Reklama

Zostałam wyrzucona z pędzącego pociągu życia, które od lat toczyło się według tabelek, deadline’ów i spotkań, których nikt nie słuchał. Zwolnili mnie po siedmiu latach pracy w korporacji, w której wartość człowieka mierzyło się w KPI-ach i godzinach nadliczbowych.

Zwolnili mnie

Przyszłam jak zawsze o 8, wypiłam pierwszą kawę, a potem dostałam maila z działu HR: „Spotkanie w sali 3.4”. Weszłam. Dwójka ludzi, których znałam z korytarza, patrzyła na mnie jak na przeziębienie – trochę współczująco, trochę z ulgą, że to nie ich dotyczy.

– Z przykrością informujemy… restrukturyzacja… redukcja etatów…

Tyle zapamiętałam. Wyszłam z pustką w głowie i zawrotem w żołądku, a dwa dni później stałam przed lustrem z mokrymi włosami, próbując wmówić sobie, że mam po co iść na to spotkanie o nową pracę. Termometr na balkonie pokazywał -8 stopni. Śnieg skrzypiał pod butami, a ja prawie płakałam, próbując odkręcić termos z kawą.

Wsiadłam do auta z uczuciem, że moje życie ma teraz tylko jedno przeznaczenie: jechać dokądkolwiek, byle nie zostać w miejscu, gdzie nie ma już nic. Zgrzyt zmrożonych wycieraczek, śliska droga, korek jak zwykle, klaksony, ludzie z zaciśniętymi szczękami w swoich pudełkach na kołach. Patrzyłam na nich i myślałam: kto z was też jedzie, choć nie ma już po co?

Uderzyłam w niego

Kiedy samochód wpadł w poślizg, nie miałam czasu na reakcję. Wszystko wydarzyło się zbyt szybko. Hamulec nie pomógł. Poczułam tylko szarpnięcie. Kiedy się zatrzymałam, najpierw długo nie mogłam złapać oddechu. Silnik nadal warczał, ale w środku panowała cisza. Śnieg padał coraz gęściej, z wolna przykrywając maskę mojego auta. Przednia szyba była zaparowana, ręce drżały mi na kierownicy.

Dopiero po chwili zauważyłam, że uderzyłam w samochód przede mną. Miał wgniecenie w zderzaku. Zjechaliśmy oboje na pobocze. Wysiadłam niepewnie, na nogach jak z waty. Z samochodu przede mną wyskoczył mężczyzna – szczupły, w eleganckim płaszczu, z wyrazem twarzy, który nie pozostawiał wątpliwości. Był wściekły.

– Nie widzi pani, co robi?! Co za…

Podniosłam rękę i spojrzałam na niego. Chciałam coś powiedzieć, ale zabrakło mi siły, żeby się tłumaczyć. Wzięłam głęboki wdech i tylko wyszeptałam:

– Wczoraj mnie zwolnili.

Miałam dość

Zamilkł. Złość jakby od razu zniknęła z jego twarzy. Zrobił krok do tyłu, spojrzał na mój samochód, potem znowu na mnie.

– Nic pani nie jest?

– Ucierpiała tylko duma i trochę zderzak.

Skinął głową. Pochylił się nad uszkodzeniem, po czym spojrzał na mnie jeszcze raz.

– Wzywamy policję?

– Może… zróbmy to po ludzku?

Zgodził się bez słowa. Przez chwilę staliśmy w milczeniu, patrząc na samochody i padający śnieg. Zaproponowałam mu kawę z termosu. Wziął kubek, podziękował i upił łyk. Nie powiedzieliśmy nic więcej. Stałam przy obcym człowieku, z którym właśnie się zderzyłam, i pierwszy raz od dawna nie czułam się sama.

Laweta miała przyjechać za trzydzieści minut, ale minęła godzina, potem druga, a my nadal staliśmy obok siebie przy zasypanych autach. Nie rozmawialiśmy dużo. Powiedział, że prowadzi warsztat z ojcem. Ja opowiedziałam o pracy, której już nie było i o tym, że ostatnio zaczęłam budzić się codziennie z uczuciem, jakby ktoś siedział mi na klatce piersiowej.

Zaskoczył mnie

Dwa dni później telefon zawibrował w kieszeni. Wiadomość od niego: „Zderzak już wstawiony, ale kawa została mi w głowie. Może kiedyś to powtórzymy? Nie musi być przy stłuczce”. Wpatrywałam się w te słowa dłużej, niż wypadało. Czułam, jak coś we mnie zaczyna topnieć. Niby drobiazg, a jednak… coś drgnęło.

Miałam ochotę odpisać od razu, ale palce zawahały się nad ekranem. Wciąż nie wiedziałam, czy jestem gotowa i co to właściwie znaczy: być gotową? Napisałam krótkie „Możemy spróbować” i wysłałam, zanim zdążyłam się rozmyślić.

Spotkaliśmy się kilka dni później. Warszawa wciąż wyglądała jak dekoracja – wszędzie lampki, choinki, skrzypiący śnieg. Zjawisko zupełnie mi obce. Kamil zaproponował kawiarnię w centrum. Wysłał pinezkę z lokalizacją i napisał tylko: „będę tam”. Był już w środku, przy stoliku pod oknem. Miał rozpięty płaszcz i szalik luźno przewieszony przez szyję. Usiadłam naprzeciwko niego.

– Nie wiedziałem, czy przyjdziesz – powiedział cicho.

– Ja też nie.

Coś się zmieniło

Milczeliśmy chwilę. Potem wyjął z kieszeni mały metalowy brelok w kształcie zderzaka. Żartobliwa miniaturka.

– Dla ciebie, na szczęście – powiedział. – Albo na przypomnienie.

– Czasem mam wrażenie, że musiałam w ciebie wjechać, żeby się zatrzymać – powiedziałam.

Spojrzał na mnie i uniósł kąciki ust.

– A ja, że musiałem oberwać w zderzak, żeby się obudzić.

Nie opowiadaliśmy o wszystkim. Nie było historii z traumami, rodzinnych dramatów czy planów na przyszłość. Chciałam tylko wiedzieć, czy będziemy chcieli spotkać się drugi raz. Gdy wychodziliśmy, zapytał:

– Odwieziesz mnie?

– Pewnie, ale ja prowadzę.

Pojechaliśmy nad Wisłę. Było późno, śnieg już nie padał, ale świat wciąż był biały, miękki, przytłumiony. Zatrzymałam się na pustym parkingu, wyłączyłam silnik. Kamil oparł się o zagłówek, spojrzał na mnie z boku.

– Myślałem, że będziesz prowadzić szybciej – powiedział cicho. – Jak ktoś, kto ucieka.

– Nie uciekam.

To był moment

Nie odpowiedział. Dotknął mnie delikatnie. Poczułam ciarki. Było coś dziwnie intymnego w tym dotyku – jakby znał mnie dłużej niż tych kilka godzin. Odwróciłam się do niego i zanim zdążył się ruszyć, nachyliłam się i pocałowałam go pierwsza. Trochę zachłannie. Jego ręce znalazły się na mojej twarzy, potem wplątały się w moje włosy.

Nie miało znaczenia, że się ledwo znamy. Czułam, że on rozumie mnie tak, jak nikt od dawna. Nie jak problem, który trzeba rozwiązać, nie jak historię do wysłuchania, tylko jak kobietę, która jeszcze nie zapomniała, czym jest pragnienie. Zatrzymaliśmy się tylko po to, żeby złapać oddech. On spojrzał na mnie, uśmiechnął się lekko.

– Nie przypuszczałem, że stłuczka może się tak skończyć.

– Ja też nie – szepnęłam. – Ale nie żałuję ani sekundy.

Kiedy odwiozłam go pod dom, powiedział:

– Jeśli kiedyś znów w coś uderzysz… dzwoń do mnie.

Uśmiechnęłam się i ruszyłam spod jego kamienicy.

Weronika, 33 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama