„Zobaczyłem, ile moja żona wkłada do koperty dla księdza i oniemiałem. Wszystkie moje zaskórniaki przepadły”
„Policzyłem każdy banknot, każdy bilon. Brakowało prawie tysiąca złotych. Wiedziałem, że nie zginęły, nikt ich nie ukradł. Po prostu zostały przekazane bez słowa, jakby były niczyje”.

Każdej niedzieli chodziliśmy do kościoła razem. Ja raczej z obowiązku, żona – z przekonania. Nie byłem szczególnie religijny, ale rozumiałem jej potrzebę duchowości. Siadaliśmy zawsze w tej samej ławce, trzymaliśmy się za ręce podczas modlitwy, wyglądaliśmy jak przykładna para. Żona co tydzień wrzucała coś do koperty – datki na parafię. Nigdy się tym nie interesowałem. Ufałem jej, że robi to z rozsądkiem. Wszystko zmieniło się pewnej niedzieli, gdy przez przypadek zobaczyłem, ile pieniędzy wkłada do środka. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. To były moje oszczędności. Moje zaskórniaki. Wszystkie.
Nie wiedziałem, o co chodzi
Wszystko tego dnia wyglądało zwyczajnie. Obudziłem się pierwszy, jak zawsze w niedzielę, i zaparzyłem kawę. Żona krzątała się po kuchni, z torebką w jednej ręce, w drugiej trzymając lakier do włosów. Widziałem, że gdzieś się spieszy, choć do mszy zostało jeszcze dobre czterdzieści minut. Zawsze lubiła być wcześniej, „żeby zająć miejsce blisko ołtarza” – mawiała. Zajrzałem do szuflady, gdzie trzymałem gotówkę. Niezbyt wiele, po prostu kilkaset złotych odłożone na boku, na „czarną godzinę”. Dziwnie, bo znowu było mniej niż tydzień wcześniej.
W drodze do kościoła żona milczała. Miała tę swoją skupioną minę, jakby myślami była już na kazaniu. Msza przebiegła bez zaskoczeń. Do momentu zbiórki na tacę. Zawsze wtedy wyciągała z torebki białą kopertę i z namaszczeniem kładła ją na srebrnej tacy. Tym razem, przez przypadek, zauważyłem, ile tam włożyła. Banknoty. Sporo banknotów. Serce mi zabiło szybciej. Po powrocie do domu nie wytrzymałem.
– Irena, możemy porozmawiać?
Spojrzała na mnie, zdziwiona. I wtedy zaczęło się coś, czego nie przewidziałem.
Koperta na tacy
W głowie miałem mętlik. Może się pomyliłem? Może to nie były moje pieniądze? A może po prostu miała jakiś powód, którego nie rozumiem? Usiadłem przy stole i patrzyłem, jak Irena zdejmuje płaszcz. Zerkała na mnie ukradkiem, wiedziała, że coś jest nie tak.
– Ile dałaś dziś na tacę? – zapytałem, nie owijałem w bawełnę.
Zmarszczyła czoło, jakby pytanie ją uraziło.
– Tyle, co zawsze. Na co te podejrzenia?
– Nie wyglądało jak „tyle co zawsze”. Widziałem. To była cała koperta. Pięćset? Więcej?
Nie odpowiedziała od razu. Usiadła naprzeciwko mnie i wzruszyła ramionami.
– Daję tyle, ile czuję, że powinnam. Kościół też musi się utrzymać.
– Z moich oszczędności?
Jej spojrzenie nagle stwardniało.
– Co to znaczy „twoje”? Przecież jesteśmy małżeństwem. Wszystko jest wspólne.
W tamtym momencie poczułem się tak, jakby ktoś mnie ogołocił nie tylko z pieniędzy, ale z jakiejś części męskości. Przez całe lata chowałem te pieniądze po trochu, na wypadek… nawet nie wiem czego. A ona po prostu sobie je zabrała i oddała księdzu.
– Dlaczego nic nie powiedziałaś? – zapytałem cicho.
– Bo wiedziałam, że nie zrozumiesz.
Rozdział 3: Liczenie, które nie pasuje
Wieczorem, gdy Irena poszła do łazienki, znów otworzyłem szufladę. Policzyłem każdy banknot, każdy bilon. Brakowało prawie tysiąca złotych. Wiedziałem, że nie zginęły, nikt ich nie ukradł. Po prostu zostały przekazane bez słowa, jakby były niczyje. I nagle przestałem myśleć o tym jak o pieniądzach. To był mój wysiłek – sprzedany na kilka minut pokory przed ołtarzem.
– Od kiedy to robisz? – zapytałem, gdy wróciła. Wysuszyła włosy i wyglądała jakby ten dzień już się dla niej skończył. Dla mnie dopiero się zaczynał.
– Od jakiegoś czasu – odpowiedziała bez emocji.
– Ile łącznie?
Wzruszyła ramionami, nie patrząc na mnie.
– Nie liczyłam. Liczy się intencja, nie suma.
Zacisnąłem zęby. Wiedziałem, że ta rozmowa nigdzie nas nie zaprowadzi. Zamiast konkretów słyszałem tylko ogólniki, które brzmiały jak wyuczone cytaty. Zacząłem się zastanawiać, czy to naprawdę chodzi tylko o kościół. A jeśli była tam jakaś druga motywacja? Przecież żona znała wartość tych pieniędzy. Wiedziała, że je ukrywałem. A jednak zabrała je bez słowa. Co tak naprawdę chciała kupić tymi datkami?
Spowiedź w kuchni
Następnego dnia wróciłem wcześniej z pracy. Przez kilka godzin siedziałem przy kuchennym stole, czekając na Irenę. Miałem głowę pełną domysłów. Może miała dług? Może kogoś wspierała? A może… nie, nie chciałem myśleć dalej. Gdy weszła do mieszkania, od razu zobaczyła mój wzrok.
– Musimy pogadać – powiedziałem.
Zdjęła płaszcz i usiadła naprzeciwko. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu. W końcu sama przerwała ciszę.
– Zrobiłam to, bo wierzę, że to jedyna rzecz, która jeszcze coś znaczy.
Zaskoczyła mnie. Nie spodziewałem się, że zacznie mówić tak szczerze.
– Widzisz, myślałam, że kiedy oddaję te pieniądze, oddaję coś z siebie. Coś, czego nie potrafię ci powiedzieć wprost.
– A co chcesz mi powiedzieć? – zapytałem.
– Że jesteśmy razem, ale jakby obok. Że ty żyjesz swoim życiem, a ja swoim. Że twoje zaskórniaki są twoje, moje emocje są moje. I że może ta koperta to było jedyne miejsce, gdzie czułam, że mam kontrolę.
Zaniemówiłem. Nie tego się spodziewałem. Poczułem, że to nie o pieniądze chodziło, tylko o coś znacznie głębszego. O brak.
Coś za coś
Zrozumiałem wtedy, że nie chodziło jej o hojność wobec Kościoła, tylko o próbę zapełnienia pustki. Każdy banknot był jak plaster na coś, czego nie umiała nazwać. I może ja też byłem winny. Może za bardzo skupiałem się na tym, co moje, co schowane w szufladzie, a nie zauważałem, co się psuje między nami.
– Dlaczego nie powiedziałaś, że tak się czujesz? – zapytałem spokojniej niż wcześniej.
– Bo ty zawsze wszystko rozkładasz na logikę. A ja... ja nie potrafię ci się w tym odnaleźć. Ta koperta... to była jedyna rzecz, którą robiłam sama, bez twojej kontroli, bez tłumaczenia się.
Poczułem się jak ktoś, kto latami zamykał drzwi, a teraz dziwi się, że w domu zrobiło się zimno.
– I co teraz? – zapytałem.
Wzruszyła ramionami.
– Nie wiem. Może porozmawiamy. Może w końcu powiemy sobie, co tak naprawdę nas boli. Nie przez pieniądze, nie przez Kościół. Tylko tak zwyczajnie, po ludzku.
To nie była łatwa rozmowa. Ale po raz pierwszy od dawna poczułem, że to nie jest koniec. Może początek czegoś, co kiedyś zgubiliśmy.
Trzeba to jakoś rozwiązać
Minęło kilka tygodni. Nie odzyskałem tych pieniędzy, choć już nie miało to większego znaczenia. Zaczęliśmy rozmawiać. Nie od razu z łatwością, nie wszystko się od razu udało. Czasem milczeliśmy dłużej, niż mówiliśmy, ale to już nie była ta sama cisza co wcześniej – nie była zimna, pełna żalu. Raczej potrzebna, jak oddech między słowami.
Irena nadal chodziła do kościoła, ale datki były inne. Ustaliliśmy razem, ile i kiedy. Nie dlatego, że chciałem ją kontrolować, tylko dlatego, że wreszcie przestaliśmy coś ukrywać. A może po prostu przestaliśmy się bać mówić wprost. Oszczędności już nie miałem, ale za to zyskałem coś więcej – poczucie, że jesteśmy po tej samej stronie stołu. I że kiedy mówi się prawdę, nawet jeśli boli, to przynajmniej nie trzeba się już domyślać.
Wciąż nie jestem szczególnie religijny, i pewnie nigdy nie będę. Ale teraz, gdy patrzę na Irenę, gdy wraca z mszy z lekkim uśmiechem, nie myślę już o stracie. Myślę o niej. I o tym, że nie wszystko da się przeliczyć na bilon i banknoty.
Andrzej, 52 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Myślałam, że miłość po 50-tce nie istnieje i miałam rację. Samotni faceci w moim wieku mają już swoje za uszami”
- „Uciekłam do Zakopanego, żeby poszaleć na stoku. Zamiast na nartach skończyłam w objęciach przystojnego instruktora”
- „Wnuczka przyszła w Dzień Babci tylko po to, by wybadać, ile mam kasy. Od zawsze była łasa na pieniądze”

