Reklama

Nigdy nie lubiłam zimy, ale od trzech dni nienawidziłam jej z całą siłą. Mróz szczypał policzki, śnieg zdążył się już przemienić w szary lód, a mój samochód stał pod blokiem nieruchomy, jakby razem ze mną miał dość tej pogody. Próbowałam go odpalić już trzeci poranek z rzędu. I trzeci raz nic. Rozładowany akumulator, prawdopodobnie. Chciałam być dzielna. Za pierwszym razem wzięłam głęboki wdech, za drugim – prawie się popłakałam, za trzecim… za trzecim po prostu siedziałam w środku i gapiłam się tępo w kierownicę.

– No dalej, rusz wreszcie – wyszeptałam, przekręcając kluczyk. I znowu tylko ciche „klik”. Jakby szydził ze mnie.

Mam na imię Maria. Mam trzydzieści dwa lata, pracuję zdalnie jako graficzka i mieszkam sama. Od pięciu lat – w tym samym bloku. Nikogo tu nie znam. Klatka schodowa pachnie kurzem i starą farbą olejną, mijam sąsiadów bez słowa. Nawet nie wiem, jak mają na imię. Może i dobrze – nie muszę się uśmiechać, nie muszę niczego udawać. Ale kiedy wracam do mieszkania, jest cicho. Czasem za cicho.

Znam ich tylko z widzenia. Staruszkę z białym pudlem z czwartego, chłopaka z dreadami, co wiecznie wnosi rower, kobietę w czerwonym płaszczu. I jego – Pawła. Mężczyznę z parteru. Wysoki, dobrze zbudowany, zawsze w ciemnej kurtce i z tym swoim obojętnym spojrzeniem. Nigdy się nie uśmiecha. Nigdy nie powiedział „dzień dobry”. Zawsze wydawał mi się chłodny, niedostępny. Może nawet lekko przerażający. Taki typ, którego unika się wzrokiem w windzie. Tego poranka miałam dość wszystkiego. Nie tylko samochodu. Siebie też. Samotności, ścian, ekranu komputera, ciszy. I wtedy usłyszałam kroki. A potem, pierwszy raz od kiedy się tu wprowadziłam, Paweł się odezwał.

Nie mogłam się skupić

– Nie odpala? – usłyszałam za sobą.

Odwróciłam się odruchowo. Paweł stał tuż obok, z rękami w kieszeniach, z tą samą kamienną twarzą, którą kojarzyłam z korytarza. Przytaknęłam tylko, nie mając siły na żadne uprzejmości.

– Trzeci dzień. Chyba akumulator już leży – powiedziałam bezbarwnie.

Kiwnął głową i podszedł bliżej, nie pytając o nic więcej.

– Mogę to naprawić.

Brzmiało to bardziej jak stwierdzenie niż propozycja. Patrzyłam ukradkiem na niego. Nie było w nim niecierpliwości, nie rzucał pustych komentarzy. Pracował w ciszy, a starałam się nie przeszkadzać.

– Spróbuj teraz – powiedział, nie patrząc na mnie.

Wsiadłam, przekręciłam kluczyk. Silnik zaskoczył od razu. Poczułam, jak napięcie w moim karku puszcza, ale nie odważyłam się na uśmiech.

– Dziękuję – rzuciłam cicho.

Wzruszył ramionami, zamknął maskę i już miał odchodzić, gdy dodał bez emocji:

– Mam jutro wolne. Jakby znowu nie ruszył, zapukaj w moje drzwi.

Patrzyłam, jak odchodzi. Prosto, pewnie, bez oglądania się za siebie. A ja zostałam z kluczykiem w ręku, z silnikiem, który nagle działał, i z czymś dziwnym w środku, czego nie potrafiłam nazwać. Przez resztę dnia nie mogłam się skupić. Na ekranie komputera świecił pusty projekt, deadline wisiał mi nad głową, a ja myślałam tylko o jednym słowie. "Zapukaj". Jakby to miało znaczyć coś więcej. Jakby w tym jednym słowie zawarta była zgoda na obecność. Nie znałam go. Nigdy nie rozmawialiśmy. A jednak powiedział to jakby wiedział, że nie mam nikogo, kto mógłby mnie wesprzeć.

Czułam się inaczej

Następnego dnia obiecałam sobie, że nie pójdę. Że nie będę się narzucać, robić z siebie ofiary ani szukać okazji do rozmowy z kimś, kto po prostu był uprzejmy. Ale kiedy znowu przekręciłam kluczyk i usłyszałam tylko cichy klik, coś we mnie się zapadło. Ten dźwięk był jak znak, jakby świat mówił mi: nie poradzisz sobie sama. Stałam chwilę przy samochodzie, patrząc na jego okno. Zawsze przyciemnione, zasłonięte żaluzje. Podjęłam decyzję, zanim zdążyłam się rozmyślić. Weszłam do klatki, przeszłam dwa kroki i zapukałam. Otworzył niemal od razu. Włosy miał zmierzwione, na sobie dres i T-shirt, ale nie wyglądał na zaskoczonego. Może czekał, może po prostu się spodziewał.

– Znowu nie ruszył – powiedziałam, od razu czując, że to brzmi jak wymówka.

– Zaraz się tym zajmę, tylko skończę pić herbatę. Masz ochotę? – powiedział spokojnie, odwrócił się i poszedł do kuchni.

Zostałam przez chwilę w progu, po czym weszłam. Pachniało świeżym chlebem i czymś, co przypominało mi dom mojej babci. Mieszkanie było schludne, proste. Na stole kubki, na parapecie szara kotka, która przeciągnęła się, spojrzała na mnie i ziewnęła.

– Zielona, czarna, mięta? – zapytał z kuchni.

– Zielona – odpowiedziałam, a głos mi się trochę łamał.

Usiedliśmy naprzeciwko siebie, trzymając w dłoniach kubki. Było cicho, ale nie niezręcznie. On pierwszy przerwał milczenie.

– Jak długo tu mieszkasz?

– Od pięciu lat. A ty?

– Osiem. Przypadek. Wynająłem, potem kupiłem. Nie przepadam za przeprowadzkami.

– Też nie. – Upijam łyk herbaty. – Często tak pomagasz sąsiadkom?

– Nie. Ty jesteś pierwsza, która wyglądała, jakby naprawdę potrzebowała kogoś.

Nie odpowiedziałam. W tamtej chwili nie umiałam. Poczułam, że ktoś mnie przejrzał na wylot. Wstałam po kilku minutach, podziękowałam, odprowadził mnie tylko do drzwi.

– Zaraz zejdę i ogarnę to – rzucił krótko.

Wychodząc z jego mieszkania, czułam się inaczej.

Już nic nie było takie jak wcześniej

Samochód i tym razem odpalił bez problemu. Podziękowałam, po czym on wrócił do siebie. Nie odjechałam jednak od razu. Siedziałam jeszcze chwilę w samochodzie, patrząc w stronę jego okien. Wieczorem, gdy siedziałam w domu, rozległo się pukanie do moich drzwi. Nie spodziewałam się nikogo. Otworzyłam ostrożnie, niepewna. Paweł. W ręku trzymał czapkę.

Zostawiłaś u mnie – powiedział, unosząc lekko brew. – Leżała na krześle.

Spojrzałam na czapkę. Z tego wszystkiego, nawet nie zauważyłam, że jej nie mam.

– Napijesz się herbaty? – zapytałam, odsunęłam się od drzwi. – Przynajmniej tak ci się odwdzięczę.

Nie odpowiedział od razu, ale wszedł. Siedzieliśmy teraz u mnie. Mała kuchnia, stół pod oknem, dwa krzesła. Tylko jedno z nich było regularnie używane. Drugie stało bardziej dla pozoru. Teraz zajął je on.

Rozmawialiśmy swobodnie, jak byśmy się znali od dawna.

– Nie wiem, kiedy ostatnio z kimś rozmawiałam o czymś, co nie dotyczy pracy– przyznałam po chwili.

Zamieszałam herbatę, próbując się skupić na czymkolwiek innym niż to, co czułam. A czułam zamęt. Lęk. Zainteresowanie. Nie byłam gotowa, żeby z tym zostać sama, ale jeszcze mniej gotowa, żeby to wyciągać na stół. Nie chciałam, żeby wychodził. Ale też nie umiałam powiedzieć, że ma zostać. Po pół godziny wstał, podał mi pusty kubek i powiedział:

– Dzięki. W razie czego jestem.

Zamknęłam za nim drzwi i przez chwilę opierałam się o nie plecami, jakby to coś miało zmienić. Może już nic nie było takie jak wcześniej. Może wcale nie chciałam, żeby było.

Bałam się słów, które by coś zniszczyły

Kolejny dzień. Taki, jakich wiele. Siedziałam przy komputerze, ale ekran był tylko tłem dla myśli, które krążyły nie tam, gdzie trzeba. Przez cały dzień miałam wrażenie, że coś się zbliża. Coś, co wymyka się spod kontroli. Zadzwonił dzwonek. Czułam, że to on.

– Ja tylko na chwilę – powiedział Paweł, gdy otworzyłam. – Przyniosłem coś.

Trzymał w ręku termos.

– Zostało mi trochę zupy, pomyślałem, że nie lubisz gotować wieczorem.

Nie zapytałam, skąd to wiedział. Może zgadywał. A może wystarczyło raz spojrzeć na moje mieszkanie i moje oczy, żeby wiedzieć wszystko. Usiedliśmy na kanapie. Zaczęliśmy rozmawiać.

– Miałem kiedyś kogoś – powiedział nagle. – Byliśmy razem pięć lat. Rozpadło się, bo byłem za bardzo skupiony na sobie.

Patrzyłam na jego twarz. która wydawała się tak prawdziwa.

– Ja... nigdy nie byłam z nikim tak naprawdę. Mój ostatni związek skończył się niedawno i zostawił mnie ze złamanym sercem – odpowiedziałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.

Kiwnął głową. Milczeliśmy. A potem powiedział cicho:

– Czasem mam wrażenie, że już za późno na bliskość.

– A ja myślę, że nigdy nie jest za późno. Trzeba tylko trafić na odpowiednią osobę.

Nie wiem, skąd we mnie te słowa. Spojrzeliśmy sobie w oczy. Nie uciekłam wzrokiem. Nie pocałował mnie. Nie zrobił żadnego gestu, który by coś definitywnie przesądził. Ale to wystarczyło, żeby w tamtej chwili wszystko się przewartościowało. Chciałam, żeby został. Ale nic nie powiedziałam. Bałam się słów, które by coś zniszczyły.

Nie chcę znowu być sama

Obudziłam się wcześnie, zanim słońce zdążyło się przebić przez zasłony. Przez chwilę miałam wrażenie, że ten wczorajszy wieczór był tylko snem. Przez cały dzień chodziłam po mieszkaniu bez celu. Myślałam, że może się odezwie. Że zapuka. Że chociaż rzuci wiadomość. Nic. Cisza. Zaczęłam analizować wszystko. Może to był impuls. Może sam nie wiedział, po co przyszedł. Bałam się, że sobie coś dopowiedziałam. A może właśnie nie dopowiedzieliśmy tego, co trzeba. Trzy dni później spotkaliśmy się przypadkiem przed blokiem. On pierwszy mnie zauważył. Zatrzymał się.

– Czekałam, aż się odezwiesz– powiedziałam.

– Chciałem, ale nie wiedziałem, czy powinienem– odpowiedział spokojnie.

– Nie wiem, co teraz. Ale nie chcę znowu być sama.

Przez chwilę nic nie mówił. A potem tylko kiwnął głową. Nic nie obiecywał. Ale wystarczała mi sama jego obecność. Już nie czułam się przezroczysta. Nie było między nami wielkich wyznań. Nie było deklaracji, że coś się zaczyna. A jednak spotykaliśmy się częściej. Czasem herbatka, czasem spacer, czasem milczenie. Żadne z nas nie spieszyło się, żeby nazwać to, co się działo. Może z ostrożności. Może ze strachu. Nie wiedziałam, czy zostanie. Czy to w ogóle ma przyszłość. Ale pierwszy raz od dawna miałam odwagę pomyśleć: spróbuję. Może czasem wystarczy zapukać do czyichś drzwi.

Maria, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama