„Zmieniałam mężów jak rękawiczki, bo każdy mnie uwierał. Nie sądziłam, że prawdziwą miłość znajdę na stare lata”
„Po rozwodzie przysięgłam sobie, że już nigdy nie zaufam mężczyźnie. Niestety, złamałam dane sobie słowo – drugi mąż okazał się jeszcze gorszy. Tam, gdzie miała być bliskość, pojawiła się samotność. Tam, gdzie miał być dom, zostały puste ściany. Trzeci... szkoda gadać. Po tylu latach rozczarowań straciłam nadzieję”.

- Redakcja
W moim życiu związkowym nic nie układało się tak, jak powinno. Wyszłam za mąż młodo, z miłości, ale ta miłość szybko zmieniła się w obowiązek i łzy. Po rozwodzie przysięgłam sobie, że już nigdy nie zaufam mężczyźnie. Niestety, złamałam dane sobie słowo – drugi mąż okazał się jeszcze gorszy. Tam, gdzie miała być bliskość, pojawiła się samotność. Tam, gdzie miał być dom, zostały puste ściany. Trzeci... szkoda gadać. Po tylu latach rozczarowań straciłam nadzieję, że jeszcze kiedyś poczuję coś więcej niż żal. Aż pewnego dnia zupełnie niespodziewanie spotkałam jego…
Każde z nas zasługuje na coś lepszego
Z Jerzym wszystko było na niby – niby mnie kochał, niby był obecny, niby się starał. Na początku mówił, że jestem kobietą jego życia. Po roku przestał mówić cokolwiek. Wracał późno, coraz częściej z wzrokiem wbitym gdzieś ponad moją głową. Z czasem nawet weekendy spędzał poza domem. Twierdził, że „facet też musi mieć swoje życie”. Ja najwyraźniej przestałam być jego częścią. Pewnego dnia wrócił z bukietem tulipanów i spojrzeniem skruszonego chłopca.
– Przepraszam, Mariola – powiedział cicho, zerkając na mnie spod oka.
– Za co? – uniosłam brew.
– Za wszystko. Za to, że cię nie słuchałem, za to, że… – urwał, po czym sięgnął po walizkę i ruszył w stronę drzwi.
– Co ty robisz?
– Odchodzę. Zrozumiałem, że nie zasługujesz na takie życie. I ja też nie chcę tak żyć. Każde z nas zasługuje na coś lepszego – rzucił beznamiętnie, jakby mówił o rachunku za prąd.
Nie płakałam. Z ulgą usiadłam na kanapie i wpatrywałam się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał. Cisza była najpiękniejszym prezentem, jaki mi zostawił.
A ja zaczęłam się śmiać
Po rozstaniu z Jerzym obiecałam sobie przerwę od mężczyzn. Ale potem pojawił się Wojtek. Uprzejmy, dojrzały, mówił, że wie, czego chce od życia. Miał córkę z pierwszego małżeństwa i bagaż większy niż moja cała szafa, ale sądziłam, że z wiekiem ludzie się uczą. Że wiedzą, jak nie ranić się nawzajem. Pomyliłam się. Na początku było miło. Przynosił mi kawę do łóżka, głaskał po włosach, gotował zupy. A potem… przestał. Zupy zniknęły, dotyk zgasł i coraz częściej nie miał dla mnie czasu.
– Przesadzasz. Mam stresy w pracy – mówił, uciekając wzrokiem.
Pewnego dnia zobaczyłam go w parku. Z inną kobietą. Przytulali się, trzymali się za ręce. Wojtek wyprowadził się po dwóch dniach. Zostawił po sobie skarpetki i niesmak. A ja zaczęłam się śmiać – gorzko, ale szczerze. Czy ja naprawdę miałam jeszcze jakieś oczekiwania?
Niedziela. Rosół się gotował, mięso pachniało, a ja czekałam, aż Adam wróci z pracy. Tak to przynajmniej tłumaczył – że w niedziele też musi, że kierownik wymaga. Czasem się spóźniał, czasem wracał z kwiatkiem. Dziś nie przyszedł wcale. Dzwoniłam. Raz, drugi, siódmy. Odbierała poczta. Już wtedy coś przeczuwałam. Któregoś dnia znalazłam w komodzie, w jego szufladzie schowaną między skarpetami damską bransoletkę. Wierzyłam, że to prezent dla mnie. Ale wkrótce zniknęła razem z moimi złudzeniami. Taką samą zobaczyłam wkrótce na ręce naszej wspólnej znajomej.
– Mariola, to nie tak, jak myślisz – mówił.
Ale ja już nie chciałam słuchać. Przez dwa dni dzwonił, błagał, tłumaczył. Że ona była tylko pomyłką, że chce wrócić. Że był głupi. Miał rację. Był. A ja już nie chciałam głupców. Potrzebowałam świętego spokoju. I wtedy zaczęłam naprawdę lubić własną samotność. Przynajmniej nie kłamała, nie pachniała tanimi perfumami i nie wracała w środku nocy, bełkocząc, że mnie kocha.
Pomyślałam: a co mi tam
Któregoś dnia naszła mnie myśl, by odnowić mieszkanie. By pozbyć się nie tylko tych odrapanych ścian, ale wraz z nimi też starych wspomnień. Postanowiłam je przemalować. Nie dla kogoś. Dla siebie. W markecie budowlanym stanęłam jak dziecko przed regałem z farbami. Zupełnie nie wiedziałam, co wybrać.
– Dzień dobry, może w czymś pomóc? – usłyszałam za plecami.
Odwróciłam się i zobaczyłam starszego mężczyznę w roboczym ubraniu. Uśmiechnął się.
– Potrzebuję czegoś, co zamaluje mój smutek – zażartowałam.
– Chyba ta nada się w takim razie idealnie – odparł.
Zaczęliśmy rozmawiać. Mówił, że pomaga znajomym w remontach, że to go uspokaja. Ja powiedziałam, że próbuję coś zmienić, choćby kolor ścian. I tak, od słowa do słowa, podał mi numer telefonu.
– Jakby pani potrzebowała malarza– rzucił z uśmiechem.
Nie zadzwoniłam. Przez tydzień numer leżał na stole. Aż któregoś dnia pomyślałam: a co mi tam. Potrzebowałam fachowca, a i tak nie miałam nikogo z polecenia. Zadzwoniłam.
Może nie wszystko jeszcze stracone
Przyszedł z wałkiem, wiadrem farby i uśmiechem, który sprawiał, że dzień stawał się lepszy. Miał na imię Marek, był starszy ode mnie o pięć lat, rozwiedziony, z dwójką dorosłych już dzieci. Zachowywał się naturalnie, nie zgrywał nikogo i może właśnie dlatego od razu poczułam się przy nim…swobodnie. Zaczęło się od malowania salonu. Potem wziął się za przedpokój i kuchnię. Nawet nie zorientowałam się, kiedy cały remont dobiegł końca.
Myślałam, że w tym momencie nasze drogi się rozejdą. Ale on ostatniego dnia zaprosił mnie na kawę. I od tamtej pory nasza znajomość zaczęła nabierać rumieńców. Spotykaliśmy się coraz częściej. Nie mówił o uczuciach, nie przysięgał niczego. Po prostu był. Po kilku miesiącach znajomości, pewnego wieczoru zapytał niespodziewanie:
– Mariola, co byś powiedziała na wspólne śniadania?
…poczułam, że znowu robię miejsce w sercu. Że może nie wszystko jeszcze stracone. Że może da się zbudować coś prawdziwego, nawet jeśli wcześniej wszystko się zawaliło.
Dziś wiem, że było warto zaryzykować
Nie było fajerwerków. Nikt nie klękał z pierścionkiem w dłoni, nie grała żadna romantyczna piosenka. Zamiast tego siedzieliśmy w jego kuchni, jedliśmy jajka sadzone z koperkiem i chleb z masłem. I patrzyliśmy na siebie, jakbyśmy oboje dopiero teraz nauczyli się, jak wygląda cisza bez napięcia. Spokój bez obawy. Bliskość bez lęku, że zaraz wszystko zniknie. Nie opowiadałam Markowi o Jerzym, Wojtku ani Adamie. Wiedział tylko tyle, ile powinien. Że miałam trudne małżeństwa, że jestem ostrożna. A on nigdy nie naciskał. Po prostu był.
Z każdym dniem po trochu przywracał mi wiarę w normalność. Czasem nadal bałam się, że coś się popsuje. Że znów zostanę sama, że znowu się pomylę. Ale wtedy on łapał mnie za rękę, mocno i spokojnie, jakby chciał powiedzieć: Nie musisz już walczyć sama. Kiedyś myślałam, że miłość musi być burzliwa. Teraz wiem, że prawdziwa miłość to ta, przy której człowiek może odpocząć. I nawet jeśli to wszystko się skończy – dziś wiem, że było warto zaryzykować jeszcze raz.
Mariola, 54 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mam 50 lat i zdecydowałam, by rozwieść się z mężem. Życie na mnie nie poczeka, a ja chcę wreszcie robić coś dla siebie”
- „Poszłam na bal parafialny, bo doskwierała mi samotność. Życie po 60. to najlepszy czas, żeby zacząć wszystko od nowa”
- „Myślałem, że na emeryturze czeka mnie spokojne życie u boku żony. Nie sądziłem, że na stare lata wywinie mi taki numer”

