Reklama

Czasami miałam wrażenie, że moje życie to jedna wielka tabela: kolumny zleceń, wiersze oczekiwań, komórki pełne presji. Zawsze coś do zrobienia na wczoraj, wieczne „Natalia, sprawdzisz jeszcze raz?”, „Natalia, poprawka potrzebna ASAP”. Znałam te polecenia aż za dobrze. Uśmiech miałam sztuczny, oczy zawsze zgaszone, a moja kawa była za mocna i ciągle zimna. A święta? Cóż, w moim przypadku to po prostu deadline z dodatkiem bombek.

W biurze zostałam sama. Siedziałam zgarbiona przy biurku, ściskając kubek z już dawno wystygniętą kawą. Za oknem mróz rysował esy-floresy na szybie, w tle cicho brzęczała klimatyzacja. Na sąsiednim biurku migały czerwone światełka z firmowej choinki — taniej, plastikowej, jakby ktoś na szybko zlecił „upiększenie atmosfery”. I tyle z tego „magicznego czasu”. Zadzwonił telefon. Moja matka.

— Natalka, przyjedziesz na święta? Tata się ucieszy… Ja też. — Jej głos był delikatny, czuły. Zupełnie jakby nie widziała, że od kilku lat nie potrafię tam wracać.

— Mamo… Wiesz, że mam mnóstwo rzeczy w pracy — mruknęłam wymijająco. — Raporty świąteczne, podsumowania… Chyba się nie wyrobię.

— Ale przecież zawsze coś tam robisz… — nie odpuszczała. — Może chociaż Wigilia?

— Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Zobaczę — powiedziałam, choć obie wiedziałyśmy, że nie zobaczę.

Rozłączyłam się i spojrzałam na ekran. Excel patrzył na mnie setkami komórek, jakby się ze mnie śmiał. Nie czułam nic: ani żalu, ani ulgi. Było tylko zmęczenie, tłumione od miesięcy... A może lat?

Uśmiechnęłam się mimo woli

Chciałam tylko zaparzyć sobie coś gorącego. O tej godzinie kuchnia na piętrze zwykle była pusta, więc zaskoczyło mnie, że światło już się świeci. W pierwszej chwili miałam ochotę zawrócić, ale usłyszałam czyjś śmiech. Weszłam. Przy ekspresie stał Marek z działu obok. Kojarzyłam go z korytarza i wspólnych zebrań, ale nigdy nie zamieniliśmy nawet słowa. Zawsze wyglądał, jakby gdzieś się spieszył. Teraz miał podwinięte rękawy koszuli i rozczochrane włosy, jakby przeczesywał je zniecierpliwioną dłonią przez cały dzień.

— Te bombki wyglądają jakby je wybierali po pijaku — rzucił, pokazując brodą w stronę dekoracji w kącie.

Uśmiechnęłam się mimo woli.

— W sumie to firma. Może i tak było.

— Próbuję się przekonać, że siedzenie tu o tej porze to jakiś znak odpowiedzialności. Ale chyba po prostu źle zarządzam czasem — westchnął i nalał sobie kawy.

— Albo jesteś jedynym, który się przejmuje — podsunęłam.

— No właśnie. Może to jest problem. — Zamilkł na chwilę. — Masz ochotę na szybką pizzę przed Wigilią z Excelem?

Zawahałam się. Jeszcze pół godziny temu chciałam tylko skończyć raport i uciec do domu, który i tak będzie pusty. Ale teraz stałam naprzeciwko człowieka, który wyglądał na równie zmęczonego tym wszystkim jak ja. Znałam takie wieczory: puste, ciche, wypełnione patrzeniem w ekran i udawaniem, że to wszystko ma sens. Może tym razem zrobię coś inaczej.

— A czemu nie — odpowiedziałam i sięgnęłam po płaszcz.

Spojrzał na mnie inaczej

Knajpka, do której zaprowadził mnie Marek, była z tych, do których samemu raczej się nie zaglądało. Niewielka, pachnąca drożdżowym ciastem i oregano, z nieśmiałym jazzem w tle. Usiedliśmy pod oknem z widokiem na pustą ulicę i świąteczne światełka, które wyglądały, jakby ktoś zapomniał je wyłączyć. Zamówiliśmy pizzę i dwie herbaty, bo oboje zgodnie stwierdziliśmy, że wystarczy nam dziś kofeiny.

Przez pierwsze minuty gadaliśmy o pracy – bez napięcia, jakbyśmy oboje potrzebowali ulżyć tym wszystkim narzekaniom, które normalnie trzymaliśmy dla siebie. Opowiedziałam mu, jak od września robię za trzy osoby, bo nikt nie zdążył zatrudnić kogoś nowego. On wspomniał, że właśnie skończył swój trzeci projekt w tym miesiącu i nie wie, który z nich był ważniejszy.

— To nie tak, że nie lubię świąt — powiedziałam w końcu, kiedy pizza pojawiła się na stole. — Po prostu od dawna nie mam z kim ich spędzać.

Zobaczyłam, jak Marek na moment zastyga z ręką wyciągniętą po widelec. Spojrzał na mnie inaczej — bez udawanego zainteresowania, bez wymuszonego uśmiechu.

— Znam to — przyznał. — U mnie święta to lista wymówek, jak nie spotkać się z byłą żoną. Filip, mój syn, czasem spędza Wigilię ze mną, czasem z nią. Ale od kiedy się rozwiedliśmy, święta są… no, inne.

— Długo jesteście po rozwodzie?

— Trzy lata. Myśleliśmy, że to tylko przerwa. Wyszło inaczej. A ty?

Zamyśliłam się. Nie miałam spektakularnych rozstań, dramatów, papierów w sądzie. Po prostu życie jakoś się potoczyło, jakby nikt nie nacisnął przycisku „start”.

— U mnie... to się jakoś wszystko rozlazło — mruknęłam. — Od lat nie mam z kim usiąść do stołu. Mama dzwoni, tata milczy, a ja zawsze „mam coś w pracy”.

— Czyli tacy jesteśmy. Dwójka ludzi, która miała robić raporty, a siedzi teraz tutaj i gada o świętach — uśmiechnął się lekko.

W tej chwili ogarnął mnie prawdziwy spokój, bo... ktoś mnie słuchał. Tak po prostu. Nie pamiętałam, kiedy ostatni raz tego doświadczyłam.

Czułam coś więcej niż tylko zmęczenie

poznaliśNowy Rok w firmie zaczął się jak zwykle: od zimnych spotkań w salach konferencyjnych i gorących maili z nowymi celami. A jednak... coś było inaczej. Codziennie mijałam Marka na korytarzu, czasem rzucaliśmy sobie tylko krótkie „cześć”, czasem kończyliśmy dzień kawą w tej samej kuchni, w której sięmy. Spotykaliśmy się też po pracy — niby przypadkiem, a jednak coraz bardziej celowo. On zaczął przynosić mi ciasteczka z piekarni pod domem. Ja zrobiłam dla niego termos herbaty z imbirem, gdy zasmarkany walczył z raportem kwartalnym.

Któregoś wieczoru poszliśmy do parku. Śnieg dopiero co zaczął topnieć, w powietrzu wisiała ta dziwna cisza między zimą a czymś nowym.

— Gdybyśmy teraz rzucili to wszystko... co byś zrobiła? — zapytał nagle.

— Wsiadła w pociąg — odparłam bez zastanowienia. — Byle gdzie. I nie patrzyła w Excela przez rok.

Myślałam, że się zaśmieje, że powie, że przesadzam. Ale on tylko kiwnął głową, jakby dobrze znał to uczucie.

— A gdybyśmy rzucili to razem?

Spojrzałam na niego, jakby właśnie zaproponował skok ze spadochronem. A może właśnie to zaproponował, tylko w takiej naszej, bardziej przyziemnej wersji.

— To musielibyśmy mieć jakiś plan.

— Albo po prostu wystarczająco dosyć.

Nie odpowiedziałam, ale tego wieczoru, kiedy wracałam do domu, po raz pierwszy od miesięcy nie myślałam o tym, co muszę zrobić jutro. Zastanawiałam się raczej, co mogłoby się wydarzyć, gdybyśmy odważyli się zrobić coś, co nie mieściło się w tabelkach. Nie wiem, czy to rozsądne, ale po raz pierwszy od lat czułam coś więcej niż tylko zmęczenie.

Jestem pewna

W poniedziałek rano przyszłam do biura wcześniej niż zwykle. Przykleiłam uśmiech do twarzy, choć w środku wszystko miałam ściśnięte. Marek już był. Siedział przy swoim biurku, przeglądał coś na ekranie. Spojrzał na mnie i tylko skinął głową. Wiedziałam, że dziś zrobimy to razem. Dokładnie o dziesiątej weszliśmy do gabinetu szefa. Zdziwił się na nasz widok. Myślę, że spodziewał się czegoś w rodzaju wspólnego projektu. Ale nie spodziewał się dwóch wypowiedzeń na jego biurku.

— Jesteście pewni? — zapytał, spoglądając raz na mnie, raz na Marka. — Natalia, przecież za kilka miesięcy mogłabyś dostać awans. Marek, ty prowadzisz teraz jeden z kluczowych projektów.

— Jestem pewna — odpowiedziałam, zanim Marek zdążył się odezwać. — Nie chcę budzić się każdego dnia i żałować, że nie zrobiłam nic dla siebie.

Szef milczał przez chwilę, potem tylko kiwnął głową. Wyszliśmy razem z Markiem, jakbyśmy właśnie wrócili z jakiejś misji. Ludzie w biurze patrzyli na nas, jakbyśmy oszaleli. Kilka osób z działu próbowało mnie zatrzymać na korytarzu, wypytywali, czy coś się stało. Odpowiadałam, że wszystko w porządku. Właśnie dlatego odchodzę.

Po południu spotkaliśmy się z Markiem w tej samej pizzerii, gdzie zaczęło się nasze „coś”. Tym razem siedzieliśmy spokojnie, nie rozmawialiśmy o pracy. Właściwie nie musieliśmy nic mówić.

— Wiesz, nie chodzi o to, żeby teraz od razu wiedzieć, co dalej — powiedział w końcu Marek. — Najważniejsze, żeby przestać robić coś, co zjada cię od środka.

— I pozwolić sobie na coś, czego nie da się zaplanować w arkuszu — dodałam.

Uśmiechnął się. To był ten uśmiech, który pojawiał się tylko wtedy, gdy mówiliśmy prawdę. To nie była historia o nagłym zauroczeniu ani romansie w korporacyjnej kuchni. Tu pierwsze skrzypce grało dwoje ludzi, którzy przez lata zapominali, że można żyć inaczej.

Nie czuję się opuszczona

Dwa tygodnie później zamknęłam za sobą drzwi biura. Nie miałam już identyfikatora na szyi, nie nosiłam laptopa w torbie. Szłam chodnikiem bez celu, jakby pierwszy raz od lat nikt nie kierował moimi krokami. Nie umiem powiedzieć, czy to, co zrobiliśmy z Markiem, było mądre. Może powinniśmy poczekać, wszystko zaplanować, pomyśleć na chłodno. Może powinnam się bać bardziej. Ale tamtego dnia, w pizzerii, kiedy przestaliśmy mówić, a zaczęliśmy po prostu być, poczułam coś, czego dawno nie czułam: wolność.

Nie mieliśmy gotowego planu. Marek mówił o podróży po Europie, ja wspomniałam, że zawsze chciałam otworzyć małą kawiarnię z książkami. Śmialiśmy się, że może połączymy jedno z drugim i stworzymy objazdową kawiarnię w busie. Brzmiało to absurdalnie, ale właśnie dlatego tak dobrze.

Nie wiedziałam, dokąd nas to zaprowadzi — może w zupełnie inne miejsca. Może po prostu potrzebowaliśmy się spotkać, żeby zrozumieć, że można inaczej. I nawet jeśli nie spędzimy razem reszty życia, to oboje wróciliśmy z tej przedświątecznej nocy trochę bardziej do siebie. Nie wiem, co będzie dalej, ale po raz pierwszy od lat nie czuję się opuszczona.

Natalia, 31 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama