Reklama

Janina była moją jedyną wielką miłością. Zakochałem się w niej od pierwszego wejrzenia. Już po trzech miesiącach spotkań byłem pewien, że to ta jedyna. Oświadczyłem się, a ona z radością mnie przyjęła. Gdy pobieraliśmy się w 1969 roku, byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

Przeżyliśmy razem wspaniałe 50 lat

Doczekaliśmy się córki Magdy i syna Tomka, dorobiliśmy domu z ogrodem, wnuków... Naprawdę grzechem byłoby narzekać na moje życie. Kilka lat temu jednak Jankę zabrała podstępna choroba. Złośliwa odmiana raka nie dawała jej szans w nierównej walce. Żona odeszła po miesiącach cierpień.

Z jednej strony cieszyłem się, że nie musi już cierpieć, znosić bólu i trwać w świadomości, że jej życie zaraz się skończy. Z drugiej jednak, nie miałem pojęcia, jak będę funkcjonował dalej. Całe moje życie podporządkowałem Janeczce. Mieliśmy wspólne pasje, wspólnych znajomych. Bez niej wszystko straciło sens.

Dzieci bardzo wspierały mnie w tym ciężkim okresie, chociaż to właściwie ja powinienem być dla nich większym wsparciem. Odciążali mnie z obowiązków domowych, zorganizowali pogrzeb, regularnie odwiedzali mnie, sprawdzali, czy dobrze się odżywiam, czy nic mnie nie boli...

Trochę nadmiernie mnie kontrolowali

Ale wiedziałem, że robią to wyłącznie z dobrego serca i prawdziwej troski o mnie.

– Tato, widziałam w lokalnej gazecie ogłoszenie o klubie szachowym dla seniorów. Może chciałbyś się wybrać? – pytała mnie Madzia.

– Dziecino, co ja będę robił z tymi starymi prykami? Rozmawiał o chorobach i sąsiadach, którzy zmarli 10 lat temu? Wtedy tym bardziej wpadnę w dołek – argumentowałem, żeby tylko nie musieć nigdzie wychodzić.

Prawda była taka, że nie byłem zainteresowany żadnymi relacjami. To Janka była bardziej towarzyska w naszym małżeństwie. Wszyscy nasi przyjaciele, sąsiedzi, krewni... To żona dbała o te relacje. Ja po prostu z przyjemnością zjawiałem się na wszelkich kolacjach czy innych okazjach, które organizowała, ale sam nie czułem potrzeby, żeby dzwonić, pisać listy czy zapraszać do siebie bliskich. Tak naprawdę wystarczała mi w życiu jedynie żona. To ona była moją przyjaciółką, moją podporą i moją ukochaną.

Pewnego dnia, jakieś dwa lata po śmierci Janki, spotkałem na cmentarzu Bogdana – kolegę ze studiów. Obydwoje z żoną byliśmy z nim na jednym roku weterynarii.

Zdradził mi swój sekret

– Jak się masz, Antoni? – zagaił mnie, zapalając znicz na grobie mojej żony.

– A, jakoś leci...

– Trzymasz się jakoś? Nie widzieliśmy się od pogrzebu chyba... – zająknął się. – Janinka to była taka wspaniała osoba. Wszystkim nam jej brakuje...

– Dziękuję ci. To prawda, ciężko wypełnić tę pustkę – westchnąłem. – A jak u ciebie?

– A widzisz, tak się złożyło, że też owdowiałem.

– Co ty opowiadasz? Nic nie wiedziałem!

– A tak, bo to się stało nad morzem, w rodzinnych stronach Grażynki... Już sześć miesięcy będzie, jak nie żyje. Zawał – wyjaśnił mi Bogdan.

– Bardzo mi przykro. Dajesz jakoś radę? – zapytałem z troską.

Doskonale wiedziałem, jak ciężkie są te pierwsze miesiące.

– A tak, wiesz... Kilka lat temu Grażynka miała już problemy ze zdrowiem. Myślałem, że z tego nie wyjdzie. Tak bardzo się bałem, że chyba mnie to uodporniło. Byłem już przygotowany, bo raz to przeżyłem...

– Rozumiem... No nic, gdybyś potrzebował towarzystwa, to dawaj znać – zaproponowałem życzliwie, choć nie było to zbyt szczere z mojej strony.

– Dzięki, Antek, ale mam się nieźle. Zacząłem spotykać się z pewną panią z portalu randkowego. Wnuki zamontowały mi internet... Wiesz, nic wielkiego, ale jednak dużo mi to daje, kobiece towarzystwo. Chociaż odrobinę zapełnia tę dziurę po Grażynce... – wyznał mi ściszonym głosem.

– O proszę... – mruknąłem niezręcznie. – I co, coś z tego będzie?

– A tam, może będzie, a może nie. Bardziej się przyjaźnimy.

– No tak, jasne – odchrząknąłem. – No dobrze, ja uciekam, Bogdan. Przedzwoń czasem, jak będziesz miał ochotę.

Byłem zaskoczony

Tak szybko się pozbierał, żeby od razu z obcą babą się spotykać? Niby Grażynki już nie ma, nie robi jej to różnicy, nie zdradza jej, ale jakoś tak... Wydało mi się to nie na miejscu. A jednak od naszego spotkania coraz częściej zacząłem myśleć o portalu randkowym, który tak zareklamował mi kolega.

Sam umiałem korzystać z internetu, nie potrzebowałem niczyjej pomocy, mogłem tam wejść w każdej chwili, ale miałem pewne poczucie winy... Tak bardzo kochałem Janeczkę. Czy powinienem w ogóle myśleć o jakiejkolwiek innej kobiecie, nawet po jej śmierci?

Robiłem się jednak coraz bardziej samotny. Niby miałem ciągle wokół siebie dzieci, ale brakowało mi kobiecego ciepła. Pewnego dnia, kilka miesięcy później, postanowiłem, że spróbuję. Zalogowałem się na pierwszym lepszym portalu reklamowanym dla seniorów. Krótko się przedstawiłem, napisałem, że jestem wdowcem, opisałem swoje pasje.

Ola odezwała się do mnie tydzień później

„Dzień dobry, Antoni. Widzę, że dzielimy zamiłowanie do starych filmów i pszczelarstwa. Jestem z Łomży. Może masz ochotę na niezobowiązującą kawę?”, napisała.

Przez chwilę się zastanawiałem. „A co mi tam, to przecież tylko kawa”, pomyślałem. Napotkałem jednak pewną przeszkodę. Chociaż od śmierci żony mijało coraz więcej czasu, dzieci robiły się coraz bardziej nadopiekuńcze i kontrolujące. Nie miałem serca się im postawić, bo wiedziałem, że kierują nimi dobre pobudki, ale jednak wieczne tłumaczenie się im było uciążliwe.

Ciągle dzwonili, często wpadali bez zapowiedzi. „Gdzie byłeś, tato? U lekarza? Trzeba było powiedzieć, przecież bym cię zawiózł!”, irytował się Tomek. „Tato, czemu nie odebrałeś telefonu godzinę temu? Byłeś w sklepie? A po co, przecież zamówiłabym ci zakupy przez internet”, strofowała mnie Madzia.

Na ogół nie miałem zbyt wielu ciekawych zajęć, a moje wyjścia z domu ograniczały się właśnie do wyjść do przychodni bądź sklepu. Dzieci pewnie wpadną w jakąś histerię, jeśli nagle zniknę na parę godzin bez wyjaśnienia... A zapytany, gdzie byłem, pewnie nie będę umiał przekonująco skłamać. Jedynym miejscem, w którym dzieci szanowały moją prywatność, był cmentarz. Syn i córka rozumieli, że lubię tam chodzić regularnie i samotnie, dlatego nie dociekały.

Wtedy przyszła mi do głowy pewna myśl

„Dzień dobry, bardzo miło mi cię poznać. Chętnie się z tobą spotkam. Czy będziesz miała coś przeciwko, jeśli kawę weźmiemy na wynos i pójdziemy na spacer? Lubię wędrować po okolicznym cmentarzu. Jest taki malowniczy, porośnięty tyloma drzewami... Będzie mi miło, jeśli do mnie dołączysz”, odpisałem Oli.

Zgodziła się. Spotkaliśmy się tydzień później. Była pogodna i roześmiana, miała wiele do opowiedzenia. Najpierw relacjonowała mi swoje podróże po europejskich stolicach, a potem wysłuchała moich historii o pracy weterynarza i rodzinie, którą zbudowałem ze swoją żoną. Nie ukrywałem, że bardzo kochałem Jankę.

– Wspaniale... – westchnęła. – Ja niestety nie doczekałam się rodziny. Mój mąż zmarł wiele lat temu, nie mieliśmy dzieci.

Po kilku godzinach spaceru poczułem się, jakby coś się we mnie budziło na nowo. W towarzystwie Oli czułem się tak komfortowo, jak prawie w niczyim. Po pierwszym spotkaniu były kolejne, a potem jeszcze kolejne. Spacerowaliśmy godzinami, wymienialiśmy się opowieściami z młodości, dyskutowaliśmy o filmach, o książkach... Czułem, że stajemy się sobie coraz bliżsi.

Pewnego razu Ola zapytała mnie jednak znienacka:

– Antek, a dlaczego za każdym razem spotkamy się na cmentarzu?

Zrobiło mi się głupio

– Wiesz, przepraszam... To po prostu jedyne miejsce, w którym dzieci dają mi święty spokój. Gdy mówię, że idę na cmentarz, nie pytają, o której wrócę, nie proponują, żeby iść ze mną. Mam tu wolność. Wszędzie indziej chcą mnie wozić, pomagać mi, załatwiać coś za mnie... – wyjaśniłem niezręcznie.

Ola zaczęła się śmiać.

– No tak, troszczą się... Ale wiesz, może to już czas, żeby zrozumieli, że nadal jesteś samodzielnym dorosłym, który ma jeszcze trochę życia przed sobą. Zwłaszcza że planuję w nim aktywnie uczestniczyć – spojrzała mi głęboko w oczy i uśmiechnęła się szczerze.

Objąłem ją mocno, a w moim sercu po raz pierwszy od kilku lat zagościło prawdziwe szczęście.

– Masz rację. Chodźmy do mnie na obiad. Madzia i Tomek pewnie już tam są. Przedstawię cię – wziąłem ją za rękę i pociągnąłem w stronę domu.

Czytaj także:
„Siostra zostawiła mi w spadku majątek i przystojniaka. Miałam dziką satysfakcję, że rodzinie skacze gul z zazdrości”
„Cały czas czuję, że dotyka mnie coś obleśnego. Wszystko przez mojego sąsiada”
„Córka ma 35 lat i myśli, że będę żyć wiecznie. Od rana do nocy ogląda seriale i ani myśli o zarabianiu na siebie”

Reklama
Reklama
Reklama