„Walentynki minęły bez echa, więc świętowanie przełożyłam na Dzień Singla. Bycie mężatką to najgorsze, co mnie spotkało”
„– Wiesz, że niedługo Dzień Singla? – rzuciłam niby od niechcenia. – Może to dobra okazja, żeby w końcu kupić ten złoty zegarek, o którym tyle mówiłam. Podniosłam na niego wzrok. Liczyłam na cokolwiek. Na uśmiech. Filip wzruszył tylko ramionami”.

Przez długi czas powtarzałam sobie, że stabilność to coś, czego inni nam zazdroszczą. Dziesięć lat małżeństwa z Filipem wyglądało z zewnątrz jak dobrze poukładana układanka – mieszkanie w centrum, wspólne konto, wakacje zaplanowane z półrocznym wyprzedzeniem. Tylko że między nami coraz rzadziej była bliskość. Coraz częściej żyliśmy osobno, funkcjonując obok siebie jak współlokatorzy.
Wszystko zostawiał mnie samej
Walentynki minęły jak zwykły dzień. Wróciłam z pracy wcześniej, kupiłam świeże pieczywo, nawet ustawiłam na stole mały wazon z tulipanami. Filip wszedł do mieszkania po dwudziestej z telefonem przy uchu.
– Tak, wyślę poprawioną wersję jutro rano – powiedział, zanim zdjął płaszcz.
Uśmiechnęłam się do niego, kiedy wreszcie zakończył rozmowę.
– Pamiętasz, jaki dziś dzień? – zapytałam lekko.
Spojrzał na mnie z namysłem.
– Wtorek?
Skinęłam głową, jakby to był żart. Nie był. Nic więcej nie powiedziałam. Nie chciało mi się kłócić.
Kilka dni później siedzieliśmy przy kolacji. Kroiłam pomidora na zbyt cienkie plasterki jak zawsze, kiedy byłam zdenerwowana.
– Wiesz, że niedługo Dzień Singla? – rzuciłam niby od niechcenia. – Może to dobra okazja, żeby w końcu kupić ten złoty zegarek, o którym tyle mówiłam.
Podniosłam na niego wzrok. Liczyłam na cokolwiek. Na uśmiech. Na „a może ja ci go kupię?”. Na choćby cień zaczepki. Filip wzruszył ramionami.
– Jak chcesz, to kup sobie sama.
Powiedział to spokojnie. Bez złośliwości. Bez ironii. Po prostu… obojętnie. W pierwszej chwili nawet się uśmiechnęłam.
– Jasne – odpowiedziałam. – W końcu też jestem singielką.
Nie zareagował. Sięgnął po szklankę wody.
– Monika, nie przesadzaj.
I to było wszystko. Nie chodziło o zegarek. Stać nas było na niego od dawna. Chodziło o to, że przez rok mówiłam o nim jak dziecko o czymś, co mu się marzy. Pokazywałam zdjęcia, mierzyłam podobne modele w sklepach, śmiałam się, że będzie symbolem mojej „dorosłości”. A on nigdy nie podchwycił tematu.
Tamtego wieczoru leżałam obok niego w łóżku. Słyszałam jego równy oddech, czułam ciepło jego pleców, ale miałam wrażenie, że między nami jest przestrzeń większa niż całe mieszkanie. Przewracałam się z boku na bok.
– Filip? – szepnęłam w ciemności.
– Mhm?
– Myślisz, że jesteśmy szczęśliwi?
Westchnął ciężko.
– Monika, jest pierwsza w nocy. Możemy nie zaczynać teraz takich rozmów?
Odwrócił się na drugi bok. Zrozumiałam wtedy coś, czego wcześniej nie chciałam nazwać. Wakacje organizowałam ja. Rocznice pamiętałam ja. Rozmowy zaczynałam ja. Nawet ciszę próbowałam wypełniać ja. On był. Płacił rachunki. Odbierał telefony. Odpowiadał półsłówkami. Coraz częściej czułam się, jakbym mieszkała sama – tylko że z kimś w drugim pokoju.
Przez kolejne dni obserwowałam go uważniej. Czy zauważy, że przestałam opowiadać o pracy? Że nie pytam już, o której wróci? Że nie wspominam o zegarku? Nic się nie zmieniło. Jakby moje wycofanie było tylko drobną korektą w harmonogramie.
Najbardziej bolało mnie to, że nie było w nim nawet cienia ciekawości. Jakby moja radość, mój żal, moje marzenia były dodatkiem, który można pominąć bez konsekwencji. Pomyślałam, że może rzeczywiście od dawna wszystko robię sama. Nawet w małżeństwie.
Ta propozycja spadła mi z nieba
Z Sandrą spotkałam się w sobotę rano. Wybrała małą kawiarnię z ogromnymi oknami, przez które wpadało zimowe słońce. Zawsze lubiła miejsca z widokiem – mówiła, że łatwiej się w nich oddycha.
– No dobrze – zaczęła, zdejmując rękawiczki. – To co się dzieje? Bo przez telefon brzmiałaś, jakby ktoś wyłączył w tobie światło.
Uśmiechnęłam się krzywo.
– Filip powiedział mi, żebym kupiła sobie sama ten zegarek.
Uniosła brwi.
– I co?
– I nic. Po prostu… nic. Jakbym była współlokatorką, która informuje o zakupie czajnika.
Sandra oparła łokcie o stół.
– Monika, tu nie chodzi o zegarek, prawda?
Pokręciłam głową. Opowiedziałam jej o walentynkach, o nocnej próbie rozmowy, o tym, że od miesięcy czuję się, jakbym mówiła do ściany.
– Wiesz, co jest najgorsze? – zapytałam cicho. – Że on nie jest zły. Nie krzyczy. Nie robi scen. Po prostu… jego nie ma.
Sandra przez chwilę milczała.
– Obojętność jest gorsza niż kłótnia – powiedziała w końcu. – Bo w kłótni jest jeszcze jakaś energia. A obojętność to sygnał, że komuś już się nie chce.
Zabolało mnie to bardziej, niż się spodziewałam.
– Usprawiedliwiałam go latami – dodałam. – Że zmęczony, że praca, że presja. Może ja też przestałam wymagać.
– A czego ty w ogóle chcesz? – zapytała nagle Sandra.
Otworzyłam usta i… nie wiedziałam. W tamtym momencie zadzwonił mój telefon. Służbowy numer. Odeszłam kilka kroków.
– Monika, mam propozycję – usłyszałam głos dyrektorki. – Kontrakt w Hiszpanii. Miesiąc, może dwa. Projekt rozwojowy. Idealny dla ciebie. Decyzję musimy mieć do końca tygodnia.
Poczułam, jak serce zaczyna mi bić szybciej.
– Hiszpania? – powtórzyłam, jakbym sprawdzała, czy dobrze słyszę.
– Konkretnie Gran Canaria. Dasz radę?
Spojrzałam przez okno. Ludzie przechodzili po chodniku, każdy w swoim tempie, z własnymi sprawami. A ja nagle zobaczyłam siebie w zupełnie innym miejscu – w słońcu, w przestrzeni, bez ciężaru ciszy, która od miesięcy wisiała nade mną w domu.
– Oddzwonię z decyzją – powiedziałam.
Wróciłam do stolika.
– Coś się stało? – zapytała Sandra.
– Dostałam propozycję wyjazdu. Na miesiąc. Do Hiszpanii.
Jej oczy rozbłysły.
– No to jedź.
– Nie mogę tak po prostu wyjechać – odparłam odruchowo. – Mam męża.
Sandra spojrzała na mnie uważnie.
– Masz? Bo z tego, co mówisz, to raczej mieszkasz z człowiekiem, który nie zauważyłby, gdybyś zniknęła na tydzień.
Te słowa zabrzmiały brutalnie, ale nie potrafiłam zaprzeczyć.
– On zacznie kalkulować – westchnęłam. – Czy to się opłaca. Czy projekt ma sens. Czy to dobry moment.
– A ty kiedy ostatnio kalkulowałaś, czy opłaca się być nieszczęśliwa? – zapytała cicho.
Zamilkłam.
Wracając do domu, czułam w sobie dziwną mieszaninę lęku i ekscytacji. W głowie już słyszałam Filipa: „A po co?”, „Na jak długo?”, „Kto zajmie się mieszkaniem?”. Nagle dotarło do mnie coś jeszcze. Bałam się nie tego, że on mi zabroni. Bałam się, że wzruszy ramionami i powie:
– Jeśli chcesz, to jedź.
Wieczorem siedzieliśmy przy stole. On przeglądał coś w laptopie. Ja patrzyłam na niego, zastanawiając się, czy w ogóle zauważy, że w mojej głowie właśnie waży się coś dużego. Nie powiedziałam mu jeszcze o Hiszpanii. Ale po raz pierwszy od dawna pomyślałam, że mogę podjąć decyzję bez czekania na jego reakcję.
Sama podjęłam decyzję
Do salonu jubilerskiego weszłam w środę tuż po pracy. Nie planowałam tego. Miałam tylko zobaczyć zegarek jeszcze raz. Sprzedawczyni rozpoznała mnie od razu.
– Złoty zegarek, na bransolecie? – zapytała z uśmiechem.
Przytaknęłam. Kiedy zapięła mi zegarek na nadgarstku, poczułam jego ciężar. Był delikatny, ale wyraźny. Jakby przypominał: „to twoje”. Spojrzałam w lustro. Nie widziałam kobiety, która czeka, aż ktoś spełni jej marzenie. Widziałam kogoś, kto w końcu przestał odkładać siebie na później.
– Pakujemy? – usłyszałam.
– Nie. Założę go – odpowiedziałam.
Zapłaciłam bez wahania. Kiedy wyszłam na ulicę, słońce odbiło się w złotej tarczy. Uśmiechnęłam się do siebie. A potem przyszła myśl: „to za mało”.
Wieczorem Filip siedział przy biurku. Nawet nie podniósł wzroku, gdy weszłam.
– Kupiłam ten zegarek – powiedziałam, unosząc rękę.
– Fajny – rzucił krótko. – Pasuje ci.
To wszystko. Żadnego „pokaż bliżej”, żadnego dotknięcia mojego nadgarstka, żadnego zainteresowania. Usiadłam na kanapie z laptopem. Najpierw otworzyłam pocztę służbową. Wiadomość z Hiszpanii wciąż była oznaczona gwiazdką: „Czekamy na decyzję”.
Potem, jakby od niechcenia, weszłam na stronę linii lotniczych. Gran Canaria. Wylot za dwa tygodnie. Serce zaczęło mi bić szybciej. Spojrzałam na ekran. „Potwierdź” świeciło się niebieskim przyciskiem. Kliknęłam. Kiedy przyszło potwierdzenie rezerwacji, przez chwilę siedziałam nieruchomo. To był impuls, ale nie chaotyczny. Raczej długo dojrzewająca decyzja, która wreszcie znalazła ujście.
Przez kolejne dni obserwowałam Filipa uważniej niż kiedykolwiek. Czy zauważy, że zaczęłam porządkować dokumenty? Że wyciągnęłam walizkę z szafy? Że wieczorami siedzę z notatnikiem i coś zapisuję?
– Masz jakiś projekt? – zapytał wreszcie któregoś dnia, wskazując na mój kalendarz.
– W pewnym sensie – odpowiedziałam. Nie dopytał.
W piątek zadzwonił Łukasz, jego brat. Zaprosił nas na niedzielny obiad do rodziców. Filip zgodził się bez wahania. Przy stole atmosfera była napięta jak struna, choć nikt nie mówił o niczym poważnym. Rozmowy krążyły wokół pracy, pogody, planów remontowych. W pewnym momencie Łukasz spojrzał na mnie uważnie.
– Monika, dawno cię nie widziałem tak cichej – zauważył.
Filip wzruszył ramionami.
– Monika zawsze analizuje wszystko w głowie.
Uśmiechnęłam się blado.
– Czasem warto coś powiedzieć na głos – dodał Łukasz, patrząc na brata znacząco.
Filip odchrząknął.
– Nie róbmy dramatu z normalnego życia.
To zdanie utkwiło mi w głowie. „Normalne życie”. Czy normalne było to, że od miesięcy czułam się jak gość we własnym małżeństwie?
Tamtej nocy długo siedziałam przy kuchennym stole. Zegarek na moim nadgarstku cicho tykał. Każda sekunda brzmiała jak pytanie: ile jeszcze? W końcu zrozumiałam, że nie chodzi tylko o miesiąc w Hiszpanii. Chodziło o sprawdzenie, czy potrafię postawić granicę. Czy potrafię wybrać siebie, nawet jeśli ktoś obok uzna to za przesadę. Bilet w jedną stronę był symbolem. Nie wiedziałam jeszcze, czy wrócę. Wiedziałam tylko, że nie mogę zostać w miejscu, w którym czuję się niewidzialna. Decyzja została podjęta.
Wreszcie coś go poruszyło
Powiedziałam mu w zwykły wtorkowy wieczór. Bez podniosłej oprawy, bez łez. Stał przy blacie i kroił warzywa na sałatkę, jakby nic nie miało prawa zakłócić tej rutyny.
– Wyjeżdżam za dwa tygodnie – zaczęłam spokojnie.
Nóż zatrzymał się w połowie ruchu.
– Słucham?
– Przyjęłam kontrakt w Hiszpanii. Na miesiąc. Może trochę dłużej.
Odłożył nóż. Spojrzał na mnie tak, jakby próbował zrozumieć, czy żartuję.
– Kiedy zamierzałaś mi o tym powiedzieć?
– Właśnie mówię.
– Monika, takie decyzje podejmuje się razem.
Poczułam, jak narasta we mnie napięcie.
– Razem? – powtórzyłam. – Kiedy ostatnio zdecydowaliśmy o czymś razem?
Zmarszczył brwi.
– Znowu zaczynasz. To przez ten zegarek?
– Nie chodzi o zegarek.
– Właśnie że chodzi! Jedno zdanie i robisz z tego symbol końca świata.
Patrzyłam na niego i nagle zobaczyłam wyraźnie, jak bardzo się rozmijamy. Dla niego to był „głupi tekst”. Dla mnie – podsumowanie dekady.
– Filip, ja od lat czuję się w tym małżeństwie sama – powiedziałam. – Rozmawiam z tobą, a ty mówisz „mhm”. Opowiadam o marzeniach, a ty liczysz koszty. Pytam, czy jesteśmy szczęśliwi, a ty prosisz, żeby nie zaczynać.
– Bo jestem zmęczony! – podniósł głos. – Pracuję dla nas.
– A ja dla kogo pracuję? – zapytałam. – Dla ściany?
Zapadła cisza. Gęsta, dusząca.
– Dramatyzujesz – powiedział w końcu. – Każde małżeństwo tak wygląda po kilku latach. To normalne życie.
To samo zdanie co przy rodzinnym obiedzie. Jakby było tarczą, za którą mógł się schować.
– Jeśli to ma być normalne, to ja nie chcę takiej normy – odpowiedziałam.
Przez kolejne dni mijaliśmy się w mieszkaniu jak obcy. On stał się jeszcze bardziej rzeczowy. Pytał, kto odbierze paczkę. Czy zapłaciłam rachunek. Ani słowa o wyjeździe.
Dopiero w dniu wylotu zaproponował, że mnie zawiezie. Droga na lotnisko była cicha. Radio grało coś w tle, ale nie słuchałam. Patrzyłam przez okno na mijane budynki i zastanawiałam się, czy wrócę do nich jako ta sama osoba. Kiedy zaparkował, odwrócił się do mnie.
– Naprawdę chcesz zniszczyć małżeństwo przez jedno zdanie? – zapytał.
Spojrzałam na niego długo.
– Dla ciebie to było jedno zdanie. Dla mnie – dziesięć lat milczenia.
W jego oczach po raz pierwszy zobaczyłam coś innego niż irytację. Niepewność.
– Nie wiedziałem, że aż tak… – urwał.
– Bo nie pytałeś. Ze wszystkim miałam radzić sobie sama.
Wysiadłam z samochodu. Wyjął moją walizkę z bagażnika. Na moment nasze dłonie się zetknęły.
– A jeśli nie wrócisz? – zapytał ciszej.
– To znaczy, że już wcześniej mnie tu nie było – odpowiedziałam.
Odwróciłam się i ruszyłam w stronę wejścia. Serce waliło mi jak oszalałe. Przy bramkach odwróciłam się jeszcze raz. Stał w tym samym miejscu z rękami w kieszeniach, jakby dopiero teraz dotarło do niego, że coś naprawdę się dzieje.
Zostałam sama „na próbę”
Na wyspie powietrze pachniało solą i słońcem. Pierwszego dnia długo spacerowałam brzegiem oceanu. Zegarek błyszczał na moim nadgarstku, a ja po raz pierwszy od dawna nie czułam ciężaru czyichś oczekiwań. Zapisałam po pracy się na kurs nurkowania.
Filip odezwał się drugiego dnia: „Jak dotarłaś?”. Odpisałam krótko. Potem przyszły kolejne wiadomości. Coraz dłuższe. Coraz mniej rzeczowe. „Może faktycznie nie słuchałem”, „Nie wiedziałem, że czujesz się niewidzialna”, „Chcę spróbować inaczej”. Czytałam je na balkonie z widokiem na ocean. Słońce chowało się za horyzontem, a ja czułam spokój, którego nie pamiętałam od lat.
Po dwóch tygodniach zadzwonił.
– Monika… – jego głos był inny. – Brakuje mi ciebie. Nie kogoś, kto wszystko ogarnia. Ciebie.
Milczałam chwilę.
– Jeśli wrócę, to nie do tego samego – powiedziałam w końcu. – Nie chcę już być sama w duecie.
– Wiem – odpowiedział cicho. – Dopiero teraz to rozumiem.
Nie podjęłam decyzji od razu. Dokończyłam kontrakt. Chodziłam na zajęcia, śmiałam się z ludźmi, których dopiero poznałam. Uczyłam się, że moje potrzeby nie są fanaberią.
Kiedy po miesiącu stałam znów na lotnisku, tym razem z biletem powrotnym, wiedziałam jedno: nie wracam z lękiem. Wracam, bo chcę sprawdzić, czy potrafimy zbudować coś świadomie. Filip czekał w hali przylotów. Podszedł do mnie niepewnie. Nie było wielkich gestów. Było za to coś, czego dawno między nami nie było – uważność. Patrzył na mnie, jakby naprawdę mnie widział.
Nie wiem, czy będzie łatwo. Ale wiem, że już nigdy nie pozwolę, by jedno obojętne zdanie stało się definicją mojego życia. Jeśli jeszcze raz usłyszę „kup sobie sama”, będę gotowa kupić sobie całe nowe życie.
Monika, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż stracił pracę i zaczął remont. Mało brakowało, a wraz ze skuwanymi ścianami runęłoby nasze małżeństwo”
- „W walentynki mój mąż zrobił mi najlepszą niespodziankę i spakował walizki. Teraz świętuję tylko Dzień Singielki”
- „Na walentynki kupiłem mojej żonie bukiet róż, ale ona nimi wzgardziła. Zaniosłem je teściowej z 1 ważnego powodu”

