Reklama

Mam 29 lat i jeszcze niedawno byłam przekonana, że zmiana pracy to najlepsze, co mogę dla siebie zrobić. W poprzedniej firmie miałam już dość wszystkiego. Ściągałam nerwy do domu, miałam problemy ze snem, z apetytem, z motywacją. Znacie to uczucie, kiedy wstajecie rano i boli was żołądek na myśl o kolejnym dniu? Tak właśnie wyglądało moje życie.

Aż pewnego wieczoru, w akcie desperacji, wysłałam kolejne CV. Nawet nie pamiętałam, do jakiej firmy. Kilka dni później dostałam zaproszenie na rozmowę. Najpierw pojawił się Marek – rekruter. Pamiętam, że wszedł do sali i wszystko w środku mi zamarło. Czarujący, elokwentny, z tym lekko ironicznym błyskiem w oku. Rozmowa potoczyła się naturalnie, płynnie, z nutą flirtu. Śmialiśmy się. Na koniec podał mi rękę, spojrzał głęboko w oczy i rzucił:

Odezwę się… szybciej, niż myślisz.

Następnego popołudnia dostałam SMS-a: „Dostałaś pracę! Świętujemy?”. Spotkaliśmy się i to prywatnie. A potem znowu. Zaczęło się szybko, intensywnie. Był czuły, troskliwy, obecny. Nie mówił za wiele o sobie. Nie miałam potrzeby pytać. Byłam zauroczona, wciągnięta, głodna tego uczucia. Nowa praca, nowy mężczyzna, nowy start. Wszystko układało się idealnie. Do czasu. Do dnia, w którym przyszłam do biura i poznałam swoją szefową.

Czułam, że ją kojarzę

Rano byłam pełna energii. Włożyłam nową białą koszulę, ułożyłam włosy, lekko się pomalowałam. Czułam, że w końcu wszystko zaczyna się układać. Była we mnie nadzieja i lekki stres, ale też – głęboko ukryta radość. Marek pisał mi jeszcze wieczorem, że „nie może się doczekać, aż mnie zobaczy”. Ja też nie mogłam.

Przekroczyłam próg biura punktualnie o ósmej trzydzieści. Szyk, szkło, metal, zapach świeżej kawy. Było nowocześnie, elegancko, dokładnie tak, jak sobie to wyobrażałam. Rozglądałam się, szukając znajomej twarzy. Marek się nie pojawił. Żadnego powitania, żadnego spojrzenia. A ja… próbowałam nie okazać rozczarowania.

– Dzień dobry, pani Aneta? – usłyszałam za plecami kobiecy głos.

Odwróciłam się i… poczułam, że serce na moment mi zwolniło. Przede mną stała kobieta po trzydziestce. Dobrze ubrana, elegancka, z chłodnym spojrzeniem i mocną czerwoną szminką.

– Jestem Agnieszka, będę twoją bezpośrednią przełożoną – podała mi dłoń.

Już gdzieś widziałam tę twarz. Nagle mnie tknęło. To zdjęcie, które kiedyś Marek przypadkiem otworzył, kiedy coś szukał w telefonie. Kobieta uśmiechnięta obok niego. Wtedy powiedział: „To tylko znajoma”. Nie. To nie była znajoma. Miała obrączkę na palcu. To była jego żona? Stałam tam jak sparaliżowana, z uśmiechem przyklejonym do twarzy, który niewiele miał wspólnego z tym, co czułam. Musiałam działać dalej.

Wykorzystał moją naiwność

Wiedziałam, że długo nie wytrzymam. Miałam ochotę wrócić do domu, spakować się i wyjechać do innego miasta. Zamiast tego krążyłam po biurze z miną profesjonalistki, choć serce waliło mi jak oszalałe. Unikałam Agnieszki. Nie mogłam patrzeć jej w oczy.

Po dwóch godzinach zauważyłam Marka przy ekspresie do kawy w kuchni. Był sam. Uciekłam chyłkiem z przestrzeni biurowej, zatrzaskując za sobą drzwi, jakby miało to zatrzymać cały ten koszmar w miejscu.

– Agnieszka to twoja żona? – rzuciłam bez żadnych wstępów.

Zamarł. Odwrócił się powoli z filiżanką w dłoni. Przez chwilę udawał, że nie rozumie.

– Aneta… To nie tak miało wyglądać – powiedział cicho.

– A jak? Miałam być twoją kochanką na etacie? – syknęłam, czując, że zaraz wybuchnę.

– Agnieszka i ja… to martwy związek od dawna. Jesteśmy razem tylko w papierach. Firma to nasz wspólny projekt, ale prywatnie... nie ma nas od miesięcy – mówił szybko, zbyt szybko.

– Dlaczego mi o niej nie powiedziałeś?

– Bo bałem się, że odejdziesz. A z tobą pierwszy raz od dawna czuję, że żyję.

Zamilkłam. W jego oczach było coś błagalnego. We mnie – tylko wściekłość i rozczarowanie. Wróciłam do biurka, dusząc łzy. Nie mogłam skupić się na niczym. Po pracy zadzwoniłam do Kasi.

– Aneta, błagam cię, uciekaj stamtąd, póki możesz. Zanim to się wszystko skończy jeszcze gorzej – powiedziała.

Nie wiedziałam, czy ją posłucham. Nie miałam odwagi znów zaczynać od zera.

Nie byłam nawet pierwsza

To był czwartek. Niby zwyczajny dzień. Zrobiłam sobie przerwę, wyszłam na chwilę do toalety, ale zamiast wracać prosto do biurka, skierowałam się korytarzem obok sal konferencyjnych. Wtedy właśnie usłyszałam ich głosy. Drzwi do jednego z gabinetów były uchylone. Głos Agnieszki był wyraźny, chłodny, opanowany.

– Marek, widziałam, jak na nią patrzysz. Jak z nią rozmawiasz. Nie pierwszy raz to robisz.

– Przesadzasz – próbował żartować, ale w jego tonie było napięcie.

– Nie, nie przesadzam. To znowu jakaś nowa dziewczyna z rekrutacji? – zapytała cicho, ale z lodem w głosie. – Jak wtedy z Magdą?

Zamarłam. Serce mi waliło, jakby miało wyskoczyć z klatki piersiowej. To nie pierwszy raz. Wiedziała. Ona wiedziała o innych.

– Agnieszka, to nie tak... – zaczął, ale nie skończył.

– Tylko nie mów mi znowu, że „to się samo wydarzyło”. Zawsze tak mówisz, kiedy robisz coś głupiego.

Przygryzłam wargę. Wiedziałam, że powinnam odejść, ale nie mogłam. Nie ruszyłam się nawet o centymetr. Wtedy padło to zdanie, które wyryło mi się w pamięci:

– Marek, jeśli chcesz sobie znowu poszaleć z jakąś naiwną, to chociaż rób to poza moim działem. Przynajmniej udawaj, że jeszcze mnie trochę szanujesz.

Wtedy pchnęłam drzwi.

– Wiem już wszystko. Nie będę w tym cyrku uczestniczyć – powiedziałam.

Spojrzeli na mnie oboje. Agnieszka – bez cienia zaskoczenia. Marek – z twarzą bladą jak ściana. Odwróciłam się i wyszłam.

Zaprosili mnie tam samą

Zadzwoniła do mnie godzinę później. To była Agnieszka osobiście. Powiedziała spokojnym głosem:

– Spotkajmy się w salce numer cztery. Ty, ja i Marek. Wypada zamknąć tę szopkę z klasą.

Nie chciałam iść, ale poszłam. Czułam, że muszę to usłyszeć do końca, żeby wiedzieć, z czym naprawdę mam do czynienia.

Siedzieli już przy stole. Ona w swojej granatowej marynarce, z dłońmi splecionymi na blacie. On – nieco zgarbiony, jakby chciał się schować. Usiadłam naprzeciwko.

Od początku wiedziałam – zaczęła Agnieszka, patrząc tylko na mnie. – Wystarczyło spojrzeć, jak na ciebie patrzy.

– Dlaczego nic nie powiedziałaś? – zapytałam, choć właściwie sama nie wiedziałam, czy chcę znać odpowiedź.

– Bo to nie pierwszy raz – odparła. – A ja już przestałam walczyć. Jesteśmy razem w tej firmie. To nasz wspólny interes. Emocje musiały zejść na dalszy plan.

– Aneta, ja… – odezwał się Marek, ale Agnieszka go uciszyła.

– Nie, Marek. Tym razem nie. Nie tłumacz się. Wybierasz sobie dziewczyny z rekrutacji jak z katalogu. Myślałam, że chociaż tym razem postawisz na kogoś spoza firmy.

Zamilkłam. Poczułam się jak idiotka. Naiwna dziewczyna, która dała się nabrać na błysk w oku i kilka czułych wiadomości.

Już chyba wszystko jasne – powiedziałam. – Dziękuję za lekcję.

Wstałam i wyszłam, zanim ktokolwiek zdążył się odezwać. W głowie tylko jedno pytanie: zostać czy odejść?

Musiałam to zrobić

Wyszłam z budynku i szłam przed siebie bez celu. Mijałam ludzi, światła, samochody, ale wszystko było jak przez mgłę. W jednej ręce trzymałam telefon, w drugiej zwiniętą kartkę z notatkami z porannego spotkania. Nie była mi już do niczego potrzebna.

Zatrzymałam się w parku, usiadłam na ławce. Telefon zadzwonił – Kasia.

– I co? – zapytała bez zbędnych słów.

Wszystko się potwierdziło. To było chore od początku – odpowiedziałam.

– Aneta… nie wracaj tam. Proszę cię, nie daj się wciągnąć znowu. Oni tam grają w coś, w czym nie chcesz brać udziału.

Patrzyłam przed siebie i przez chwilę nie mówiłam nic.

– Wiesz, co jest najgorsze? Że ja naprawdę myślałam, że to coś wyjątkowego. Że on... że my...

– On po prostu wiedział, co powiedzieć – przerwała mi cicho Kasia. – I trafił na moment, kiedy tego potrzebowałaś.

Wieczorem otworzyłam laptopa i napisałam wypowiedzenie. Nie czułam ulgi, nie czułam triumfu. Czułam tylko pustkę. Tęsknotę za czymś, co nigdy nie istniało. Napisałam jeszcze jedną wiadomość – do Marka. „Nie jestem pionkiem w twojej grze. Żegnaj”. Nie czekałam na odpowiedź.

Kasia zaprosiła mnie na kolację. W restauracji powiedziała tylko jedno:

– Niektórzy faceci nie potrafią przestać grać.

Pokiwałam głową. Już to wiedziałam.

To była dla mnie nauczka

Minął tydzień. Siedziałam przy kuchennym stole, przeglądałam ogłoszenia o pracę i piłam zimną już kawę. Wszystko wróciło do punktu wyjścia. Znowu szukałam pracy, znowu byłam bez planu, ale tym razem coś było inaczej. Nie czułam się słaba. Czułam się… wolna.

Złożyłam wypowiedzenie z dnia na dzień, nie oglądając się za siebie. Bez spektakularnego pożegnania, bez emocjonalnych scen. Po prostu przestałam w tym uczestniczyć. Tak, jak mówiłam – nie chciałam być już częścią ich gry. Przez chwilę żałowałam. Nie tego związku. Tylko że tak łatwo dałam się wciągnąć. Że pomyliłam uwagę z troską, flirt z uczuciem. Że zakochałam się w kimś, kto przez cały czas coś przede mną ukrywał.

Może właśnie tego było mi trzeba, żeby w końcu przestać szukać miłości w pierwszym uśmiechu i przygodnym zainteresowaniu. Może musiałam się sparzyć, żeby nauczyć się rozpoznawać, co jest prawdziwe, a co – tylko zwykłą iluzją.

Nie wiem, co będzie dalej. Nie mam żadnej gwarancji, że kolejna praca, kolejny człowiek, kolejny krok okaże się lepszy. Wiem, że tym razem postawię siebie na pierwszym miejscu. Może kiedyś jeszcze komuś zaufam. Może nawet się zakocham. Jeszcze nie dziś. I na pewno nie w kimś, kto uśmiecha się zbyt pewnie.

Aneta, 29 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama