Reklama

Cisza potrafi ważyć tonę. Zwłaszcza zimą, kiedy podłoga w mieszkaniu skrzypi bardziej niż zwykle, a herbata stygnie szybciej niż myśli. Mam na imię Zofia, mam pięćdziesiąt pięć lat i mieszkam na czwartym piętrze w starym bloku z wielkiej płyty. Dzieci nie mam, mąż zmarł siedem lat temu. To było nagłe, jakby wyszedł tylko po chleb i nie wrócił. Po jego pogrzebie została mi cisza, ta sama, która towarzyszy mi każdego dnia. Ale nie narzekam. Mam swoje rytuały – herbata z plasterkiem cytryny o szóstej rano, krzyżówka przy oknie o dziewiątej, telefon do siostry raz w tygodniu. Nie trzeba wiele, by przeżyć dzień.

Zimą wszystko staje się trudniejsze. Schody, zakupy, wyjście po listy – to już dla mnie wyzwanie, a co dopiero dla starszych ode mnie. Wtedy pierwszy raz ich dostrzegłam. Państwo Barbara i Antoni – mieszkali piętro niżej. Widziałam ich wcześniej, ale to była zawsze tylko wymiana uprzejmości: „dzień dobry”, „ładna dziś pogoda”. Aż któregoś dnia zauważyłam, jak Barbara opiera się o ścianę klatki schodowej, zdyszana. Obok niej Antoni z reklamówką, która ewidentnie była za ciężka jak na jego chude, przygarbione ciało.

– Może państwu pomóc? – zapytałam wtedy, nie wiedząc jeszcze, że od tego pytania zacznie się coś więcej niż tylko przynoszenie zakupów.

– Oj, pani Zosiu... Nie chcemy pani kłopotać – powiedziała cicho Barbara, odwracając wzrok.

Uśmiechnęłam się wtedy. I zaproponowałam, że następnym razem mogę zejść do sklepu za nich. To był drobiazg. Ale ich twarze... Wzruszenie i ulga zmieszane w jednym spojrzeniu. Nie spodziewałam się, jak bardzo te codzienne przysługi wypełnią także moją pustkę. Bo z czasem to już nie były tylko zakupy. To była wspólna herbata przy kuchennym stole, ciepłe rozmowy o niczym i o wszystkim. To była Barbara mówiąca: „Nie wiem, co byśmy bez pani zrobili” i Antoni śmiejący się: „Złota kobieta z pani”.

Nie mówiliśmy o przyjaźni. Ale może właśnie wtedy, w tej ciszy między słowami, narodziła się cicha więź.

Czułam się mniej samotna

Zaczęło się od bochenka chleba. Przyniosłam im wtedy jeszcze paczkę z apteki i mleko. Zwykłe rzeczy, nic wielkiego. Barbara zaprosiła mnie na herbatę, chociaż widziałam, że się wahała. Mieszkanie mieli malutkie, z meblami, które pamiętały lepsze czasy. Usiadłam przy ich kuchennym stole, a ona rozłożyła serwetkę i postawiła miseczkę z landrynkami. Antoni szukał filiżanek w szafce, narzekając, że znowu poprzestawiała. Ona się uśmiechała, choć w oczach miała zmęczenie.

Rozmawialiśmy o pogodzie, świętach, o tym, jak kiedyś na ich osiedlu nie było żadnego sklepu, tylko mleczarnia. Barbara miała cichy, miękki głos, a Antoni od czasu do czasu rzucał jakiś komentarz, z którego wynikało, że mimo wieku wciąż miał w sobie trochę przekory. W końcu powiedziała:

– Nie wiem, co byśmy bez pani zrobili, pani Zosiu.

Antoni się uśmiechnął pod nosem i dodał:

– Ty to jesteś jak nasza córka z klatki.

Zamilkłam. Co miałam powiedzieć? Że przecież tylko robię zakupy, że nie trzeba... Ale coś mnie wtedy ścisnęło w środku. Może dlatego, że od dawna nikt mnie tak nie nazwał. Nie byłam już niczyją córką, siostrą, matką. Byłam tylko sobą. A oni wpuścili mnie do swojego świata, jakby od dawna tylko na to czekali.

Przez kolejne dni zaczęłam zaglądać częściej. Czasem przynosiłam świeże pieczywo, czasem tylko uśmiech. Nawet gdy niczego nie potrzebowali, Barbara mówiła, że może byśmy sobie usiadły na chwilę. Antoni coraz częściej żartował, a ja zaczynałam dzień od myśli, czy dziś zdążę do nich zajrzeć. Te spotkania były ciche, spokojne, ale dawały mi coś, czego nie potrafiłam nazwać. Ich wdzięczność nie była przesadna, nie robili zamieszania. Ale widziałam, jak Barbara się prostuje, kiedy wchodzę, jak Antoni się uśmiecha.

Zaczęłam przynosić też drobiazgi – gazetkę z kiosku, jabłka, słoiczek konfitury. Oni zawsze mieli coś w zamian – kawałek domowego ciasta, herbatnik, opowieść z przeszłości. To nie była wymiana, bardziej coś w rodzaju milczącej umowy. Ich obecność stała się częścią mojej codzienności. I któregoś wieczoru, gdy wracałam z pustą torbą, pomyślałam: czy to możliwe, że nie tylko ja czułam się tu mniej samotna?

Chciałam tylko pomóc

Przyszła nagle. Nikt jej się nie spodziewał. Tylko drzwi trzasnęły, potem szybkie kroki na klatce i znajomy głos Barbary: „Iwona!”. Zatrzymałam się wtedy przy skrzynkach, niby że coś sprawdzam, ale naprawdę po prostu chciałam zobaczyć, kto to. Miała na sobie jasny płaszcz i ciemne okulary, które zdjęła dopiero w połowie schodów. Wchodziła pewnym krokiem, jakby znała to miejsce na pamięć. Uśmiechnęła się do matki, ale nie było w tym ciepła. Raczej zniecierpliwienie.

Zobaczyła mnie i od razu zmierzyła wzrokiem. Nie musiała nic mówić, żeby dać do zrozumienia, że wie, kim jestem. A ja, trochę zmieszana, tylko skinęłam głową i ruszyłam dalej. Wydawało mi się, że Barbara chciała coś powiedzieć, ale córka pociągnęła ją za rękę i weszły do mieszkania.

Następnego dnia spotkałyśmy się na schodach. Ja wchodziłam z zakupami, ona rozmawiała przez telefon. Rozłączyła się i od razu zapytała:

– Pani Zofia?

– Tak – odpowiedziałam.

– Doceniam pomoc, naprawdę. Ale proszę już nie przychodzić. Moi rodzice nie są sierotami. Poradzą sobie.

Zaskoczyło mnie to. Zbiło z tropu. Chciałam coś odpowiedzieć, może wyjaśnić, że to nie tak, że ja tylko... Ale nie dała mi dojść do słowa.

– To ich tylko rozpieszcza, taka zależność. Muszą sobie przypomnieć, jak się samemu załatwia swoje sprawy – rzuciła i spojrzała na mnie chłodno. – Mam nadzieję, że pani zrozumie.

Zrozumiałam., a przynajmniej próbowałam. Uśmiechnęłam się niepewnie i przeszłam obok, trzymając torbę mocniej niż zwykle. Jeszcze tego samego dnia podeszłam do drzwi Barbary i Antoniego, jak co dzień. Zapukałam, ale odpowiedziała mi cisza. Pukałam drugi raz, dłużej. W końcu ktoś przekręcił klucz, ale drzwi się tylko uchyliły. Barbara stała w szlafroku, spojrzała na mnie i szybko powiedziała:

– Dziś nie, kochana. Jesteśmy zmęczeni.

Uśmiechnęłam się i cofnęłam krok.

– Rozumiem, oczywiście. Dobranoc.

Zamknęła mi drzwi przed nosem. Stałam chwilę w miejscu, niepewna, czy to naprawdę się wydarzyło. Antoni nie wychylił się ani razu. Wiedziałam, że był w domu – zawsze był o tej porze. Może patrzył przez wizjer. Weszłam do siebie, usiadłam przy stole i długo nie mogłam napić się herbaty. Myśli krążyły. Czy naprawdę przesadziłam? Przecież chciałam tylko pomóc.

Nie mogłam tego zrozumieć

Śnieg tamtego dnia padał gęsto, zasłaniał wszystko. Patrzyłam przez okno, z kubkiem w dłoni, gdy ich zobaczyłam. Iwona szła pierwsza, z dwiema ciężkimi siatkami. Była szybka, nerwowa, co chwilę odwracała się do tyłu i coś mówiła. Barbara i Antoni podążali za nią wolno, przygarbieni, każde stawiało kroki jakby z wahaniem. Ich twarze były posępne.

Na chwilę zniknęli mi z pola widzenia, potem usłyszałam trzask drzwi na klatce. Odsunęłam się od okna i nasłuchiwałam, choć nie było tam nic, co mogłoby mnie dotyczyć. A jednak nie potrafiłam przestać.

Wieczorem wyszłam po coś do sklepu. Minęliśmy się na schodach. Iwona niosła kolejne siatki, Antoni otwierał drzwi, Barbara stała obok z zaciśniętymi ustami. Na mój widok tylko lekko skinęła głową. Przeszli obok mnie, jakby mnie nie było. Jakbym była przezroczysta. Minęli mnie bez słowa, bez spojrzenia.

I wtedy usłyszałam szept, cichy, ledwo słyszalny. Głos Barbary, zatrzymany w powietrzu.

– Może by tak... Zofia...

Na co Iwona zareagowała od razu, ostrym tonem.

– Nie! Nie będę się prosić jakiegoś obcego człowieka.

Przyspieszyłam kroku. Wyszłam z bloku, ale nie pamiętam, co kupiłam. Ręce mi się trzęsły, mimo że nie było zimno. Stałam później przy kuchennym stole, patrząc na te same cztery filiżanki, które zawsze ustawiałam w jednej linii. Dziś nie było nikogo, komu mogłabym zaproponować herbatę.

Nie chodziło o siatki, ani o paczki z apteki. Nie chodziło o wygodę. Chodziło o to, że przez chwilę byłam częścią ich dnia. Że Barbara się uśmiechała, a Antoni czasem zażartował. A teraz... jakby ktoś im odebrał głos. I patrzyli tylko pod nogi, żeby nie zauważyć mnie. Żeby nie poczuć nic więcej.

Brakowało mi tego

Wróciłam do swojego mieszkania i zapadła cisza, jakiej dawno nie słyszałam. Taka, która nie była już tylko tłem, ale czymś namacalnym. Usiadłam w fotelu, jak robiłam to każdego wieczoru, ale nie włączyłam radia, nie sięgnęłam po gazetę. Siedziałam z rękami splecionymi na kolanach i patrzyłam na ścianę naprzeciwko, jakby miała mi coś powiedzieć.

Przypomniałam sobie ich spojrzenia z pierwszych tygodni. Jak Antoni długo szukał w szafce kubków, jak Barbara przepraszała mnie za bałagan, choć wszystko było od linijki. Ich niepewność, kiedy zapytałam, czy mogę im jeszcze coś przynieść. A potem coraz mniej pytań, coraz więcej oczywistości. Że będę, zajrzę, zapytam.

Widziałam ich oczami pamięci. Jak siedzą razem przy stole, ona poprawia mu sweter, on mówi, że herbata dziś smakuje lepiej, bo ktoś ją zrobił z sercem. Zawsze tak mówił. A potem oboje milkną i słuchają kroków na klatce, bo wiedzą, że zbliżam się z torbą, z pieczywem, z tą chwilą, która będzie tylko ich.

Zamknęłam oczy i usłyszałam ich śmiech. Ten cichy, trochę chrapliwy Antoniego i wysoki, nieco drżący Barbary. On mówił coś o sąsiedzie z trzeciego piętra, ona krzyczała, żeby się tak nie nabijał. A ja siedziałam z nimi i czułam się jak w domu. A teraz... ta cisza była inna. Nie taka, która koi. Taka, która boli. Jakby ktoś mi wyrwał te chwile, ale zostawił puste miejsce.

Myślałam o Iwonie. O tym, że może się bała, że była nieobecna i teraz próbuje nadrobić. Ale robi to w sposób, który odbiera im wszystko, co mieli cennego. Tę drobną wolność, którą sobie jeszcze zostawili. I nasze wspólne chwile. W uszach zabrzmiały mi ich słowa, których nigdy nie zapomnę.

– Pani jest jak słońce w te zimowe dni.

Nie chciałam być ratunkiem. Nie szukałam wdzięczności. Chciałam być po prostu... kimś. Dla kogoś.

Chciałam się pożegnać

Czekałam trzy dni. Udawałam, że nie wyglądam przez wizjer, nie nasłuchuję kroków na klatce, że nie patrzę w stronę ich okna. Ale to wszystko było we mnie. Chwilami miałam już torbę w ręku, żeby zejść, zapukać, zapytać choćby o pogodę. Ale coś mnie zatrzymywało. Może duma, a może lęk, że tym razem drzwi już się wcale nie uchylą.

Czwartego dnia rano zrobiłam konfiturę ze śliwek. Miała za dużo cynamonu, za mało soku, ale pachniała jak dom. Przełożyłam ją do słoika, owinęłam ściereczką i zeszłam piętro niżej. Drżały mi palce, gdy naciskałam dzwonek. Drzwi otworzyła Iwona. Spojrzała na mnie i przez chwilę nie powiedziała nic. Stała w progu jak strażnik. Miałam wrażenie, że znowu mi odmówi. Ale odezwałam się pierwsza, cicho, prawie szeptem:

– Przyszłam tylko... pożegnać się. I podziękować. Nie mam żalu.

Z tyłu usłyszałam tupot kapci. Barbara podbiegła, jej oczy błyszczały, a ręka natychmiast odnalazła moją. Ścisnęła ją tak mocno, że nie miałam wątpliwości, co czuje.

To my dziękujemy. Za wszystko – powiedziała. Głos jej drżał.

Za jej plecami stał Antoni. Nie mówił nic, ale kiwnął głową, a to jego milczenie było głośniejsze niż tysiąc słów. Iwona spuściła wzrok. Wzięła głęboki oddech, jakby coś w niej pękło, choć nie chciała się do tego przyznać.

– Może... może to ja przesadziłam – powiedziała.

Oddałam słoik Barbarze, która przytuliła go do piersi jak prezent. Kiwnęłam lekko głową i odwróciłam się, żeby wrócić na swoje piętro. Nie było już nic do dodania.

Nie miałam już złudzeń

Słońce odbijało się w szybach bloku naprzeciwko. Dzień był jasny, mroźny, bez wiatru. Usiadłam przy stole z filiżanką herbaty, dokładnie tak, jak każdego ranka. Ale dziś smakowała inaczej. Może przez konfiturę, której resztkę zostawiłam sobie w drugim słoiczku. A może przez spokój, który w końcu do mnie przyszedł.

Nie miałam już złudzeń, że wszystko wróci do poprzedniego stanu. Nie czekałam na dźwięk dzwonka, nie wypatrywałam ich cieni pod drzwiami. Ale w środku czułam pewność, że przez te kilka zimowych tygodni byliśmy dla siebie kimś. I że to zostanie.

Cisza w mieszkaniu była inna niż ta, która przyszła po pogrzebie męża. Nie ciążyła aż tak. Nie była samotnością, która boli. Raczej przestrzenią, w której można oddychać. I pamiętać.

Barbara, Antoni, Iwona – wszyscy zostali na swoim miejscu. Ja też. Ale coś się zmieniło. Nikt już nie udawał, że nic się nie wydarzyło. Nikt nie próbował zamknąć przeszłości na klucz.

Nie wiem, czy jeszcze kiedyś usiądziemy razem przy herbacie. Może tak, może nie. Ale jeśli nie, to też będzie w porządku. Zrobiłam wszystko, co mogłam. I oni też. Byliśmy razem. I to wystarczy.

Zofia, 55 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama