„Żona wychowała syna na darmozjada. Dziś ma 30 lat, żadnej pracy i myśli, że będziemy go utrzymywać do końca życia”
„Jeszcze kilka lat temu łudziłem się, że to tylko przejściowy etap. Kacper rzucił studia na drugim roku. Socjologia podobno go nudziła, wykładowcy byli niekompetentni, a system edukacji przestarzały. Wtedy Teresa stanęła za nim murem”.

Patrząc na mojego trzydziestoletniego syna, który o czternastej wciąż siedzi w piżamie przed komputerem, czuję, jak pęka mi serce, ale nie z czułości, lecz z bezradności. To miał być nasz powód do dumy, nasza podpora na starość, a stał się kulą u nogi, której ciężar staje się nie do zniesienia. Kiedyś myślałem, że miłość rodzicielska polega na dawaniu wszystkiego, co najlepsze.
Nic nie robił
Wstaję o piątej trzydzieści. Stawy sztywnieją mi coraz bardziej, lata pracy fizycznej w magazynie dają o sobie znać, ale nie narzekam. Wiem, że muszę wstać, zaparzyć kawę, zjeść szybką kanapkę i ruszyć do świata, który wymaga ode mnie wysiłku. W domu panuje wtedy cisza.
Kacper śpi. Oczywiście, że śpi. Jego dzień zaczyna się zazwyczaj w okolicach południa, kiedy ja mam już za sobą połowę zmiany. Czasami, gdy wychodzę, widzę przez uchylone drzwi poświatę monitora. Gra do rana. Kiedyś myślałem, że to pasja, że może zostanie informatykiem, programistą, kimś wielkim. Dziś wiem, że to po prostu ucieczka przed rzeczywistością, w której trzeba by było wziąć odpowiedzialność za własne życie.
Moja żona, Teresa, wstaje chwilę po mnie. Krząta się po kuchni cicho jak mysz, żeby tylko – broń Boże – nie obudzić „dziecka”. Kiedy widzę, jak smaruje bułki masłem, tak jak lubił to Kacper, gdy miał pięć lat, czuję, jak w żołądku zbiera mi się żółć.
– Znowu robisz mu śniadanie do łóżka? On ma trzydzieści lat.
– Cicho bądź, bo go obudzisz – syknęła, kładąc plasterek szynki. – Biedny jest, wczoraj miał ciężki dzień, szukał tych ofert w internecie do późna. Musi mieć siłę.
Usprawiedliwiała go
Kacper szuka pracy od pięciu lat. Zawsze coś jest nie tak. A to szef wydawał się gburem, a to dojazd zajmowałby czterdzieści minut, co jest „nieludzkie”, a to stawka na początek była uwłaczająca dla kogoś z jego potencjałem. Problem w tym, że ten potencjał istnieje tylko w głowie mojej żony i, niestety, mojego syna.
Wychodząc z domu, mijałem pokój Kacpra. Na klamce wisiała reklamówka ze śmieciami, którą wystawił w nocy, żebyśmy ją zabrali. Nawet nie pofatygował się do kuchni. Wychowaliśmy pasożyta, a co gorsza, karmimy go każdego dnia, utwierdzając w przekonaniu, że świat właśnie tak wygląda.
Jeszcze kilka lat temu łudziłem się, że to tylko przejściowy etap. Kacper rzucił studia na drugim roku. Socjologia podobno go nudziła, wykładowcy byli niekompetentni, a system edukacji przestarzały. Wtedy Teresa stanęła za nim murem.
– On jest artystyczną duszą – tłumaczyła mi. – On musi znaleźć swoją drogę. Nie możesz go zmuszać do bycia robolem, tak jak my.
Siedział w domu
Całe życie uczciwie pracowałem, żeby im niczego nie brakowało. Budowałem ten dom cegła po cegle, brałem nadgodziny, rezygnowałem z wakacji. Czy to było powodem do wstydu? Dla mojej żony i syna – najwyraźniej tak.
Najgorsza była jednak historia z „wielkim biznesem”, która wydarzyła się dwa lata temu. Kacper oznajmił nam przy niedzielnym obiedzie, że ma genialny plan. Chciał zostać profesjonalnym recenzentem sprzętu elektronicznego. Potrzebował tylko „małego wsparcia na start”.
– To jest przyszłość, tato – mówił z błyskiem w oku. – Ludzie zarabiają na tym miliony. Potrzebuję tylko dobrego komputera, mikrofonu, oświetlenia i kamery. Zwróci się w trzy miesiące, obiecuję.
Byłem sceptyczny. Kwota, o którą prosił, stanowiła nasze oszczędności na remont dachu. Ale Teresa była zachwycona. Widziała w tym szansę, by jej synek w końcu pokazał światu, na co go stać. Przekonywała mnie przez tydzień. Płakała, szantażowała emocjonalnie, mówiła, że podcinam mu skrzydła, że nigdy w niego nie wierzyłem.
W końcu uległem
Kupiliśmy sprzęt za kilkanaście tysięcy złotych. Kacper zamknął się w pokoju. Przez pierwszy miesiąc słyszałem, jak coś tam nagrywa, jak krzyczy do monitora, udając emocje. Potem entuzjazm opadł. Okazało się, że „algorytmy są niesprawiedliwe”, a widzowie „nie rozumieją jego poczucia humoru”.
Po pół roku komputer służył już tylko do grania w gry po nocach, a profesjonalna kamera zbierała kurz. O zwrocie pieniędzy nikt nawet nie wspomniał. Kiedy raz zapytałem o ten sprzęt, Kacper obraził się na dwa dni, a Teresa zrobiła mi awanturę, że wypominam dziecku porażkę, zamiast go wspierać w trudnych chwilach.
Wtedy zrozumiałem, że w naszym domu panuje dyktatura słabości. Ten, kto jest najmniej zaradny, rządzi tymi, którzy harują. Przełom nastąpił w zeszły wtorek. Wróciłem z pracy wcześniej, bo w hali pękła rura i odesłali nas do domu. Nie zadzwoniłem do Teresy, chciałem jej zrobić niespodziankę.
Wstydziłem się go
Gdy wszedłem na naszą ulicę, zobaczyłem mojego sąsiada Mietka, który siłował się z nową bramą wjazdową. Obok niego stał młody chłopak w roboczym ubraniu, spawając zawiasy. To był syn Mietka, Paweł. Jest w tym samym wieku co Kacper. Chodzili razem do podstawówki. Paweł skończył technikum, założył małą firmę budowlaną, ma żonę i dwójkę dzieci. Zatrzymałem się przy płocie, żeby się przywitać.
– Cześć sąsiedzie! – zawołał Mietek, ocierając pot z czoła. – Patrz, jakiego mam fachowca. Młody mi pomaga po godzinach, uparł się, że stary ojciec nie będzie dźwigał.
Paweł podniósł przyłbicę i uśmiechnął się szeroko.
– Dzień dobry, panie Tadeuszu. Co tam u Kacpra? Dawno go nie widziałem. Dalej szuka swojej drogi?
W tym pytaniu nie było złośliwości, tylko zwykła ciekawość, ale mnie zabolało to jak uderzenie w twarz. Co miałem powiedzieć? Że Kacper właśnie przewraca się na drugi bok? Że jego największym osiągnięciem w tym miesiącu było wbicie jakiegoś poziomu w wirtualnym świecie?
– A, wiesz jak jest – bąknąłem, unikając jego wzroku. – Kombinuje coś tam w internecie. Nowoczesne technologie.
Miarka się przebrała
Paweł pokiwał głową ze zrozumieniem, choć widziałem w jego oczach cień litości.
– No, świat się zmienia. Ale jakby szukał czegoś fizycznego, to ja szukam pomocnika na budowę. Stawka dobra, praca ciężka, ale uczciwa. Niech wpadnie, pogadamy.
Podziękowałem i ruszyłem do domu, czując, jak w środku wszystko we mnie wrze. Wszedłem do środka. Była trzynasta. W korytarzu potknąłem się o buty Kacpra, rzucone byle jak na środku dywanu. W kuchni na blacie stał brudny talerz z resztkami śniadania, które zrobiła mu Teresa. Zaschnięte żółtko i okruchy.
Wszedłem na górę. Drzwi do pokoju syna były uchylone. Leżał na łóżku z telefonem w ręku, śmiejąc się do ekranu. Wokół niego walały się puszki po napojach energetycznych i opakowania po chipsach.
– O, wróciłeś – rzucił, nawet nie podnosząc głowy. – Weźmiesz te śmieci? Mama zapomniała, a już się nie mieszczą. A, i jak będziesz na dole, zrób mi herbaty, ale w tym dużym kubku.
Zastygłem w progu. Patrzyłem na tego dorosłego mężczyznę, który miał brodę, szerokie barki i sprawne ręce, a zachowywał się jak rozkapryszony pięciolatek. W jednej chwili wszystkie te lata ustępstw, tłumaczeń Teresy, mojego milczenia dla świętego spokoju, uderzyły we mnie z potężną siłą.
Miałem już dosyć
– Wstawaj – powiedziałem cicho.
– Co? – Kacper wreszcie oderwał wzrok od telefonu. – Coś się stało?
– Powiedziałem: wstawaj! – ryknąłem tak głośno, że aż sam się przestraszyłem.
Syn usiadł na łóżku, wyraźnie zszokowany. Nigdy na niego nie krzyczałem. To była rola, której unikałem całe życie.
– O co ci chodzi? Przecież wstałem – mruknął, przyjmując pozę ofiary.
– Ubieraj się. Paweł, syn Mietka, szuka ludzi do pracy na budowie. Idziesz tam teraz i pytasz o robotę.
Kacper parsknął śmiechem. Takim bezczelnym, lekceważącym śmiechem, który ostatecznie przypieczętował jego los w moich oczach.
– Na budowę? Ja? Tato, chyba żartujesz. Mam psuć sobie kręgosłup za grosze? Ja mam inne ambicje. Poza tym, jestem w trakcie ważnego projektu online…
Nie wytrzymałem
Podszedłem do biurka i jednym ruchem wyrwałem kabel ze ściany. Potem chwyciłem monitor – ten sam, który kupiliśmy za pieniądze na dach – i postawiłem go na podłodze.
– Twój projekt właśnie się skończył – powiedziałem, dysząc ciężko. – Masz trzydzieści lat. Od dziś koniec z darmowym hotelem. Koniec z obiadkami, praniem gaci i sponsorowaniem twojego lenistwa.
Teresa wróciła godzinę później. Zastała Kacpra siedzącego w kuchni z miną męczennika i mnie, pakującego jego rzeczy do worków na śmieci.
– Co tu się dzieje?! – krzyknęła, upuszczając siatki z zakupami. W środku oczywiście były ulubione batoniki Kacperka.
– Ojciec zwariował! – poskarżył się natychmiast syn. – Odłączył mi neta, chce mnie wyrzucić z domu! Powiedz mu coś!
Teresa rzuciła się w moją stronę, próbując wyrwać mi worek z jego ubraniami.
– Tadeusz, opamiętaj się! To twoje dziecko! Gdzie on pójdzie? Jak on sobie poradzi? Przecież on jest taki wrażliwy, zniszczysz go!
Nie miał wyjścia
Odepchnąłem ją delikatnie, ale stanowczo. Musiałem być twardy. Dla niej, dla siebie, a przede wszystkim dla niego.
– Nie, Tereso. To my go niszczymy – powiedziałem, patrząc jej prosto w oczy. – Spójrz na niego. Spójrz na Pawła za płotem, a potem na niego. Paweł buduje domy, a nasz syn nie potrafi wynieść śmieci. Zrobiliśmy z niego kalekę. Przez twoją nadopiekuńczość i mój brak odwagi wychowaliśmy nieudacznika.
– Nie nazywaj go tak! – zapłakała.
– A jak mam go nazwać? – wskazałem ręką na Kacpra, który siedział zgarbiony, unikając mojego wzroku. – Mężczyzna w jego wieku powinien mieć swoje życie, swoje problemy i swoje sukcesy. A on ma tylko wymagania. Jeśli teraz tego nie przetniemy, to jak my umrzemy, on umrze z głodu pod płotem, bo nie będzie umiał sobie nawet chleba ukroić.
W kuchni zapadła cisza. Tylko Teresa szlochała cicho, opierając się o blat. Kacper patrzył na nas, jakby czekał, aż matka wyciągnie magiczną różdżkę i wszystko naprawi. Ale tym razem Teresa milczała. Chyba w końcu dotarło do niej to, co ja zobaczyłem rano. To nie była miłość. To było uzależnienie.
Postawiłem sprawę jasno
– Masz dwa wyjścia, synu. Albo idziesz do Pawła, prosisz o pracę i dokładasz się tysiąc złotych miesięcznie do życia, piorąc i gotując sobie sam, albo bierzesz te worki i radzisz sobie na mieście. Masz godzinę na decyzję.
Kacper próbował jeszcze dyskutować. Krzyczał, że nie mamy prawa, że jest zameldowany, że poda nas o alimenty, ale gdy zobaczył, że Teresa nie staje w jego obronie, zmiękł. Przez pierwszy tydzień pracy u sąsiada wracał do domu i klął na czym świat stoi. Miał pęcherze na rękach, bolały go plecy i był wściekły na cały świat, a zwłaszcza na mnie.
W domu panuje teraz chłód. Teresa wciąż potajemnie próbuje mu podsuwać smakołyki, ale pilnuję, żeby nie robiła za niego prania. Kacper płaci nam ten tysiąc złotych, choć robi to z takim obrzydzeniem, jakbyśmy go okradali. Wiem, że wciąż myśli, że to my jesteśmy tymi złymi. Że go skrzywdziliśmy.
To była najtrudniejsza decyzja w moim życiu: wypowiedzenie wojny własnemu dziecku i żonie, by ratować ich przed nimi samymi. Czy mi wybaczą? Nie wiem, ale kiedy patrzę na te ubrudzone smarem ręce syna, wiem jedno – lepiej, żeby mnie nienawidził jako samodzielny człowiek, niż kochał jako bezradny pasożyt. Czasem miłość musi boleć, żeby mogła uzdrowić.
Tadeusz, 62 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Przez pomyłkę dostałem od żony flakon drogich perfum. Po jednym psiknięciu domyśliłem się, kto jest jej kochankiem”
- „Wysłałam dzieci na ferie zimowe do teściowej. Zasiała w nich ziarenko buntu, a ze mnie zrobiła złą matkę”
- „Dzieci traktują mnie jak bankomat, bo dostaję emeryturę po mężu. Zdziwią się, gdy zamiast spadku zobaczą figę z makiem”

