Reklama

Byliśmy razem, mieszkaliśmy pod jednym dachem, dzieliliśmy codzienność, a jednak od dawna czułam się tak, jakby między mną a Jakubem rosła ściana. Wracał zmęczony, myślami był w pracy, odpowiadał półsłówkami. Ja udawałam, że rozumiem. Walentynki miały być dla mnie sprawdzianem – cichą próbą, czy wciąż jeszcze jestem dla niego kimś ważnym.

Cieszyłam się, że pamięta

Znalazłam go zupełnie przypadkiem, w sobotnie przedpołudnie, kiedy postanowiłam zrobić porządek w szafie Jakuba. Nie lubiłam tam zaglądać – jego rzeczy były zawsze ułożone byle jak, jeden chaos, jakby nawet ubrania nie umiały trzymać emocji na wodzy. Przesuwałam koszule na wieszakach, gdy coś cięższego stuknęło o drewnianą półkę.

To było małe, ciemne pudełko. Wyjęłam je ostrożnie. Było eleganckie, matowe, bez logo na wierzchu. Otworzyłam wieczko i na moment zapomniałam, jak się oddycha. Zegarek. Damski, klasyczny, z jasną tarczą i skórzanym paskiem w odcieniu, który od razu skojarzył mi się z Jakubem – stonowany, spokojny, drogi, ale bez ostentacji. Wzięłam go do ręki. Był lekki, ale solidny. Taki, który nie trafia się przypadkiem.

Serce zaczęło mi bić szybciej. Pierwsza myśl pojawiła się niemal sama, jakby od dawna na nią czekała: walentynki. Przecież zbliżały się wielkimi krokami. Może chciał mnie zaskoczyć. Może dlatego był ostatnio taki nieobecny – planował coś, czego nie chciał zdradzić. Uśmiechnęłam się do tej myśli, chociaż równocześnie poczułam ukłucie niepokoju.

Dlaczego był schowany tak głęboko? Kuba nie należał do ludzi, którzy coś ukrywają. Zawsze mówił wprost, czasem aż za bardzo. A jednak zegarek leżał tam, jakby nie miał prawa zostać znaleziony. Obróciłam go w dłoniach, przyglądając się detalom. Wyobraziłam sobie, jak zapina go na moim nadgarstku, jak patrzy na mnie z tym swoim rzadkim, nieśmiałym uśmiechem.

– Karolina, nie grzeb w moich rzeczach – rzucił z drugiego pokoju, nawet nie podnosząc głosu.

Drgnęłam. Szybko zamknęłam pudełko i odłożyłam je na miejsce, czując się jak przyłapana na czymś zakazanym.

– Szukałam worka na pranie – odpowiedziałam zbyt szybko.

– Jest w łazience – odparł obojętnie.

Zamknęłam szafę i oparłam się o jej drzwi. Ekscytacja mieszała się we mnie z czujnością. Chciałam wierzyć, że to dla mnie. Potrzebowałam w to wierzyć. W końcu jestem jego żoną. Jeśli zegarek nie był prezentem dla mnie, to nie wiedziałam, czym właściwie był.

Czekałam z nadzieją

Od tamtego dnia zaczęłam patrzeć na Jakuba inaczej, uważniej. Jakby każdy jego ruch mógł zdradzić tajemnicę, którą przede mną ukrywał. Kiedy rano nalewał sobie kawę i na moment zawieszał wzrok w oknie, zastanawiałam się, czy myśli o mnie. Gdy wracał później niż zwykle, tłumaczyłam to przygotowaniami do niespodzianki. Nawet jego milczenie przestało mnie drażnić – nadałam mu sens.

Jesteś dziś jakaś pogodniejsza – zauważył któregoś wieczoru, zdejmując marynarkę.

– Po prostu mam dobry dzień – odpowiedziałam, choć w środku aż kipiałam.

Nie chciałam niczego zepsuć pytaniami. Bałam się, że jedno nieostrożne słowo rozsypie delikatną konstrukcję, którą budowałam. Zamiast tego chłonęłam drobiazgi. To, że kupił moje ulubione pieczywo. To, że zapytał, o której wrócę. Dla kogoś z zewnątrz byłyby to nic nieznaczące gesty, ale ja traktowałam je jak znaki.

Z Dominiką widywałyśmy się jak zwykle. Kawy, krótkie spacery, rozmowy o pracy i codziennych sprawach. To jej pierwszej powiedziałam o zegarku, chociaż nawet wtedy użyłam trybu przypuszczającego.

– Chyba Jakub coś dla mnie szykuje – rzuciłam niby mimochodem, mieszając łyżeczką w filiżance.

Podniosła na mnie wzrok z lekkim opóźnieniem.

– Tak myślisz? – zapytała, uśmiechając się, ale w jej oczach pojawił się cień, którego wtedy nie potrafiłam nazwać.

– Znalazłam coś w jego szafie. Taki… ładny drobiazg.

– Karolina, nie nastawiaj się za bardzo – powiedziała szybko. – Wiesz, jacy oni są.

Zaśmiałam się, chociaż jej ton wydał mi się dziwnie napięty. Zrzuciłam to na zmęczenie. Dominika zawsze była pragmatyczna, stąpała twardo po ziemi. Ja w tamtym momencie nie chciałam być taka jak ona. Chciałam wierzyć.

Wieczorami porównywałam się z innymi kobietami. Z tymi, które dostawały kwiaty bez okazji, które mówiły o wspólnych planach. Zastanawiałam się, czy ja też kiedyś taka byłam, czy tylko sobie to wmawiałam. Zegarek stał się symbolem – nie przedmiotu, lecz uwagi, której tak bardzo mi brakowało. Każdy dzień przybliżał walentynki, a wraz z nimi rosła we mnie nadzieja, choć podszyta strachem. Wiedziałam, że jeśli tym razem się zawiodę, nie będę już potrafiła tego zlekceważyć.

Tylko się rozczarowałam

Obudziłam się tego dnia jeszcze przed budzikiem. Przez chwilę leżałam nieruchomo, wsłuchując się w oddech Jakuba. Spał głęboko, odwrócony do mnie plecami. Przez głowę przemknęła mi myśl, że może udaje, że śpi, ale szybko ją odsunęłam. Wstałam cicho i zaczęłam krzątać się po kuchni, jakbym sama swoją aktywnością mogła przywołać coś wyjątkowego.

Dziś czternasty – powiedziałam, gdy w końcu usiadł przy stole z kubkiem kawy.

– Mhm – mruknął, przewijając coś na telefonie.

Czekałam. Na uśmiech, na słowo, na jakikolwiek znak, że ta data coś dla niego znaczy. Zamiast tego zerknął na zegarek, westchnął i wstał.

Będę dziś późno. Mamy spięcie w projekcie.

– Dobrze – odpowiedziałam za szybko. – Zrobię kolację.

Nie musisz na mnie czekać – rzucił już w drzwiach.

Zamknęły się za nim, a ja przez dłuższą chwilę stałam w kuchni, trzymając w dłoni nóż, którego nawet nie używałam. Powtarzałam sobie, że to tylko poranek. Że jeszcze jest wieczór. Że przecież zegarek czeka.

Dzień dłużył się niemiłosiernie. W pracy nie mogłam się skupić, co chwilę zerkałam na telefon. Cisza. Żadnej wiadomości. W pewnym momencie poczułam wstyd. Taki cichy, lepki. Wstyd, że znów na coś liczę. Znów dałam się ponieść nadziei, której nikt nie obiecywał.

Wieczorem zapaliłam lampkę nad stołem i postawiłam talerz, chociaż wiedziałam, że prawdopodobnie zjem sama. Gdy Jakub w końcu wrócił, był zmęczony, rozdrażniony, jakby cały świat stał mu na drodze.

– Jesteś głodny? – zapytałam.

– Nie. Może później.

Usiadł na kanapie, włączył komputer. Żadnego „przepraszam”. Żadnego „pamiętam”. Usiadłam naprzeciwko, splatając dłonie na kolanach.

Dziś są walentynki – powiedziałam w końcu cicho.

Spojrzał na mnie z zaskoczeniem, jakby przypomniała mu o czymś mało istotnym.

– A, racja… – rzucił. – Przepraszam, zupełnie mi wyleciało z głowy.

Uśmiechnęłam się, choć poczułam, jak coś we mnie gaśnie. Wmawiałam sobie, że to jeszcze nie koniec dnia. W głębi wiedziałam jednak, że nic się już nie wydarzy. Mimo wciąż trzymałam się tej jednej myśli o prezencie jak ostatniej deski ratunku. Dzień skończył się bez niespodzianek.

Zobaczyłam go na jej ręce

Spotkanie było zaplanowane od dawna. Kolacja u Dominiki i Tomasza, taka zwyczajna, bez okazji. Paradoksalnie właśnie to wydało mi się bezpieczne – skoro walentynki u nas przeszły bez echa, nie chciałam siedzieć sama z ciszą. Jakub zgodził się bez wahania, jakby to było kolejne zadanie do odhaczenia.

Dominika otworzyła drzwi z tym swoim szerokim uśmiechem, który znałam na pamięć. Przytuliła mnie mocno, może nawet trochę za mocno, ale nie zwróciłam na to uwagi. Dopiero później zrozumiałam, jak bardzo chciałam niczego nie widzieć.

Usiedliśmy przy stole. Tomasz opowiadał coś o pracy, Jakub odpowiadał półsłówkami, ja kiwałam głową. Nagle to zobaczyłam. Zegarek. Na nadgarstku Dominiki. Ten sam pasek. Ta sama jasna tarcza. Ten sam gest, którym poprawiała rękaw swetra, jakby zupełnie nieświadoma, że w tej sekundzie mój świat właśnie się zatrzymał. Patrzyłam, nie mrugając, próbując wmówić sobie, że to podobny model. Że takich są setki. Że przesadzam.

– Karolina, wszystko w porządku? – zapytała Dominika, zauważając mój wzrok.

– Tak… tylko… ładny zegarek – wydusiłam.

Na moment zapadła cisza. Krótka, ledwie zauważalna, ale dla mnie rozciągnęła się w nieskończoność. Dominika spojrzała na Jakuba. On uniósł głowę znad talerza, jakby dopiero teraz zorientował się, o czym mówimy.

To prezent – powiedziała szybko. – Od… Jakuba.

Poczułam, jak robi mi się zimno. Jakby ktoś otworzył okno w środku mnie.

Od mojego Jakuba? – zapytałam spokojnie, aż sama się sobie dziwiłam.

Tomasz zmarszczył brwi, wyraźnie zdezorientowany. Jakub chrząknął.

To nic takiego – rzucił. – Pomagała mi w jednej sprawie w pracy, chciałem się odwdzięczyć.

Słowa układały się w logiczną całość z przerażającą łatwością. Ukryty zegarek. Jej napięcie. Jego obojętność. Nagle wszystko stało się jasne, aż bolało. Nie było tu miejsca na przypadek. Nie wstałam od stołu. Siedziałam tylko i patrzyłam na nich dwoje, jakby byli kimś zupełnie obcym. Najbardziej zabolało nie to, że Jakub zapomniał o walentynkach. Tylko to, że pamiętał o niej. Wieczór potoczył się dalej, jakby nic się nie stało. Rozmowy, uprzejmości, pożegnania. A ja już wiedziałam, że coś we mnie właśnie się skończyło. Tej wiedzy nie da się cofnąć.

Zrozumiałam wszystko

Wracaliśmy w ciszy. Jakub prowadził, patrząc prosto przed siebie, jakby droga była jedyną rzeczą, która naprawdę go interesowała. Ja siedziałam obok, z dłoniami splecionymi na kolanach, próbując poukładać myśli, które rozchodziły się we mnie na wszystkie strony. Nie zapytałam o zegarek. On nie wrócił do tematu. Ta cisza była gęsta, cięższa niż jakakolwiek kłótnia.

W domu Jakub od razu zniknął w łazience, a potem usiadł z komputerem, jakby ten wieczór niczym nie różnił się od setek innych. Stałam w kuchni i patrzyłam na odbicie w ciemnym oknie. Wyglądałam normalnie. Wcale nie jak ktoś, komu właśnie rozsypał się cały świat.

Zrozumiałam wtedy coś, czego wcześniej nie chciałam dopuścić do siebie. To nie był jeden gest, jeden zegarek, jedno zapomniane święto. To była cała seria wyborów, drobnych decyzji, w których mnie nie było. Najbardziej bolało to, że Dominika wiedziała. Wiedziała, jak bardzo potrzebuję znaków, jak bardzo trzymam się resztek bliskości. A mimo to patrzyła mi w oczy i pozwalała, żebym budowała nadzieję na kłamstwie.

Nie spałam tej nocy. Leżałam obok Jakuba, słuchając jego spokojnego oddechu, i po raz pierwszy od lat nie czułam potrzeby, żeby się do niego przytulić. Zamiast tego pojawił się dystans. Chłodny, ale wyraźny. Jakby coś we mnie wreszcie się ochroniło. Nie było dramatycznej rozmowy ani trzaskania drzwiami. Była tylko pewność. Już nie patrzę na nich tak samo. Zaufanie, raz zniszczone, nie wraca już nigdy do pierwotnego kształtu. Ten zegarek nie odmierzał czasu do walentynek, tylko do końca złudzeń.

Karolina, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama