Reklama

Poranki zawsze wyglądają tak samo. Budzę się przed budzikiem, zanim zadzwoni o 6:20. Nie ze spokoju. Ze zmęczenia. A może z niepokoju? Leżymy z Kasią plecami do siebie, każde pod swoją kołdrą. Kiedyś potrafiliśmy zasnąć przytuleni, a teraz każde śni osobno – jakbyśmy żyli obok siebie, nie ze sobą.

Szybka kawa. Garnitur. Ciche wychodzenie, żeby nie obudzić dzieci. Praca. Maile. Nadgodziny. Szef. Kolejne „potrzebuję to na wczoraj”. Potem korki. I znowu dom. Wchodzę, dzieci już śpią, Kasia z telefonem w ręce.

– Tomek, jutro ogarniesz zakupy i przedszkole? Mam fryzjera o ósmej – rzuca bez spojrzenia.

Nie pyta, jak było. Czy żyję. Czy się nie rozpadam. Dla niej jestem organizatorem, kierowcą, dostawcą i bankomatem.

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz czułem się potrzebny jako człowiek, a nie tylko źródło pieniędzy. Nie pamiętam, kiedy mnie przytuliła. Albo zapytała: „Jak się czujesz?”. Już nawet sam siebie o to nie pytam. Siadam wieczorem przed telewizorem, byle coś grało. Zasypiam z pilotem w ręce. Rano znowu to samo. I tak w kółko. Jak długo jeszcze?

Żona miała pretensje

– Tomek, serio? Ty znowu nic nie ogarniasz? – Kasia stała w progu kuchni z rękami opartymi o biodra. – Zuzia miała dziś wycieczkę. Miałeś jej spakować plecak!

Zamarłem z kanapką w dłoni. Praca, zebranie, korki, rachunki, kredyt – wszystko w głowie się kotłowało, a ona właśnie dolała oliwy do ognia.

– Przepraszam. Wypadło mi z głowy – wymamrotałem, choć miałem ochotę krzyknąć: może dlatego, że śpię po cztery godziny i robię wszystko?!

– Tobie zawsze wszystko „wypada z głowy”. I jeszcze dzieci pytają, czemu tata ciągle jest zmęczony. Może byś raz dał im przykład, jak wygląda zaangażowany ojciec, a nie tylko „prawdziwy facet” od wypłat.

Zacisnąłem szczękę.

– Naprawdę? Serio teraz? Robię po dziesięć godzin dziennie, żeby opłacić wasze zachcianki i żebyś mogła siedzieć w domu, a ty mówisz mi, że nie daję przykładu?

– Bo nie dajesz! Jesteś nieobecny! Przychodzisz, siedzisz, zasypiasz! Nawet na bajce z dziećmi nie wytrzymałeś do końca!

– Wiesz co? Czuję się jak bankomat. Nie mąż, nie ojciec – urządzenie do wypłat z funkcją dźwigania zakupów.

Zapadła cisza. Kasia się nie odezwała. Patrzyła tylko na mnie jak na obcego. Wyszedłem na balkon. Potrzebowałem powietrza. Albo ucieczki. Czy to ja zawaliłem? Może naprawdę jestem tylko cieniem ojca? Ale kto mnie spytał, jak się czuję? Czy ja w ogóle jeszcze coś czuję poza zmęczeniem?

Nie miałem już siły

– Stary, wyglądasz jakbyś nie spał. Wszystko w porządku? – Bartek uniósł brwi i podał mi piwo.

Siedzieliśmy na dachu biura, gdzie czasem wymykaliśmy się po pracy. Cisza, widok na miasto i brak ludzi – idealne miejsce na nieoficjalne rozmowy.

Westchnąłem.

– Kasia znowu mnie rozjechała. Że nie pomagam, że żaden ze mnie ojciec, że nie czuje się bezpieczna… A ja po prostu już nie mam siły. Mam wrażenie, że nie jestem już człowiekiem. Jestem tylko bankomatem.

Bartek pokiwał głową i pociągnął łyk piwa.

– Znam ten klimat. U mnie też kiedyś było „musisz być mężczyzną”. Tylko że nikt nie mówi, co to znaczy. Że masz nie czuć, nie narzekać, nie siadać. No i nie mieć potrzeb. Masz tylko być. I dawać.

– A jak nie dajesz, to jesteś leniem albo nieudacznikiem – dodałem gorzko.

– Albo toksykiem.

– Myślałem, że rodzina to partnerstwo – wycedziłem. – Że jak jedno nie wyrabia, to drugie przytrzyma. A tu... jakbym miał za mało, to jeszcze wyrzuty.

Bartek spojrzał mi w oczy.

– Tomek, ona nie chce faceta. Jak nie postawisz granic, to cię zniszczy.

Milczałem. W głowie dudniło. Jego słowa były jak pstryknięcie. Bolesne, ale prawdziwe. Tego wieczoru wróciłem do domu później niż zwykle. Nie miałem odwagi wejść do sypialni. Usiadłem w kuchni. Długo patrzyłem w kubek z zimną herbatą.

Znów się pokłóciliśmy

– Gdzie ty byłeś?! – Kasia rzuciła, zanim zdążyłem zdjąć buty.

W jej głosie drżał gniew i coś jeszcze – może strach, może zranienie.

– Z dziećmi się nie posiedziaęś, nie odbierałeś telefonu. Miałam wrażenie, że… że po prostu uciekłeś.

– Bo chciałem odetchnąć, Kasia. Choć przez chwilę – powiedziałem spokojnie, ale wewnątrz aż mnie dusiło.

– A może po prostu nie chciałeś wracać? Może masz kogoś? – syknęła. – Tak, tak, wiem, że w tej twojej korporacji pełno jest młodych lasek.

– Serio? Po tylu latach myślisz, że to o to chodzi? – roześmiałem się gorzko. – Nie, nie mam nikogo. Ale powiem ci coś… coraz częściej myślę, że w tym domu i tak jestem sam.

– O Boże, znowu ta twoja litania! – prychnęła. – Ty wiecznie zmęczony, niezrozumiany! A może po prostu przestałeś się starać?

Coś we mnie pękło.

– Przestałem się starać? Ja? Kasia, ja od dziesięciu lat staram się jak wół! Utrzymuję dom, płacę rachunki, rezygnuję ze wszystkiego, żeby wam niczego nie brakowało! A w zamian dostaję tylko pretensje!

– Bo ty nic nie czujesz! Nawet nie zauważyłeś, że przestałam spać obok ciebie! – krzyknęła. – Może i utrzymujesz nas, ale emocjonalnie nie ma cię tu od dawna!

Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Głos ugrzązł w gardle, ale zmusiłem się, żeby powiedzieć to, co od dawna wisiało między nami.

A może powinienem odejść? Skoro tylko przeszkadzam? Skoro już dawno mnie tu nie chcesz?

Kasia zamarła. W jej oczach pojawiły się łzy, ale żadne słowo nie padło. Odwróciłem się i wyszedłem z pokoju. Zatrzasnąłem za sobą drzwi. Wreszcie zapadła cisza.

Co się z nami stało?

Nie pamiętam, jak znalazłem się w samochodzie. Kluczyki same trafiły do stacyjki, noga sama wcisnęła gaz. Jechałem przed siebie, bez celu. Ulice migały światłami, a w środku czułem tylko pustkę. Nawet nie złość — raczej coś gorszego: obojętność.

Zatrzymałem się nad jeziorem, tam, gdzie kiedyś przyjeżdżaliśmy z Kasią, zanim pojawiły się dzieci. Wtedy wystarczyła kawa z termosu i rozmowa o niczym, żeby czuć, że świat ma sens. Teraz patrzyłem na to samo miejsce i nie poznawałem go. Jakbym patrzył na czyjeś wspomnienie, nie swoje.

Wysiadłem z auta. Wiatr był chłodny, pachniało mokrymi liśćmi i dymem z kominów. Usiadłem na brzegu, schowałem twarz w dłoniach. Co się z nami stało? – pomyślałem. Czy to ja się zmieniłem, czy ona? A może oboje przestaliśmy być tymi ludźmi, którzy się kiedyś śmiali z byle głupoty?

Próbowałem sobie przypomnieć jej śmiech. Ten prawdziwy, nie ten wymuszony, kiedy coś mówiłem przy dzieciach. Nie pamiętałem. Zorientowałem się, że nie pamiętam też, kiedy ostatnio patrzyła na mnie z czułością.

– Boże, przecież ja nawet nie wiem, czy ją jeszcze kocham – powiedziałem półgłosem.

Woda była spokojna. Gdzieś daleko szczekał pies, ktoś zamykał drzwi samochodu. Wszystko wydawało się bardziej żywe niż ja. Siedziałem tak długo, aż zrobiło się zimno. Potem wsiadłem do auta i odpaliłem silnik. Wiedziałem tylko jedno: nie mogę już wrócić tak po prostu, jakby nic się nie stało. Ruszyłem w stronę domu. W głowie miałem jedną myśl: albo coś zmienię, albo odejdę.

Może oboje jesteśmy winni

Wszedłem do domu po północy. W korytarzu panowała cisza, tylko z sypialni sączyło się światło. Kasia siedziała na łóżku w piżamie, z czerwonymi od płaczu oczami. Spojrzała na mnie krótko, potem spuściła wzrok.

Bałam się, że nie wrócisz – powiedziała cicho.

– Też się bałem – odpowiedziałem i usiadłem na brzegu łóżka. – Kasia… my tak dalej nie damy rady.

Nie odpowiedziała. Palcami gniotła róg kołdry, jakby chciała coś powiedzieć, ale zabrakło jej słów.

– Nie chcę się kłócić – ciągnąłem. – Chcę zrozumieć. Nas. To, co się stało. I to, czy w ogóle jest jeszcze coś do ratowania.

– A co mam ci powiedzieć? – podniosła głowę. – Nie wiem, co się z nami stało. Nie wiem, kiedy zaczęłam czuć, że jesteś obok, ale jakby cię nie było. Może to wszystko przez zmęczenie, może przez mnie.

– Przez nas – poprawiłem. – Bo ja też odpuściłem. Przestałem mówić, co czuję. Przestałem prosić o bliskość, bo każda rozmowa kończyła się awanturą.

Kasia westchnęła.

– Myślisz, że da się to naprawić?

– Nie wiem – przyznałem szczerze. – Ale chcę spróbować. Może terapia, może coś… bo inaczej się rozsypiemy. Ja już się rozsypuję.

Przez chwilę milczeliśmy. W końcu powiedziała cicho:

– Nie wiem, czy potrafię jeszcze z tobą rozmawiać, Tomek. Ale… spróbujmy.

– Dziękuję – wyszeptałem.

Położyłem się tej nocy na kanapie w salonie. Z sufitu odbijało się światło z ulicy. Dziwnie – czułem smutek i ulgę jednocześnie. Jakby coś się właśnie skończyło, ale może coś innego dopiero zaczynało.

Tomek, 43 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama