerze.
Sprzedawca spojrzał na mnie znad okularów i uśmiechnął się lekko. Pomógł mi wybrać wszystko. Zapłaciłem kartą, czując, że to najlepiej wydane pieniądze od lat.
Wróciłem do domu i zacząłem działać. Przesunąłem meble w salonie, żeby zrobić miejsce przy oknie, gdzie światło padało najlepiej. Rozstawiłem sztalugę. Na małym stoliku obok ułożyłem farby i pędzle. Robota sprzątającego wyniosłem do garażu – postanowiłem, że oddam go rodzicom albo sprzedam w internecie. Kiedy wszystko było gotowe, usiadłem i czekałem.
Chcę widzieć jej uśmiech
Ewa wróciła po trzech godzinach. Miała czerwone od mrozu policzki i smutne oczy. Kiedy weszła do salonu, zatrzymała się w pół kroku. Jej wzrok padł na drewnianą sztalugę stojącą w centralnym punkcie pokoju. Na płótnie przykleiłem małą kartkę samoprzylepną: „Model do pozowania dostępny na żądanie. Stawka: jeden uśmiech na godzinę”. Spojrzała na mnie. Stałem w kuchni, robiąc herbatę. Nie miałem w ręku telefonu.
– Oddałem odkurzacz – powiedziałem cicho. – Przepraszam. Byłem idiotą. Byłem praktycznym, bezmyślnym idiotą. Zapomniałem, że ożeniłem się z artystką, a nie z perfekcyjną panią domu.
Ewa podeszła do sztalugi. Dotknęła delikatnie drewna, jakby nie wierzyła, że to jest prawdziwe. Potem wzięła do ręki tubkę farby. Widziałem, jak jej ramiona opadają, jak napięcie z niej uchodzi.
– To jest... profesjonalny zestaw – szepnęła.
– Tylko taki pasuje do twojego talentu.
Odwróciła się do mnie. W jej oczach wciąż widziałem cień wczorajszego bólu, ale przebijało się przez niego coś nowego. Nadzieja. I czułość.
– Nie sądziłąm, że zrozumiesz – powiedziała.
– Potrzebowałem wstrząsu. Wczorajszy wieczór był katastrofą, ale może był potrzebny. Obiecuję, że od teraz będę bardziej uważał. Na to, co mówisz i na to, kim jesteś.
Podeszła do mnie i przytuliła się mocno. Poczułem zapach mrozu na jej płaszczu.
– Kaczka była twarda – powiedziała w mój sweter, a ja poczułem, że się uśmiecha.
– Była tragiczna – przyznałem ze śmiechem. – Dzisiaj ja gotuję. Spaghetti. I obiecuję, że nie rozgotuję makaronu, a telefon zostanie w szufladzie.
Tamte walentynki były lekcją, której nigdy nie zapomnę. Nauczyłem się, że prezent to nie przedmiot, to komunikat. I że najgorszym, co można dać ukochanej osobie, jest poczucie, że jej marzenia są mniej ważne niż czysta podłoga. Dziś, dwa lata później, na ścianie w naszym salonie wisi piękny obraz olejny. Przedstawia nasz ogród w deszczu. A ja? Ja wciąż uczę się słuchać, ale przynajmniej wiem już, że roboty sprzątające kupuje się w zwykły wtorek, a nie w święto miłości.
Tomasz, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W tłusty czwartek poszliśmy z teściami do kawiarni. Zrobili taki cyrk, że nawet smak pączków nie osłodził tej żenady”
- „Myślałem, że walentynki uratują moje małżeństwo. Zamiast tego zobaczyłem, kim naprawdę jest moja żona”
- „W tłusty czwartek synowa upiekła fit pączki z bitą śmietaną. W głowie mi się nie mieści, że można tak zbrukać tradycję”

