Reklama

Nigdy nie byłem typem, który narzeka. Robota to robota – nie musi być łatwa ani przyjemna, byle dawała chleb. Pracuję na magazynie od kilku lat, zarabiam tyle, żeby starczyło od pierwszego do pierwszego. Bez luksusów, ale też nie bieda. Tak przynajmniej myślałem, dopóki Kinga – moja żona – nie zaczęła ciąć wydatków. Najpierw mówiła ogólnie, że „trzeba uważać”, że „czasy niepewne”, ale szybko zaczęło się konkretnie: mam przestać kupować tyle jedzenia, bo na to idzie najwięcej kasy. Zacisnąłem zęby. Przerzuciłem się na drożdżówki, kanapki z najtańszym pasztetem. Nawet mięso ograniczyłem.

Pokłóciliśmy się

Wróciłem z pracy o siedemnastej, zmęczony. Marzyłem tylko o tym, żeby coś zjeść i chwilę posiedzieć w ciszy. Otworzyłem lodówkę – pusta. Dosłownie pusta. Światło świeciło, jakby chciało mi zakpić z głodu. Wyjąłem z torby drożdżówkę i kefir, które kupiłem po drodze.

– Serio? – usłyszałem głos Kingi zza pleców. – Znowu wydajesz na pierdoły?

– Nie miałem co jeść cały dzień – mruknąłem. – Drożdżówka to nie stek.

– Ale jednak wydałeś. A mówiłam: budżet mamy napięty!

– No to może ty przestaniesz codziennie zamawiać te swoje fit-boxy? – nie wytrzymałem. – Mnie nie wolno drożdżówki, ale ty jesz łososia?

– To inwestycja. W zdrowie, w wygląd, w formę do pracy. Ty możesz sobie żyć o chlebie i wodzie, ale ja muszę być ogarnięta.

– No tak, a ja to co? Służący? – podniosłem głos. – Ty masz błyszczeć, a ja mogę zemdleć w robocie z głodu?

– Nie manipuluj. Próbuję jakoś utrzymać dom na powierzchni. Przynajmniej jedno z nas myśli o przyszłości!

– Nie, ty myślisz tylko o sobie – rzuciłem i z impetem wcisnąłem kefir do lodówki. – Zrób kiedyś rachunek sumienia. Albo przynajmniej sprawdź swoje paragony.

Nie odpowiedziała. Poszła do sypialni, trzaskając drzwiami. Zostałem w kuchni sam, z ręką w torbie i dziwnym ściskiem w żołądku. I to nie z głodu. Coś tu naprawdę nie grało. Może gra od dawna, a ja tego po prostu nie widziałem.

Nie podobało mi się to

– Ty, Adam… – Tomek przełknął łyk kawy z automatu i spojrzał na mnie spod oka. – Twoja żonka to czasem nie bierze codziennie lunchu z tej nowej knajpy?

– Z czego?

– No, tej knajpy z cateringiem. Moja Basia ją widuje w pracy. Pudełko w ręce, fit jedzenie. Mówi, że zawsze to samo logo.

Zawiesiłem spojrzenie na ścianie. Pudełka... No tak. Nie raz widziałem, jak pakuje je rano do torebki. Ale nigdy nie widziałem, żeby coś w domu gotowała.

– A nie mówiła, że gotuje sama wieczorem? – Tomek uniósł brew.

– Mówiła. I nawet wierzyłem – wycedziłem.

Wróciłem do domu i postanowiłem spróbować inaczej.

– Co bierzesz jutro do pracy? – rzuciłem niby mimochodem. – Mogę ci zrobić kanapki. Z jajkiem, jak lubisz.

– Nie trzeba – ucięła od razu. – Mam jeszcze coś w lodówce.

– A co?

– No… ryż z warzywami. Zrobiłam wczoraj.

Nie zrobiła. Wczoraj siedziała w salonie, przewijała telefon i narzekała, że ma migrenę. Nie podniosła się nawet z kanapy.

– Okej – powiedziałem, próbując nie dać po sobie poznać, że coś we mnie właśnie pęka.

Wieczorem położyła się wcześnie. Ja zostałem w kuchni. Patrzyłem na lodówkę, jakby mogła mi dać odpowiedź. Zamiast tego znalazłem w niej tylko dwa jogurty i słoik musztardy.

Byłem zły

Tego dnia specjalnie wyszedłem z pracy wcześniej, choć powiedziałem Kindze, że mam nadgodziny. Chciałem sprawdzić jedno – czy naprawdę bierze coś z lodówki do pracy. Czekałem, aż wyjdzie, i wszedłem do kuchni. Nic. Żadnego pudełka, żadnego śladu gotowania. Talerze w zlewie z wczoraj, zero ryżu, zero warzyw. Wziąłem kurtkę i wyszedłem. Pojechałem pod jej biuro.

Czekałem. Stałem po drugiej stronie ulicy, udając, że przeglądam telefon. Po kilku minutach podjechał chłopak na skuterze. Serce mi zamarło. Nie musiałem się zastanawiać, komu dostarcza.

I wyszła. Moja żona. Uśmiechnięta, elegancka. Wzięła torbę i zniknęła w drzwiach biura. Wszystko trwało może trzydzieści sekund, ale dla mnie to była wieczność.

Wieczorem milczałem. Ona też. Dopiero po godzinie usłyszałem rozmowę – przez telefon.

– …nie, on nie ogarnia. Myśli, że gotuję wieczorem. A ja po prostu nie mam siły, wolę zapłacić i mieć spokój. Poza tym… jego jedzenie i moje to dwie różne ligi.

Wszedłem do pokoju. Powoli. Drzwi nawet nie skrzypnęły. Spojrzała na mnie. Zamarła.

– Co to miało być? – zapytałem cicho.

– Adam, to nie tak…

– Nie tak?! – głos mi zadrżał. – Ty mi każesz jeść zupki chińskie, bo „oszczędzamy”, a sama naprawdę wydajesz na catering?

– To nie… Adam, pozwól mi wyjaśnić…

– Wyjaśnij mi jedno – czemu ja się mam czuć jak śmieć, a ty jak księżniczka?

W jej oczach pojawił się strach. I wreszcie… pierwszy raz od dawna – wstyd.

Żona wyznała mi prawdę

– Bo ja mam dość, Adam! – wybuchła w końcu. – W tej pracy ciągle muszę wyglądać, uśmiechać się, być idealna. W domu nie mam siły stać przy garach. Ten catering to jedno, co mi jeszcze zostało. Jedno, co działa. Ty nie wiesz, jak to jest, jak się wszyscy gapią, oceniają…

– Nie wiem? – przerwałem. – Myślisz, że w magazynie nikt mnie nie ocenia? Jak przychodzę z jogurtem i bułką, bo nie stać mnie na porządny obiad?

– Ale ja muszę dbać o siebie. Ja… ja mam stres. I dbam o dom, o budżet, o to, żebyśmy nie tonęli.

– A ja? Kim ja w tym jestem? Kolesiem od robienia kanapek? Od zaciskania pasa?

Zamilkła. Stała na środku pokoju, mała, krucha. Ale to już nie robiło na mnie wrażenia. Miałem dosyć roli tego, co zawsze zrozumie.

– Czuję się, jakbym był dodatkiem do twojego życia. Kimś niewygodnym. Przeszkodą.

– To nieprawda… – wyszeptała.

– A jednak od miesięcy nie spytałaś, czy mi wystarcza do pierwszego. Czy nie jestem głodny. Nawet nie wiesz, ile razy zasypiałem z pustym żołądkiem, żeby oszczędzać.

Łzy spłynęły jej po policzku. Ale we mnie już się coś wypaliło.

– Idę się przejść – powiedziałem.

Wyszedłem. Było ciemno, zimno. Przechadzałem się bez celu, z rękami w kieszeniach. I tylko jedno pytanie dudniło mi w głowie: czy to w ogóle jeszcze jest małżeństwo, czy tylko układ, w którym jedno korzysta, a drugie zaciska zęby?

To ma być małżeństwo?

– I co teraz? – spytał Tomek, nalewając mi piwa z butelki do szklanki. Siedzieliśmy w jego kuchni, cisza aż dzwoniła.

– Nie wiem. Powiedziałem, że nie wrócę dziś na noc. Potrzebuję oddechu.

– Dobrze robisz. Serio. Bo jak człowiek daje się tak ciągle tłamsić, to w końcu znika. A ty jeszcze jesteś, Adam. Jeszcze cię nie ma na dnie.

Westchnąłem ciężko. W głowie miałem migawki – jak kiedyś leżeliśmy z Kingą na balkonie i śmialiśmy się z przypadkowych przechodniów. Jak robiła mi naleśniki z dżemem i siadała obok, żeby patrzeć, jak jem. Jak śmiała się, kiedy próbowałem gotować rosół i wrzuciłem za dużo makaronu.

– Kiedyś było inaczej – mruknąłem. – Była ciepła, dobra. A teraz... czuję się jak ktoś, kto musi zasłużyć na kromkę chleba.

– Nie zasługujemy na ochłapy, Adam. Ani z lodówki, ani z życia – Tomek podniósł szklankę. – Za granice. Trzeba je stawiać, bo jak nie ty, to kto?

Wróciłem do domu późno. Kinga siedziała w kuchni, w tej samej bluzie, w której ją zostawiłem. Bez makijażu. Spuchnięta od płaczu.

Nie chcę rozwodu – powiedziałem cicho. – Ale chcę zrozumieć, gdzie się w tym wszystkim pogubiliśmy. I czy jeszcze w ogóle jesteśmy razem, czy tylko obok.

Nie odpowiedziała. Tylko skinęła głową. Cicho. Jakby bała się, że każde słowo coś zniszczy. Może już było za późno. A może to był pierwszy raz od dawna, kiedy naprawdę się usłyszeliśmy.

Adam, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama