Reklama

Wszyscy zazdroszczą mi cery, pytają o dietę i chwalą, że czas się dla mnie zatrzymał. Nikt jednak nie widzi drżących rąk, gdy wpisuję PIN do terminala w drogerii, ani panicznego strachu, który budzi mnie w środku nocy.

Zobaczyłam zmarszczkę

To był zwykły wtorek. Stałam przed lustrem w łazience, nakładając podkład, kiedy światło padło pod specyficznym kątem na moją twarz. Zobaczyłam długą, pionową linię między brwiami. Lwią zmarszczkę, której jeszcze wczoraj tam nie było.

Przecież dbałam o siebie. Piłam wodę, unikałam słońca, a jednak czas upomniał się o swoje. Wtedy do łazienki wszedł Robert, mój mąż, starszy ode mnie o trzy lata, który w przeciwieństwie do mnie, starzał się jak najlepsze wino. Siwizna na skroniach tylko dodawała mu powagi, a drobne linie wokół oczu sprawiały, że wydawał się bardziej interesujący.

– Kochanie, widziałaś moje kluczyki? – zapytał.

Nie patrzył na mnie. Czy dlatego, że się spieszył? Czy może dlatego, że moja twarz przestała być dla niego czymś, na czym warto zawiesić wzrok? W mojej głowie narodziła się myśl, która z czasem urosła do rozmiarów potwora: staję się niewidzialna.

– Są na komodzie w przedpokoju – odpowiedziałam.

Wystraszyłam się

Gdy wyszedł, przysunęłam twarz niemal do samej tafli lustra. Zaczęłam analizować każdy milimetr skóry. Pory, przebarwienia, utratę jędrności. Wpadłam w panikę. Robert pracował w dużej korporacji, otoczony stażystkami i młodymi asystentkami, które nie wiedziały jeszcze, co to krem przeciwzmarszczkowy. Musiałam działać. Musiałam zatrzymać czas za wszelką cenę.

Tego samego dnia po pracy poszłam do ekskluzywnej drogerii. Kupiłam krem i serum za czterysta złotych. Kiedy ekspedientka pakowała kosmetyki w piękny, szeleszczący papier, czułam euforię, jakbym kupowała sobie polisę na szczęście.

Początkowo udawało mi się to kontrolować. Jeden drogi słoiczek na dwa miesiące, lepszy podkład raz na pół roku. Ale zaczęłam zauważać, że Robert coraz częściej wspomina o nowej koleżance z działu. Opowiadał o jej pomysłach, o jej energii. Nigdy nie mówił o jej wyglądzie, ale moja wyobraźnia dopowiadała resztę. Widziałam ją w myślach: gładka skóra, błyszczące włosy, zero cieni pod oczami.

Bałam się zdrady

Zaczęłam czytać o składnikach aktywnych, zabiegach i nowinkach kosmetycznych. Moja łazienkowa półka zaczęła się zapełniać. Retinol, witamina C, peptydy miedziowe, kwasy, ceramidy. Każdy produkt obiecywał cud. Każdy był niezbędny.

– Co to za nowe pudełka? – zapytał pewnego wieczoru Robert, przesuwając stertę moich kosmetyków.

– A, to próbki, które dostałam od koleżanki – skłamałam gładko.

– Całkiem sporo tych próbek – zaśmiał się, nieświadomy, że patrzy właśnie na równowartość tygodniowych zakupów spożywczych dla całej rodziny.

Zrezygnowałam z kupowania książek, wyjść do kina z przyjaciółkami, a nawet zaczęłam oszczędzać na jedzeniu, wybierając tańsze zamienniki produktów do domu, byle tylko mieć pieniądze na kolejny „cudowny” eliksir. Moja pensja asystentki biurowej nie była zła, ale w zderzeniu z cenami luksusowych marek kosmetycznych topniała błyskawicznie.

Wydawałam fortunę

Problem polegał na tym, że efekty nigdy mnie nie zadowalały. Kiedy jedna zmarszczka stawała się nieco płytsza, natychmiast zauważałam inną. To było błędne koło. Lustro stało się moim wrogiem i najlepszym przyjacielem jednocześnie. Spędzałam przed nim godziny, wklepując kolejne warstwy specyfików i modląc się, by rano obudzić się jako ta dziewczyna, w której Robert zakochał się dwadzieścia lat temu. Najgorsze przyszło miesiąc później. Robert zapowiedział, że mamy zaproszenie na bankiet firmowy.

– Będzie zarząd, partnerzy biznesowi, no i cały mój zespół – powiedział. – Chcę, żebyś poszła ze mną.

W moich uszach brzmiało to jak wyrok. „Cały zespół” oznaczało również tę mityczną, młodą kobietę z marketingu, której imienia nawet nie znałam, a którą zdążyłam już znienawidzić. Wpadłam w szał przygotowań.

Na dwa tygodnie przed bankietem umówiłam się na serię drogich zabiegów kosmetycznych. Mikrodermabrazja, mezoterapia, maski. Wydałam na to wszystko prawie trzy tysiące złotych. Żeby pokryć te wydatki, wzięłam chwilówkę, wmawiając sobie, że spłacę ją z premii świątecznej.

Wyglądałam kwitnąco

W dniu bankietu wyglądałam świetnie. Moja cera była promienna, makijaż perfekcyjny, ale w środku czułam się jak oszustka. Każdy komplement, który słyszałam tego wieczoru, traktowałam jak kłamstwo albo litość.

– Wyglądasz kwitnąco! – powiedziała żona szefa Roberta.

– Dziękuję – odpowiedziałam z uśmiechem. W głowie przeliczałam: podkład 300 złotych, puder 250, zabieg 800.

Wtedy zobaczyłam Roberta rozmawiającego z jakąś kobietą. Była młoda, miała na sobie prostą sukienkę i niemal zero makijażu. Podeszłam do nich.

– Poznaj Anię – przedstawił nas Robert. – To właśnie ta genialna dziewczyna od nowej kampanii.

– Miło mi – wycedziłam, podając jej rękę.

Ania uśmiechnęła się szeroko. Z bliska zobaczyłam, że ma cienie pod oczami i nieco przesuszoną skórę na czole. Nie była idealna. Była po prostu młoda i naturalna, i to bolało najbardziej. Ona nie musiała wydawać fortuny, żeby czuć się swobodnie. Ja stałam tam, w pancerzu z najdroższych kosmetyków, i czułam się jak stara, popękana waza, którą ktoś próbował skleić złotym klejem.

Byliśmy spłukani

Robert patrzył na nią z uznaniem, ale to był wzrok zawodowy. Nie było w nim pożądania, jednak moja paranoja była już tak silna, że nie potrafiłam tego dostrzec. Widziałam tylko zagrożenie.

Miesiąc po bankiecie sytuacja wymknęła się spod kontroli. Przyszło rozliczenie za energię – dopłata, o której zapomniałam. Kiedy zalogowałam się na konto, zobaczyłam debet. Karta kredytowa była wyczyszczona do zera. Wszystko poszło na nową serię luksusowych ampułek z wyciągiem z kawioru. Czułam, jak lodowaty strach ściska mnie za gardło. Robert zawsze zajmował się większymi opłatami, ale czynsz i media były na mojej głowie. Nie miałam z czego zapłacić. Musiałam pożyczyć pieniądze od siostry.

– Znowu? – zapytała Marta przez telefon. – Przecież pożyczałaś dwa miesiące temu. Co się dzieje? Masz jakieś kłopoty?

– Nie, skąd! – zaprzeczyłam gorączkowo. – Po prostu… mieliśmy niespodziewane wydatki z samochodem, a Robertowi opóźniają wypłatę premii. Oddam ci zaraz po pierwszym.

Wszystkich oszukiwałam

Czułam się brudna, ale jeszcze gorsze było to, że tego samego dnia, gdy Marta przelała mi pieniądze na czynsz, weszłam do drogerii tylko popatrzeć i wyszłam z nowym kremem pod oczy za dwieście złotych. „Zasłużyłam na to, mam tyle stresu” – tłumaczyłam sobie w myślach.

Wieczorami, gdy Robert zasypiał, szłam do łazienki i odbywałam swój rytuał. Oczyszczanie dwuetapowe, tonizacja, esencja, serum nr 1, serum nr 2, krem, olejek. Patrzyłam w lustro i szukałam potwierdzenia, że te tysiące złotych są widoczne na mojej twarzy. Czasami wydawało mi się, że skóra jest napięta, promienna, ale wystarczył jeden gorszy dzień, bym znów widziała starzejącą się kobietę, która desperacko próbuje utrzymać przy sobie męża. Robert zaczął zauważać, że jestem nieobecna.

– Czy my mamy jakiś problem? – zapytał pewnej niedzieli przy śniadaniu.

– O co ci chodzi?

– Jesteś jakaś inna. Spięta. Ciągle znikasz w łazience, unikasz bliskości. Czy ty kogoś masz?

Podejrzewał mnie

To pytanie mną wstrząsnęło.

– Że co?! Oszalałeś? Robię to wszystko dla ciebie! – wykrzyczałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.

– Co robisz dla mnie? Unikanie mnie to robienie czegoś dla mnie? – Robert był szczerze skołowany.

– Nie rozumiesz… – szepnęłam, chowając twarz w dłoniach.

Nie mogłam mu powiedzieć. Wstydziłam się swojej próżności, swojej niegospodarności i tego, jak bardzo byłam niepewna jego uczuć.

– Jeśli chodzi o pieniądze… Znalazłem wezwanie do zapłaty za prąd w skrzynce. Dlaczego mi nie powiedziałaś, że nie zapłaciłaś? Przecież zarabiasz, co się dzieje z twoją pensją?

Milczałam. Co miałam powiedzieć? Że moja pensja stoi na półce w łazience w postaci pięćdziesięciu różnych buteleczek? Punkt kulminacyjny nastąpił tydzień później. Wybieraliśmy się na weekend do spa – prezent od męża na naszą rocznicę. Powinnam się cieszyć, ale byłam przerażona. Spa oznaczało brak makijażu. Oznaczało basen, saunę, gdzie wszystko spłynie. Oznaczało, że Robert zobaczy mnie bez tych wszystkich warstw korektora, rozświetlacza i pudru, którymi maskowałam swoje niedoskonałości.

Byłam przerażona

W pokoju hotelowym, kiedy szykowaliśmy się do wyjścia na kolację, Robert usiadł na łóżku i westchnął ciężko.

– Nie mogę tak dłużej.

– Ale jak? – zapytałam, nakładając kolejną warstwę tuszu.

– Tak. Z tobą, ale jakby bez ciebie. Jesteś obok, ale twoje myśli są gdzieś indziej. Ciągle się przeglądasz w lustrze, ciągle coś poprawiasz.

– Chcę ci się podobać – powiedziałam cicho. – Boję się, że znajdziesz sobie kogoś młodszego. Kogoś, kto nie ma zmarszczek i obwisłej skóry.

Robert wstał i podszedł do mnie. Złapał mnie za ramiona i odwrócił w stronę wielkiego lustra.

– Spójrz na siebie – powiedział stanowczo. – Widzisz te zmarszczki wokół oczu?

– Tak – jęknęłam, próbując odwrócić wzrok. – Są okropne.

– Są piękne – przerwał mi. – To są ślady po naszych wspólnych śmiechach. Po wakacjach w Chorwacji, po tym, jak oglądaliśmy komedie do trzeciej rano. A ta kreska na czole? To pamiątka po tym, jak martwiłaś się o mnie, gdy miałem wypadek. To jest nasza historia.

Wyznałam mu prawdę

– Ale te dziewczyny w twojej pracy… Ania… – łzy zaczęły spływać mi po policzkach, rujnując godzinę pracy nad makijażem.

– Ania? Ania jest świetną pracownicą, ale ma dwadzieścia cztery lata. O czym ja mam z nią rozmawiać? O TikToku? Ja kocham ciebie, dojrzałą, mądrą, piękną kobietę, z którą przeżyłem dwadzieścia lat, ale nie mogę znieść tego, że ty samej siebie nie akceptujesz. Ta obsesja zabiera mi żonę i nasze pieniądze też, bo nie jestem ślepy. Widziałem ceny tych słoiczków.

Wtedy opowiedziałam mu wszystko. O debecie, o pożyczce od Marty, o strachu, który paraliżował mnie każdego ranka, o tym, jak bardzo czułam się gorsza od tych wszystkich wyretuszowanych twarzy, które widziałam w internecie i na ulicy. Płakałam tak bardzo, że zmyłam z siebie wszystko – podkład, tusz, cienie. Została tylko czerwona, opuchnięta twarz pięćdziesięciolatki. Robert nie uciekł. Przytulił mnie.

– Zostaw te kosmetyki – powiedział w końcu. – Nie wyrzucaj, ale przestań kupować nowe. Spłacimy długi, ale musisz mi obiecać, że pójdziesz porozmawiać z kimś o tym, dlaczego twoja wartość zależy od gładkości czoła.

Stanęłam na nogi

Następnego dnia rano wstałam i nałożyłam tylko krem nawilżający. Czułam się naga, brzydka. Miałam ochotę nałożyć pełny makijaż, ukryć się za maską, ale nie zrobiłam tego. Wzięłam głęboki oddech i wyszłam.

W pracy nikt nie uciekł na mój widok z krzykiem. Koleżanka z biurka obok zapytała tylko, czy jestem zmęczona, na co odpowiedziałam zgodnie z prawdą: „Trochę tak”. I świat się nie zawalił. Moja karta kredytowa jest przecięta na pół. Robert przejął kontrolę nad naszym budżetem domowym, dopóki nie wyjdziemy na prostą. Mam wyznaczony „kieszonkowe” na kosmetyki, którego nie mogę przekroczyć. To upokarzające dla dorosłej kobiety, ale wiem, że konieczne.

Żaden krem, nawet za tysiąc złotych, nie uratuje małżeństwa, jeśli fundamenty są kruche. A wartości nie mierzy się w mililitrach kwasu hialuronowego. Wciąż boję się starości, wciąż z zazdrością patrzę na gładkie buzie dwudziestolatek, ale teraz wiem, że mój mąż nie szuka nowej wersji mnie. Chce po prostu odzyskać tę, którą poślubił – nawet jeśli jest trochę bardziej pognieciona przez życie.

Ewa, 51 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama