Reklama

Z czasem zachowanie mojej żony stawało się coraz bardziej niepokojące – wracała rozkojarzona, spóźniona i dziwnie milcząca. Zacząłem mieć przeczucie, że za jej wyjściami kryje się coś więcej niż modlitwa i świece.

Wracała spóźniona z dziwnym uśmiechem

Któregoś ranka obudziłem się przed budzikiem. Za oknem było jeszcze ciemno, cicho, jakby cały świat zapadł w sen. Zerknąłem w bok – łóżko obok mnie było puste, pościel już wystygła. Spojrzałem na zegarek. 5:38. Wstałem, przeciągnąłem się i ruszyłem do kuchni. Na stole leżał tylko kubek po kawie, pusty, z resztkami fusów. Iga była już dawno po wyjściu.

Nie chciałem od razu robić problemu. W końcu sama mówiła, że adwent to dla niej ważny czas. Zawsze była bardziej religijna niż ja. Roraty o szóstej rano? Dla mnie to brzmiało jak tortura, ale dla niej? Jej pasowało. Tylko że wracała dopiero przed ósmą, spóźniona do pracy, i zawsze z tym samym dziwnym półuśmiechem.

– Duży ruch, w kościele zimno, a potem długo czekałam na tramwaj – rzucała przy śniadaniu, nie patrząc mi w oczy.

Z czasem zacząłem zwracać uwagę na szczegóły. Jej włosy pachniały czymś słodkim, jak perfumy, których nie znałem. Płaszcz, którego nie wieszała jak zwykle na haczyku, tylko rzucała na krzesło. I ta cisza, kiedy wracała – zamiast śpiewać pod nosem pieśni, jak zawsze po kościele, milczała. Odpływała myślami gdzieś daleko. Nie szukałem problemu na siłę. Po prostu coś przestało się zgadzać. Może zbyt długo byłem naiwny. Zaufanie, jak się okazuje, nie zawsze idzie w parze z prawdą.

Tego dnia zapomniała telefonu

Pewnego poranka Iga wyszła wcześniej niż zwykle. Nawet się nie obudziłem. Dopiero dźwięk stukającej łyżeczki w pustym kubku postawił mnie na nogi. Wyszedłem do kuchni i zobaczyłem, że zostawiła swój telefon na blacie. Rzadko się jej to zdarzało. Iga była z tych, co trzymają komórkę zawsze przy sobie – nawet pod prysznicem leżała na półce, „na wszelki wypadek”.

Usiadłem i spojrzałem na ekran. Nie chciałem być podejrzliwy, naprawdę. Ale kiedy raz coś zacznie uwierać człowieka w głowie, trudno to zignorować. Ekran rozświetlił się powiadomieniem: „Widzimy się na parkingu, jak zawsze” od kontaktu podpisanego jako „Jarek S.”.

Poczułem, jak ściska mi się żołądek. Jarek... Nie znałem żadnego Jarka, który byłby naszym znajomym. A przynajmniej nie tak bliskim, żeby spotykać się z nim „jak zawsze” bladym świtem. Przez chwilę siedziałem w milczeniu, telefon wciąż leżał przede mną. W głowie mi huczało. Nie odczytałem wiadomości, nie przeszukiwałem czatów. Po prostu odłożyłem urządzenie tam, gdzie było. Choć cała moja ciekawość wyła, żeby pójść dalej, coś mnie powstrzymało. Może resztki szacunku? Może strach przed tym, co mogłem tam znaleźć?

Kiedy wróciła, spojrzała na telefon i uśmiechnęła się lekko. Nawet nie zauważyła, że go zostawiła. Przynajmniej tak udawała.

– Padało – powiedziała, zdejmując buty. – Dziś wyjątkowo mało ludzi w kościele.

Tego dnia nie powiedziałem nic. Ale już wiedziałem, że muszę coś zrobić.

Wyszedłem za nią

Wstałem o 5:00, nie budząc Igi. Leżałem w łóżku i czekałem, aż się zacznie szykować. Punktualnie o 5:25 usłyszałem, jak cicho wychodzi z sypialni. Wstałem od razu, bezszelestnie ubrałem się w dres i kurtkę. Uchyliłem drzwi, by spojrzeć przez szparę. Zawiązywała buty przy drzwiach. Nie śpiewała, nie mówiła nic do siebie, jak to czasem robiła, gdy naprawdę była spokojna. Wyszła, zamykając drzwi delikatnie, bez trzaśnięcia. Jakby nie chciała mnie obudzić. Jakby miała coś do ukrycia.

Odczekałem minutę i wyszedłem za nią. Zobaczyłem, jak mija nasz kościół parafialny. Nie weszła do środka, choć msza adwentowa miała się zacząć za chwilę. Zamiast tego skręciła w boczną uliczkę i szła szybkim krokiem. Szedłem daleko za nią, nie chcąc się zdradzić.

Na końcu ulicy był mały parking przy sklepie spożywczym. Iga rozejrzała się, po czym do czarnego peugeota zaparkowanego przy murze wsiadła bez słowa. Auto ruszyło prawie od razu. Stałem jak wryty. Miałem ochotę pobiec za nimi, krzyknąć jej imię, zmusić ją, by się odwróciła. Ale nie ruszyłem się z miejsca. Tylko patrzyłem, jak samochód znika za rogiem.

Wróciłem do domu po 6:00. Usiadłem w kuchni, wpatrzony w swoje dłonie. Wiedziałem już, że to nie był kościół. Że nie były to modlitwy. I że muszę wiedzieć więcej, zanim zapytam cokolwiek wprost.

Opowiadała coś o zaufaniu

Następnego dnia znów obudziłem się wcześniej niż zwykle, ale tym razem nie wychodziłem za nią. Siedziałem w kuchni z parującym kubkiem kawy, czekając. Wróciła jak zawsze – przed ósmą, tym razem z lekko wilgotnymi włosami i szminką ledwie poprawioną. Płaszcz zsunęła z ramion z gracją, której nie miała, gdy wracała z kościoła. Zamarła na widok mnie przy stole.

– Nie śpisz? – zapytała, udając zaskoczenie.

– Wstałem wcześniej, miałem koszmary – odparłem spokojnie, ale nie odrywałem od niej wzroku.

Wiedziałem, że zaraz coś wymyśli, coś opowie, coś ubarwi.

– Dziś było wyjątkowo pięknie. Ksiądz mówił o zaufaniu. I o miłości, która nie zawsze jest łatwa.

Przytaknąłem, udając, że słucham. Ale nie wytrzymałem długo.

– A co z Jarkiem?

Zbladła. Przez chwilę próbowała udawać, że nie wie, o kim mówię. Potem jej spojrzenie złagodniało.

– Podsłuchiwałeś mnie?

– Nie trzeba podsłuchiwać, kiedy zostawiasz telefon na wierzchu – odpowiedziałem chłodno.

Usiadła naprzeciw mnie, dłonie drżały. Cisza między nami była cięższa niż jakiekolwiek słowo. Nie zaprzeczyła. Nie tłumaczyła się. Tylko powiedziała:

– To nie jest tak, jak myślisz.

– A jak jest?

Nie odpowiedziała. Patrzyliśmy na siebie długo, jakbyśmy próbowali odnaleźć w oczach drugiego cokolwiek znajomego.

Przekonywała mnie, że to nie zdrada

Tego dnia nie poszedłem do pracy. Cały ranek kręciłem się po mieszkaniu, słuchając, jak Iga pakuje się w łazience, jak myje zęby, jak zamyka się w garderobie i otwiera szafę, jakby każdy jej ruch miał mnie przekonać, że wszystko jest normalnie. A nie było.

Po południu usiedliśmy w salonie. Powiedziała, że możemy porozmawiać. Że powinna była wcześniej. Że nie chciała mnie skrzywdzić.

– To nic poważnego – zaczęła cicho. – Spotykałam się z nim parę razy. Nie spałam z nim. Po prostu... chciałam, żeby ktoś na mnie patrzył inaczej. Nie jak na twoją żonę, nie jak na księgową, nie jak na osobę, która zawsze coś musi.

Słuchałem, próbując nie wciągać się w każde słowo. Mówiła z taką powagą, jakby tłumaczyła się ze spóźnienia, a nie z tego, że o szóstej rano wsiadała do obcego samochodu.

– Spotykaliście się w aucie?

– Czasem jechaliśmy gdzieś. Czasem tylko siedzieliśmy. On też ma dzieci, żonę. Wiem, jak to brzmi.

Brzmi jak zdrada, Iga.

– Może. Może emocjonalna. Ale to nie była żadna wielka historia. Nie jestem zakochana. Chciałam tylko... sprawdzić, czy jeszcze jestem dla kogoś ważna.

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Każde słowo wydawało się nie na miejscu. Każde zdanie zbyt ostre albo zbyt słabe.

Nie zapytałem więcej o Jarka

W kolejnych dniach wszystko toczyło się dalej, jakby nic się nie wydarzyło. Wspólne posiłki, pranie, rozmowy o pracy, nawet zakupy. Ale między nami wisiało to milczenie, to coś, czego nie dało się już wymazać.

Nie zapytałem więcej o Jarka. Nie chciałem wiedzieć, czy się jeszcze spotykają, czy może to już skończone. Ona też nie wracała do tematu. Jakbyśmy oboje zdecydowali się zawiesić tę prawdę w próżni, gdzieś między wczoraj a jutrem, żeby móc jakoś funkcjonować.

Najgorsze nie było to, co zrobiła. Najgorsze było to, że nie umiałem już patrzeć na nią tak samo. Kiedy mówiła, słuchałem z dystansem. Kiedy się śmiała, sprawdzałem, czy to śmiech, który kiedyś kochałem, czy może nowy – dla kogoś innego. I choć wciąż była przy mnie, jej obecność przypominała cień, a nie bliskość.

Pewnego poranka to ja wyszedłem z domu pierwszy. Nie mówiąc nic. Poszedłem przed siebie, byle dalej. I wtedy zrozumiałem, że to nie ona odeszła. To ja powoli przestawałem być mężem, który ufa. Mężem, który wierzy. Mężem, który potrafi kochać bez zastrzeżeń. Nie było krzyków, walizek, dramatycznych scen. Po prostu coś się skończyło. Może kiedyś wróci. Może nie.

Michał, 41 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama