Reklama

Nie wiem, kiedy to się zaczęło. Może wtedy, gdy przestałem jej imponować. A może po prostu… przestałem być potrzebny. Pracuję z domu, siedzę wśród kodów i algorytmów, a Karolina przemyka obok mnie jak obok regału z książkami — zauważa tylko wtedy, kiedy coś zawadza. Czasem nie mówi do mnie nic przez cały dzień. Czasem rzuci:

– Mleko się skończyło.

– Okej.

I tyle.

Kiedyś było inaczej

Ale kiedyś… Kiedyś była moją tarczą. Broniła mnie przed matką, która uważała, że informatyk to nie zawód, tylko hobby.

– Mamo, daj spokój. Tomek to najlepsze, co mnie spotkało – mówiła wtedy.

Pamiętam to jak dziś. Wspólny obiad u Renaty. Czułem się jak na egzaminie, a Karolina… Karolina złapała mnie wtedy za rękę pod stołem.

Dziś rzuca we mnie jadem. Czasem żartem. Czasem niby przypadkiem. A znajomi się śmieją, jakby śmiali się z kabaretu, a nie z mojego życia.

Rano przy śniadaniu zapytałem:

– Wychodzisz dziś?

– A co, chcesz, żebym została?

– Nie, pytam po prostu.

No to pytaj ciszej, bo boli mnie głowa.

Zjadła w milczeniu, potem wyszła. Zostawiła po sobie zapach perfum i niedopitą kawę. I to uczucie… że już mnie tam nie ma. Nawet jako mebel.

Czułem się upokorzony

– No bo wyobraźcie sobie, że on zadzwonił po hydraulika… i tak się speszył, że zapomniał, jak się nazywa! – Karolina aż parsknęła śmiechem, gestykulując dramatycznie. – Stoi jak dziecko we mgle i mówi: „Dzień dobry, tu… tu… Tomek, mąż Karoliny...”

Wszyscy wybuchli śmiechem. Michał aż się zakrztusił winem, a Agata klepała go po plecach, krztusząc się równocześnie z rozbawienia.

– No co, przynajmniej wiadomo, kto nosi spodnie w tym domu – dodała Karolina i podniosła kieliszek. – Za nas, panowie i panie!

Uśmiechnąłem się krzywo. Nawet nie próbowałem się bronić. Wiedziałem, jak to się skończy. Zawsze tak samo. Ja coś powiem, ona obróci to w żart, przekrzyczy mnie, a potem jeszcze zrobi z tego anegdotkę miesiąca.

– Albo jak kupił przyprawę do piernika zamiast papryki – Karolina nie przestawała.

– No dobra, może Tomek po prostu lubi eksperymenty kulinarne – Agata klepnęła mnie po ramieniu, ale to nie było pocieszające. Raczej litościwe.

Zacisnąłem dłonie pod stołem. Każde ich słowo wbijało się we mnie jak kolec. Nie chodziło o żarty. Chodziło o to, jak bardzo się z nich cieszyła. Jak rozkwitała, gdy inni się śmiali. Jak patrzyła na mnie, jakbym był jej domową maskotką, idiotą, którego się kocha na pokaz.

Chciałem wyjść. Wstać, rzucić kieliszek, powiedzieć: „Dość”. Ale zostałem. Siedziałem dalej. Z przyklejonym uśmiechem i ściśniętym gardłem. Bo w głowie dźwięczały mi jej wcześniejsze słowa:

– Nie bądź przewrażliwiony. To tylko żarty, Tomek. Wyuzuj się trochę.

Tyle że ja nie jestem kabaretem. I nie wiem już, dla kogo tu jestem.

Próbowałem zrozumieć

Drzwi mieszkania zamknęły się z hukiem. Karolina rzuciła klucze na komodę, rozpięła płaszcz i przeszła obok mnie, jakby mnie nie było. Siedziałem w kuchni, z kubkiem zimnej herbaty. Czekałem. Może po raz pierwszy od dawna nie chciałem puścić tego mimo uszu.

– Karolina – zacząłem cicho. – Czemu to robisz?

Zatrzymała się na moment, spojrzała na mnie z zaskoczeniem, jakby pierwszy raz usłyszała, że mam głos.

– Co robię?

– Wiesz, co. Te żarty… Tam przy stole. Przed nimi. – Uniosłem wzrok. – To mnie boli.

Parsknęła. Naprawdę parsknęła śmiechem.

– Tomek, błagam cię… To tylko żarty. Trochę dystansu.

– To nie są żarty, kiedy śmiejesz się ze mnie, a ja mam ochotę się zapaść pod ziemię – odpowiedziałem spokojnie. – Traktujesz mnie jak śmiecia, kiedy to mówisz.

Wzruszyła ramionami i sięgnęła po kieliszek wina, który zostawiła rano na stole.

– Może gdybyś nie był taki nudny, nie musiałabym cię „ożywiać” śmiechem – rzuciła przez zęby.

Zamarłem.

– Nudny? – powtórzyłem cicho.

– Tak. Kiedyś miałeś pasję, energię, coś w oczach. Teraz… jesteś cieniem siebie.

– Może dlatego, że zamiast wsparcia dostaję drwinę?

Odwróciła się. Przez chwilę myślałem, że zmięknie. Ale nie.

Kiedyś cię broniłam, bo widziałam w tobie coś więcej. A teraz? Straciłeś jaja, Tomek. I chyba tylko ja mam odwagę ci to powiedzieć.

Zostałem w kuchni sam. Stałem bez ruchu, patrząc na parującą herbatę, jakby miała odpowiedź, której ja już nie potrafię znaleźć.

Kiedy żona się tak zmieniła?

Światła w kuchni już dawno zgasły. Siedziałem w salonie, wpatrzony w ciemność. W dłoni obracałem stary długopis, który kiedyś należał do jej ojca. Podarowała mi na urodziny, mówiąc:

– Tata by cię polubił. Też był cichy, ale konkretny.

Tylko że to było wtedy. Zanim świat się odwrócił. Zamknąłem oczy. Obraz sam wrócił – obiad u jej rodziców, zaraz po naszych zaręczynach. Siedziałem spięty, ręce pociły mi się od nerwów, a Renata celnie wbijała we mnie spojrzenia. W końcu padło:

– Karolino, ja naprawdę nie wiem, co ty w nim widzisz. Przecież on cię nie pociąga. To widać. On nie jest… no, męski. Taki nijaki.

Zamilkłem. Czułem, że coś we mnie pęka. Ale wtedy Karolina rzuciła widelec na talerz i wstała.

– Mamo, przestań. Kocham go. I nie pozwolę ci go obrażać. Jeśli chcesz mnie stracić, to kontynuuj. Ale ja wybieram jego. I to ty musisz się z tym pogodzić.

Ten moment. Ta jej złość – za mnie. To było jak pancerz. Czułem się jak ktoś, kto jest wart walki. Dziś nie został z tego nic. Tylko echo.

Otworzyłem oczy. Cisza dusiła. A w niej moje myśli: kiedy ona się zmieniła? A może to ja się nie zmieniłem? Może po prostu stanąłem w miejscu, a ona… poszła dalej? Tylko czemu, idąc dalej, musi mnie deptać?

Nie potrafiłem z nią rozmawiać

Każde moje słowo trafiało w mur z betonu i chłodu, więc napisałem. Siedziałem przy biurku do drugiej w nocy, kreśląc nieporadne zdania na kartce papieru.

„Nie wiem, kiedy zaczęliśmy się mijać. Ale wiem, że jesteśmy już po przeciwnych stronach stołu. Kiedyś czułem się przy Tobie silny. Dziś – przezroczysty. Czy jeszcze mnie widzisz?”

Złożyłem list i zostawiłem go na stole. Wiedziałem, że wróci późno. Ostatnio coraz częściej zostawała po pracy albo spotykała się z Agatą. A może z kimś innym – nie pytałem. Bałem się odpowiedzi.

Kiedy trzasnęły drzwi, udawałem, że śpię. Karolina przeszła przez mieszkanie lekko chwiejnym krokiem. Usiadła do stołu. Przez uchylone drzwi widziałem, jak rozwija kartkę, czyta… i wzdycha.

– Dramat – mruknęła, po czym zmięła papier i rzuciła go na blat. – Co ty, człowieku, piszesz. Błazenada...

Wstała i poszła do łazienki.

Wyszedłem z pokoju chwilę później. Podniosłem pomięty list, wygładziłem go drżącymi dłońmi. Przeczytałem własne słowa i nie poznałem ich. Brzmiały jak wołanie kogoś, kogo nikt już nie ratuje. Włożyłem kurtkę i wyszedłem na spacer. Bez celu. Byleby oddychać, byleby nie czuć, że właśnie przestałem istnieć w czyimś świecie. Na ławce w parku usiadłem obok śpiącego bezdomnego. Miał spokojniejszą twarz niż ja.

Spotkałem teściową

Spotkaliśmy się przypadkiem – jak to bywa w życiu, kiedy najmniej się chce. Stała w kolejce do apteki, przeglądała receptę i marszczyła brwi. Przez moment chciałem się cofnąć, udawać, że mnie nie ma. Ale spojrzała. I skinęła głową.

– Tomasz? – zapytała z lekkim zaskoczeniem. – Boże, jak ty mizernie wyglądasz.

– Miło mi cię widzieć, Renato – odpowiedziałem sztywno.

– Nie żartuj, przecież ci nie jest miło. Widać, że coś się dzieje. Karolina mówiła?

– Raczej nie. Rzadko rozmawiamy.

Zamilkła. Odebrała leki, a potem wyszliśmy razem. Podała mi torbę i zaproponowała kawę w pobliskiej kawiarni. Usiadła naprzeciwko mnie, długo mieszając łyżeczką w filiżance.

– Wiesz, kiedyś myślałam, że jesteś za miękki dla niej. Że potrzebuje kogoś z pazurem. Ale ostatnio… Nie poznaję jej. Robi się ostra. Jakby ciągle była zła.

– Może jestem powodem.

– Nie. – Pokręciła głową. – Myślę, że coś ją gniecie. Karolina była waleczna, ale nigdy okrutna. A teraz… To nie twoja wina.

Spojrzała na mnie inaczej. Bez tej wiecznej ironii.

Może źle cię oceniłam. Może ona potrzebowała kogoś silniejszego… A ty byłeś po prostu dobry. I to ją bolało, że nie potrafi tego przyjąć.

Nie odpowiedziałem. Ale po raz pierwszy od miesięcy poczułem, że może jednake nie jestem wcale taki zły.

Tomek, 37 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama