Reklama

Zimą ślizgałam się nie tylko po oblodzonych chodnikach. Ślizgałam się też po uczuciach – swoich i cudzych. Od ponad dekady jestem żoną Piotra, matką dwójki dzieci. Mieszkamy na osiedlu z wielkiej płyty w małym miasteczku, które wszyscy opuszczają, gdy tylko mają okazję. Ja zostałam, bo tu był Piotr, dzieci, rutyna. A teraz… jestem sama.

Kiedy o tym myślę, pierwsze, co widzę oczami wyobraźni, to śnieg. Biel i ciszę. Mróz, który szczypał w policzki, kiedy biegałam między szkołą a przedszkolem, próbując ogarnąć dzień bez Piotra. Bo Piotr był w trasie. Zawsze. TIR, kawa, tysiące kilometrów, krótkie rozmowy przez telefon, i znowu cisza. A ja? W tej ciszy byłam coraz bardziej zmarznięta.

Nie szukałam niczego. Naprawdę. To przyszło samo – jak odwilż. Michał pojawił się znikąd. Sąsiad z naprzeciwka. Rozwiedziony, zamknięty w sobie. Zawsze mówił "dzień dobry", zawsze pomocny. Ale pewnego dnia… było coś więcej. Ciepło. A ja byłam tak bardzo zziębnięta – nie tylko fizycznie, ale emocjonalnie. Zamarznięta od środka. To się stało, zanim się zorientowałam. Przestałam marznąć. A potem zaczęłam się palić ze wstydu.

Nie usprawiedliwiam się. Wiem, że zawiodłam. Ale chcę opowiedzieć, jak to się stało. Może żeby to z siebie wyrzucić. A może, żeby ktoś inny – jakaś inna "Kasia" – przeczytał i zatrzymał się, zanim zrobi ten sam krok.

To był miły dzień

– Mamo, a Zuzia powiedziała, że Marcinek to jej chłopak! – zaśmiała się Weronika, a ja, trzymając kubek z herbatą termiczną, spojrzałam przez śnieg na lodowisko.

Było niedzielne popołudnie. Osiedlowa ślizgawka tętniła życiem – dzieciaki piszczały, śmiech niósł się po betonie, a ja... marzyłam, żeby chociaż raz ktoś mnie objął od tyłu i szepnął do ucha, że zrobi gorącą czekoladę, a potem zabierze dzieci na spacer.

– Kasiu? Ty tu? – usłyszałam i odwróciłam się gwałtownie.

Michał. Ten sam, co czasem przynosił nam paczki z paczkomatu, ten, co podnosił mi kiedyś z klatki wywrócony rowerek. Stał z synem – w dresie, z lekko zarumienioną twarzą i szerokim uśmiechem.

– Wpadliśmy się poślizgać – rzuciłam, czując, że czerwienię się mocniej niż trzeba.

– Dobrze was widzieć. Dzieciaki się znają?

– Są w jednej grupie przedszkolnej – odpowiedziałam, udając, że to tylko sąsiedzka pogawędka.

Ale to, co zaczęło się niewinnie, po chwili nabrało smaku. Śmialiśmy się z upadków dzieci, komentowaliśmy pogodę, a potem – nie wiem kiedy – zaczęliśmy wspominać własne dzieciństwo. Michał mówił, że sam lepił łyżwy z drutu, a ja, że kradłam babci pończochy. I oboje wybuchliśmy śmiechem, takim... jakiego nie pamiętałam od miesięcy.

Po powrocie do domu dzieci zasnęły w minutę. Ja wpatrywałam się w ścianę. I wiedziałam jedno: Michał patrzył dziś na mnie inaczej. I ja na niego też. W moim sercu coś drgnęło.

Szukałam pretekstu

Stałam pod drzwiami Michała z pustą solniczką w dłoni. Czułam się jak idiotka.

– No hej – otworzył szybko, jakby czekał za drzwiami. Miał na sobie dres i ślady mąki na rękawie. – Potrzebujesz czegoś?

– Sól mi się skończyła – pokazałam mu plastikowe naczynie, czując jak idiotycznie to brzmi. – Do ziemniaków...

– Wejdź, mam gorącą herbatę z imbirem. I sól oczywiście też.

Zawahałam się, ale weszłam. Kuchnia pachniała jabłkami i cynamonem. Na stole parowały dwa kubki. Na blacie – ciasto, jeszcze ciepłe.

– Pieczesz?

– Od czasu do czasu. Dziś miałem wolne, więc... – wzruszył ramionami. – A ty? Wszystko w porządku?

– W porządku. Tylko... czasem bywa... cicho. Wiesz. Piotr ciągle w trasie.

– Wiem, jak to jest. Sam siedziałem długo w pustym domu, kiedy Ewa odchodziła. Najpierw psychicznie, potem fizycznie. Zostaje echo. I ciche ściany.

Zamilkłam. W jego oczach nie było litości, raczej zrozumienie.

Nie boisz się, że to się wymknie spod kontroli? – zapytał nagle.

Spojrzałam na niego, zbyt długo, zbyt intensywnie.

– Już się wymknęło – wyszeptałam, zanim zdążyłam się powstrzymać.

Tego wieczoru nie dotknął mnie nawet palcem. Ale kiedy wróciłam do domu, w ręce miałam nie tylko solniczkę. Miałam telefon z nową wiadomością: „Dziękuję, że wpadłaś. Zrobiło się cieplej.” I od tamtej pory – pisaliśmy codziennie.

Nie chciałam już udawać

Śnieg sypał bez końca. Piotr wysłał SMS-a, że stoi na granicy – znowu coś z dokumentami, wróci może za dwa dni. Spojrzałam na ekran, potem na stół pełen talerzy i na dzieci, które słodko spały.

Zadzwoniłam do Michała.

– Chcesz wpaść na chwilę? Mam butelkę wina. Dzieci już śpią.

– Przyjdź do mnie. Upiekłem pizzę. I lepiej smakuje w towarzystwie.

Zerknęłam w lustro. Poprawiłam włosy, pomalowałam usta. Nie powinno mi zależeć, jak wyglądam, ale zależało.

U Michała było ciepło. Nienaturalnie ciepło. Nie przez kaloryfery. Usiedliśmy blisko siebie na kanapie. Piliśmy czerwone wytrawne. Piekło mnie w usta. I gdzieś pomiędzy drugim a trzecim kieliszkiem, nasze dłonie się spotkały. Tak po prostu. Bez wahania. Bez słów.

– Kasia... – powiedział cicho, przysuwając się bliżej. – Możemy udawać, że to nic nie znaczy. Albo że znaczy wszystko.

– Nie wiem, czego chcę – szepnęłam. – Ale wiem, że tu i teraz – chcę Ciebie.

Pocałował mnie jakby znał mnie od zawsze. Bez pośpiechu, ale zachłannie. Każdy centymetr mojej skóry wołał, by już się nie cofać. I nie cofałam się. Było miękko, ciepło, zmysłowo. Nienaturalnie dobrze. Ale po wszystkim, kiedy leżałam z głową na jego piersi, dotarła do mnie, co się stało. Wróciłam do domu na palcach. Dzieci spały. Spojrzałam na ich buzie i... zabolało. Mocniej niż się spodziewałam. Potem usiadłam na kanapie i spojrzałam na ślubne zdjęcie w ramce. Patrzyła z niego kobieta, której już nie znałam.

Nie potrafiłam udawać

– Ty się zakochałaś, Kasia – powiedziała Matylda, mrużąc oczy. – Tylko nie mów, że to w mężu. Bo coś nie gra.

Udawałam zdziwienie. Jakby nie znała mnie od dziesięciu lat.

– Co ty znowu... – próbowałam się uśmiechnąć, ale spaliłam to na starcie. Trzęsły mi się palce. Cholernie.

– Dobrze cię znam. Przestałaś narzekać na samotność, przestałaś wypytywać, kiedy Piotr wraca... Ale dziś jak powiedziałam, że przystojniak z naprzeciwka się do ciebie uśmiechał – zamarłaś.

Zamilkłam.

– Kasiu. Ty z nim spałaś, prawda?

Schowałam twarz w dłoniach. I zaczęłam płakać.

– Ja... nie wiem, co się ze mną stało. To miało być tylko rozmowa. Ciepło. Chciałam się tylko ogrzać. A potem już... nie potrafiłam przestać.

Matylda siedziała cicho. Nie oceniała. Ale też nie przytuliła.

– Wiesz, że to się wyda – powiedziała w końcu. – Takie rzeczy zawsze wychodzą na światło dzienne. A kiedy Piotr się dowie – stracisz wszystko.

– A może już wszystko straciłam, tylko jeszcze tego nie widzę – odpowiedziałam cicho.

– On cię kocha.

– Może. Ale jego miłość jeździ tysiące kilometrów ode mnie.

Nie odpowiedziała. Wieczorem Michał napisał, że chyba się zakochał. A Piotr zadzwonił, że wraca dzień wcześniej.

Powrót męża mnie nie cieszył

– Cześć – powiedział Piotr, wchodząc do mieszkania z torbą na ramieniu. Zmęczony, ale uśmiechnięty. Dzieci rzuciły się mu na szyję, a ja... zamarłam.

Pachniał zimnym powietrzem i kawą . Kiedy mnie pocałował w policzek, poczułam, jak żołądek podchodzi mi do gardła. Uśmiechnęłam się – sztucznie. Jak w teatrze.

Wszystko dobrze? – zapytał, ściągając buty. – Jakaś inna jesteś.

Wzruszyłam ramionami. Przez kolejne godziny chodził po mieszkaniu z dziećmi, rozmawiał, śmiał się. A ja byłam jak duch – niby obecna, ale nieobecna. Każdy jego gest przypominał mi, że to, co zrobiłam, ma twarz.

Wieczorem, kiedy dzieci już spały, wszedł do kuchni. Usiadł naprzeciwko mnie.

– Kto to jest?

Milczałam. Nie pytał o co, wiedział. Już wiedział.

– Sąsiad? – dodał po chwili. – Michał?

Oparłam dłonie na blacie, jakby miało mnie to uratować przed utonięciem.

– Tak.

Nie krzyczał. Nie rzucał talerzami. Piotr był jak ściana lodu. Spokojny. Zbyt spokojny.

Zabieram dzieci na kilka dni do matki.

– Piotr...

– Nie chcę cię teraz widzieć.

Wyszedł. A ja zostałam w kuchni. Najgorsze, że wcale nie miałam wyrzutów sumienia.

Katarzyna, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama