„Zimą można poszaleć na stoku i wpaść po same uszy. Niektóre uczucia topnieją jednak szybciej niż śnieg w styczniu”
„Stok pustoszał szybko po zmroku. Zjeżdżający z ostatniego kursu turyści zbierali się do pensjonatów, a ja miałem jeszcze pół godziny do końca zmiany. Sprawdzałem napinacze, kiedy usłyszałem dźwięk deski sunącej po śniegu”.

Zawsze wracam do Wisły zimą. Nie dla pieniędzy, nie dla gór ani świeżego powietrza. Wracam, bo tam nikt nie pyta, kim jestem, nikt nie próbuje mnie rozszyfrować. Dostaję przydział, robotę do zrobienia i nikt się mną nie interesuje, dopóki nie zepsuje się wyciąg albo nie trzeba będzie przywieźć nowej porcji siatek.
Lubię tam wracać
Praca jest ciężka, warunki często bezlitosne, ale przynajmniej jasne: albo zrobione, albo nie. Studia szły mi średnio, nie dlatego, że nie dawałem rady, tylko dlatego, że nic mnie tam nie obchodziło. Ludzie wokół byli głośni, pewni siebie, śmiali się z byle czego i patrzyli na mnie, jakbym celowo trzymał się z boku. A ja po prostu nie miałem siły udawać, że mnie to bawi.
W Wiśle nie musiałem niczego udawać. Budziłem się przed świtem, zakładałem trzy warstwy ubrań i wychodziłem w śnieg. Czasami mijałem ludzi, którzy wracali jeszcze wcięci z barów, ale nikt na mnie nie patrzył. I to było lepsze niż wszystko inne.
Tamtego dnia wyciąg zaciął się drugi raz. Mróz ścisnął kable i mechanizm znowu odmówił współpracy. Szef już się darł przez radio, a ja nawet nie zdążyłem odpowiedzieć, tylko chwyciłem torbę i ruszyłem na górę. Śnieg sypał poziomo, a wiatr uderzał w twarz. Żałowałem, że nie zostałem w domku. Dotarłem do skrzynki przy słupie i pochyliłem się nad panelem. I wtedy usłyszałem jej głos.
– Ej, ile to potrwa? – spytała dziewczyna, zbliżając się z deską pod pachą.
– Trudno powiedzieć – odpowiedziałem. – Jak się uda rozruszać, to dziesięć minut. Jak nie, to… dłużej.
– No to ja sobie poczekam – usiadła na barierce z taką lekkością, jakby nie było zimna.
Była uprzejma
Pracowałem dalej, próbując się skupić, ale czułem, że mnie obserwuje. Po chwili dodała:
– Ciągle się coś psuje, co?
– Jak nie mróz, to ludzie – wzruszyłem ramionami i coś w tej prostocie chyba ją rozbawiło.
– No dobra, za to masz u mnie plusa. Pierwszy techniczny, który rzucił żart, zamiast burknąć „nie moja sprawa”.
Podniosłem na nią wzrok. Uśmiechała się, oparta o poręcz, z dłonią na termosie.
– Chcesz kawy? – spytała.
Zawahałem się, ale skinąłem głową. Podeszła i podała mi kubek. Zrobiło mi się ciepło, ale nie tylko przez tę kawę.
– Dzięki. – Wziąłem łyk. – Mocna.
– Inna nie ma sensu.
Milczeliśmy chwilę. Ja grzebałem w skrzynce, ona patrzyła na stok. Czułem, jak serce wali mi szybciej niż zwykle, jakby nie mogło uwierzyć, że to się naprawdę dzieje.
– Anka – rzuciła krótko, ale z uśmiechem.
– Kuba – usiłowałem nie patrzeć jej w oczy, ale spojrzałem. I już nie mogłem się odwrócić.
Myślałem o niej
Stok pustoszał szybko po zmroku. Zjeżdżający z ostatniego kursu turyści zbierali się do pensjonatów, a ja miałem jeszcze pół godziny do końca zmiany. Sprawdzałem napinacze, kiedy usłyszałem dźwięk deski sunącej po śniegu. Obróciłem się i zobaczyłem ją z kapturem zsuniętym na plecy.
– Jeszcze pracujesz? – rzuciła, zeskakując z deski.
– Chyba już nie – otarłem ręce o spodnie. – A ty?
– Lubię zostać na koniec. Wtedy stok jest mój – uśmiechnęła się tak, jakby to był sekret, który zdradza tylko mi. – Pójdziesz ze mną?
Nie odpowiedziałem, po prostu poszedłem. Szliśmy obok siebie przez oświetlony, pusty stok. Śnieg skrzypiał pod butami, a noc była dziwnie łagodna, jakby wszystko na chwilę odpuściło. Usiedliśmy na ławce przy dolnej stacji. Wyciągnęła herbatę z plecaka. Piłem ją, patrząc na jej profil – nos, potargane włosy i usta, które co chwilę lekko drgały, jakby wciąż się z czegoś śmiały.
Rozumiałem ją
– Wiesz, że ja nigdzie nie pasuję? – powiedziała nagle, patrząc przed siebie. – W domu nie byłam od miesięcy, studia rzuciłam. Facetom się szybko nudzę, bo nie chcę planów. Lubię jechać gdzieś nagle albo zostać na stoku do nocy i nie tłumaczyć się po co.
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Nigdy nie spotkałem kogoś takiego, kogoś, kto mówił to wszystko wprost i się tego nie bał.
– Ja z kolei zawsze czuję, że coś robię nie tak – przyznałem. – Że się spóźniam, nie pasuję. – Przerwałem na moment. – Ale tu jest trochę lepiej.
– I to wystarczy? – zapytała cicho.
Nie odpowiedziałem, tylko pokręciłem głową. Zsunęła rękawiczkę i sięgnęła dłonią do mojej. Palce miała ciepłe. Przesunęła nimi po mojej skórze i przez sekundę miałem wrażenie, że serce mi się zatrzymało albo zaczęło bić od nowa. Zakochałem się w niej, jakby wszystko, co znałem wcześniej, przestało się liczyć, jakbym pierwszy raz nie był tłem. Tylko w głowie gdzieś, z tyłu, pojawiało się pytanie: ile to potrwa?
Skończyło się
Śnieg topniał z dnia na dzień. Zamiast mrozu była chlapa. Turyści pakowali walizki, a ja liczyłem godziny, nie chcąc przyznać przed sobą, że to koniec – nie tylko pracy, ale też tego czegoś, co się wydarzyło między mną a Anką. Spotykaliśmy się nadal po zmroku. Była taka sama – pewna siebie, wolna, swobodna. Ja nie.
– Wyjedziesz? – spytałem.
– Wyjadę – nie spojrzała na mnie. – Zawsze wyjeżdżam.
– A my?
Milczała przez moment. Potem wzruszyła ramionami.
– My byliśmy tu.
Wbiło mnie w miejsce. Próbowałem coś jeszcze z siebie wydusić, ale każde słowo wydawało się śmieszne. Anka podniosła się i podała mi rękę.
– Nie komplikuj, Kuba. Było dobrze. Nie psuj tego.
Chciałem się jej wyrwać, krzyknąć, zapytać, dlaczego nie możemy próbować. Ale tylko szedłem obok, czując, że coś mi się wymyka.
Zostałem sam
Ostatni dzień sezonu był nijaki. Topniejący śnieg, wiatr wiał gdzieś z dołu, było zbyt ciepło jak na zimę i zbyt zimno jak na wiosnę. Pakowałem rzeczy bez przekonania. Wiedziałem, że Anka nie przyjdzie się pożegnać, a jednak gdy usłyszałem skrzypnięcie drzwi, zamarłem. Stała w progu. Kurtka niedopięta, usta lekko zaciśnięte.
– Wpadłam tylko na chwilę – powiedziała. – Nie lubię zostawiać niedopowiedzianych końców.
Podniosłem wzrok. Chciałem coś powiedzieć, ale język miałem ciężki jak śnieg na dachach.
– Było dobrze – podeszła, stanęła tuż obok. – Dzięki.
Przez moment tylko patrzyliśmy na siebie. Potem objęła mnie krótko, szybko, z siłą, której się po niej nie spodziewałem. Pachniała herbatą i naszymi nocnymi rozmowami.
– Trzymaj się, Kuba – rzuciła cicho i wyszła.
Nie zatrzymałem jej, nawet nie drgnąłem. Wieczorem, w autobusie do Krakowa, patrzyłem w okno. Ten sam krajobraz co zawsze. Wracałem do swojego starego życia, ale już nie ten sam
Jakub, 24 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Pozazdrościłam wnuczce zimowej frajdy na lodowisku. Skończyłoby się upadkiem, gdyby nie silne ręce pewnego emeryta”
- „Teściowa ostrzegała, żeby nie prać przed sylwestrem. Nie posłuchałam jej i żałuję, bo nowy rok zaczął się pechowo”
- „Przez sylwestrową wróżbę moja dziewczyna zerwała ze mną w Nowy Rok. Jedno zdanie sprawiło, że zmieniła wszystko”

