Reklama

Myślałam, że najgorsze, co mnie czeka tej zimy, to kolejna kłótnia o grube skarpety i chodzenie po domu w polarze, w którym wstydziłabym się wyjść do sklepu. Byłam przekonana, że moje małżeństwo zamarzło na dobre, dokładnie tak jak szyby w naszej sypialni.

W domu było zimno

Budzik zadzwonił o szóstej rano, ale ja nie spałam już od godziny. Leżałam pod dwiema kołdrami, skulona w pozycji embrionalnej, próbując zachować resztki ciepła, które wyprodukowało moje własne ciało. Nos miałam lodowaty.

Kiedy w końcu zebrałam się na odwagę, by wysunąć rękę spod pierzyny i wyłączyć alarm, poczułam to znajome, przenikliwe ukłucie chłodu. Wstałam, szybko wkładając stopy w wełniane kapcie, które czekały tuż przy łóżku. To była moja zbroja. Bez nich kontakt z panelami podłogowymi groziłby chyba odmrożeniem.

Weszłam do kuchni, gdzie termometr ścienny – elektroniczne bóstwo mojego męża – wskazywał bezlitosne 17,2 stopnia Celsjusza. Krzysztof siedział już przy stole, popijając gorącą wodę z cytryną. Twierdził, że kawa wychładza organizm, a on dbał o termodynamikę w każdym aspekcie naszego życia.

– Dzień dobry – mruknęłam, naciągając rękawy grubego swetra na dłonie. – Czy my naprawdę musimy żyć w lodówce? Krzysiek, to przestaje być zabawne. Wczoraj wieczorem, jak oglądaliśmy film, musiałam siedzieć w czapce. W czapce, we własnym salonie!

Chorobliwie oszczędzał

Mąż spojrzał na mnie znad tabletu, na którym, jak się domyślałam, analizował nasze zużycie gazu z ostatniej doby.

– Nie przesadzaj – odpowiedział spokojnym, wręcz mentorskim tonem, który doprowadzał mnie do szału. – Według WHO optymalna temperatura do snu to osiemnaście stopni. My mamy siedemnaście i pół, to bardzo blisko ideału. A w salonie jest cieplej, prawie dziewiętnaście, kiedy gotujesz. Poza tym, widziałaś nowe stawki za przesył? W tym miesiącu zaoszczędziliśmy już sto pięćdziesiąt złotych w porównaniu do zeszłego roku.

Sto pięćdziesiąt złotych. Cena mojego komfortu, mojego zdrowia i, co tu dużo mówić, mojej kobiecości, bo trudno czuć się atrakcyjną żoną, gdy paraduje się po domu w dresach pamiętających czasy studiów, nałożonych na dwie pary rajstop.

– Ale ja marznę – powiedziałam, wstawiając wodę na herbatę. – Nie jestem WHO, jestem twoją żoną. I jest mi zimno. Czy te sto pięćdziesiąt złotych jest warte tego, żebym ciągle kichała?

– Hartujesz się – uciął krótko. – A te pieniądze pójdą na wakacje. Wtedy się wygrzejesz.

Problem w tym, że do wakacji było jeszcze pół roku, a ja miałam wrażenie, że do tego czasu zamienię się w sopel lodu. Krzysiek nie zawsze taki był. Kiedyś, na początku naszego związku, nie liczył każdej kilowatogodziny. Ale odkąd kupiliśmy ten dom – duża, stara, wymagająca remontu kostka z lat siedemdziesiątych – coś mu się przestawiło w głowie.

Wszystko kontrolował

Zamiast cieszyć się przestrzenią, stał się niewolnikiem liczników. Zainstalował aplikację, która pokazywała zużycie w czasie rzeczywistym i potrafił wyłączyć mi piekarnik pięć minut przed końcem pieczenia, twierdząc, że „ciepło resztkowe” dojdzie do potrawy.

Sytuacja stała się naprawdę napięta, kiedy postanowiłam zorganizować urodziny dla mojej siostry Anety. Wiedziałam, że zapraszanie ludzi do nas w środku stycznia to ryzykowne przedsięwzięcie, ale miałam dość bycia pustelnikiem we własnym domu. Poprosiłam Krzysztofa, żeby tego jednego dnia podkręcił piec.

Zgodził się, choć widziałam ten ból w jego oczach, gdy przesuwał pokrętło termostatu na oszałamiające 20 stopni. Goście przyszli o osiemnastej. Dom, mimo starań pieca, nie zdążył się nagrzać, bo mury były wychłodzone miesiącami oszczędzania.

– Ojej, Ewelinko, wietrzyłaś przed chwilą? – zapytała Aneta, wchodząc do salonu. Miała na sobie elegancką sukienkę, ale widziałam, jak na jej ramionach pojawia się gęsia skórka.

– Coś w tym stylu – skłamałam, czując, jak pąsowieje mi twarz. – Zaraz się zrobi cieplej, siadajcie.

Ale nie zrobiło się. Krzysztof, widząc, że temperatura na sterowniku osiągnęła zadane 20 stopni, natychmiast przykręcił kaloryfery, bo „sterownik ma histerezę i zaraz przegrzejemy pomieszczenie”. Efekt był taki, że po godzinie mój szwagier siedział przy stole w marynarce, a Aneta dyskretnie narzuciła na ramiona szal, który przyniosła z przedpokoju.

Goście uciekli

Atmosfera była sztywna, i to nie tylko z powodu chłodu. Rozmowa się nie kleiła, bo wszyscy marzyli tylko o tym, żeby wrócić do swoich ciepłych mieszkań. Kiedy podałam tort, zamiast radości, czułam zażenowanie.

– Pyszny tort – powiedziała Aneta, szczękając lekko zębami. – Ale wiesz co, chyba będziemy się powoli zbierać. Jutro wcześnie wstajemy.

Była dwudziesta. Impreza trwała dwie godziny. Kiedy zamknęłam za nimi drzwi, wybuchłam.

– Widziałeś to? – krzyknęłam do męża, który właśnie z zadowoleniem sprawdzał aplikację w telefonie. – Uciekli! Uciekli, bo jest tu zimno jak w psiarni! Wstyd mi, rozumiesz? Wstyd!

– Przesadzasz – odpowiedział spokojnie, choć widziałam, że unika mojego wzroku. – Po prostu byli zmęczeni. A my dzięki temu, że poszli wcześniej, możemy obniżyć temperaturę na noc już teraz. Zobacz, wykres zużycia jest idealnie płaski.

Wtedy zrozumiałam, że racjonalne argumenty do niego nie trafiają. On stworzył sobie własną rzeczywistość, w której cyferki na ekranie były ważniejsze od relacji z ludźmi.

Krytykował sąsiadów

Jego skąpstwo ewoluowało w coś w rodzaju hobby, a może nawet nałogu. Potrafił godzinami opowiadać o współczynnikach przenikania ciepła, o mostkach termicznych i o tym, jak sąsiedzi puszczają pieniądze z dymem. Czuł się od nich lepszy, sprytniejszy.

Krzysztof miał tylko jedną słabość, na której nie oszczędzał – winyle i stary sprzęt audio. W piwnicy, którą dumnie nazywał „strefą audiofila”, trzymał kolekcję płyt zbieraną przez lata oraz wzmacniacze lampowe, które traktował jak święte relikwie. Twierdził, że ten sprzęt ma duszę. Piwnica była najzimniejszym miejscem w domu. Mój mąż uznał, że nie ma sensu jej ogrzewać, skoro przebywa tam rzadko. Kiedy chciał posłuchać muzyki, zakładał gruby sweter. Twierdził, że elektronika lubi chłód, bo się nie przegrzewa.

– Kochanie, tam jest wilgoć – mówiłam mu wielokrotnie, czując ten specyficzny zapach stęchlizny, kiedy schodziłam po słoiki. – Powinieneś tam chociaż minimalnie grzać, żeby mury schły.

– Bzdura – machał ręką. – Kupiłem pochłaniacze wilgoci w tabletkach. To wystarczy. Grzanie piwnicy to jak wyrzucanie banknotów do ogniska. Ziemia izoluje. Tam jest stała temperatura, idealna dla płyt.

Nie wytrzymałam

Nie znałam się na fizyce budowli tak jak on, a przynajmniej tak mu się wydawało. Ale widziałam, że na ścianach w rogach pojawiają się ciemniejsze plamy. Krzysztof jednak je ignorował, albo po prostu ich nie widział, zapatrzony w swoje oszczędnościowe wykresy. Był tak dumny ze swojego systemu „uszczelniania” domu, że pozaklejał nawet kratki wentylacyjne w nieużywanych pomieszczeniach, żeby ciepło nie uciekało kominem.

Luty przyniósł falę mrozów. Temperatura na zewnątrz spadła do minus dwudziestu stopni. W domu, mimo że piec pracował, ściany oddawały chłód z taką intensywnością, że czułam się jak w betonowym bunkrze. Moja cierpliwość się skończyła, gdy po kąpieli w letniej wodzie, bo bojler też był ustawiony na tryb eko, dostałam dreszczy, których nie mogłam opanować przez godzinę.

– Wyjeżdżam – oznajmiłam następnego dnia rano, pakując walizkę.

Mój mąż zamarł z kanapką w połowie drogi do ust.

– Gdzie? Do kogo?

– Do rodziców. Mają w domu dwadzieścia trzy stopnie. Marzę o tym, żeby chodzić w t-shircie. Wrócę, jak mrozy zelżeją, albo jak zmądrzejesz i ustawisz termostat na ludzkim poziomie.

Chciałam się wygrzać

– To szantaż – oburzył się. – Przecież dbam o naszą przyszłość finansową. Chcę, żebyśmy mieli pieniądze na remont dachu!

– Dach jest w porządku. To twoja głowa wymaga remontu – rzuciłam, zapinając kurtkę. – Zostawiam cię z twoimi oszczędnościami. Bawcie się dobrze.

Trzasnęłam drzwiami, czując dziwną ulgę. Wiedziałam, że to drastyczny krok, ale musiałam nim wstrząsnąć. Miałam nadzieję, że kilka dni w pustym domu da mu do myślenia. Jak się później dowiedziałam, Krzysztof uznał mój wyjazd za doskonałą okazję do przetestowania trybu ekstremalnego.

Skoro nie było mnie w domu, nie musiał słuchać narzekań. Mógł obniżyć temperaturę do 15 stopni w części mieszkalnej, a sam przeniósł się do swojego „gabinetu” na parterze, gdzie dogrzewał się punktowo.

Przez trzy dni dzwonił do mnie, ale nie odbierałam. Pisał wiadomości: „W domu wszystko pod kontrolą”, „Zużycie spadło o kolejne 20%”, „Jestem z siebie dumny, tobie też by się spodobało to powietrze, jest takie rześkie”. Czytałam to z niedowierzaniem, siedząc w cieplutkim salonie rodziców i pijąc gorącą czekoladę.

Uciekłam od niego

Czwartego dnia mrozy zelżały, ale przyszła odwilż. A wraz z nią wilgotne, ciężkie powietrze. Krzysztof, w swoim geniuszu, postanowił, że skoro na zewnątrz jest cieplej, to można całkowicie wyłączyć piec na kilka godzin w ciągu dnia, żeby wykorzystać „bezwładność cieplną budynku”.

Wrócił do swojej ukochanej piwnicy, żeby posłuchać muzyki i uczcić sukces swoich oszczędności. Włączył swój najdroższy skarb – unikatowy, japoński wzmacniacz lampowy z lat 70., który kosztował tyle, co mały samochód. Był to sprzęt, na który chuchał i dmuchał. Włączył zasilanie. Lampy zaczęły się nagrzewać.

Wróciłam do domu w piątek po południu. Nie uprzedziłam go. Chciałam zobaczyć, jak wygląda życie singla-dusigrosza. Już w przedpokoju uderzył mnie dziwny zapach. Nie był to zapach obiadu, ani nawet chłodu. To był swąd spalenizny wymieszany z zapachem mokrego tynku.

– Krzysiek?! – zawołałam, zrzucając buty.

Nikt nie odpowiedział. Pobiegłam do salonu – pusto. Kuchnia – pusto. Zeszłam na dół, do piwnicy. Drzwi były otwarte. Krzysztof siedział na fotelu, ukryty w ciemnościach, wpatrując się w martwy sprzęt. Wyglądał jak zbity pies.

– Co się stało? – zapytałam, zapalając światło.

Zniszczył swój sprzęt

Wtedy to zobaczyłam. Jego ukochany wzmacniacz stał na półce, ale coś było z nim nie tak. Obudowa była okopcona. A co gorsza, na ścianie za regałem z płytami rozkwitła wielka, czarno-zielona plama pleśni, która musiała rozwijać się tam od tygodni, ukryta za meblami, karmiona brakiem ogrzewania i wentylacji.

– Włączyłem go… – wychrypiał Krzysztof. Głos mu drżał. – Włączyłem go, jak zawsze. I nagle coś strzeliło. Poszedł dym. Ewelina, on się spalił.

Podeszłam bliżej. Na metalowych elementach sprzętu widać było kropelki wody. Kondensacja.

– Spójrz na to – wskazałam palcem na wilgoć osiadłą na chłodnym metalu. – Wniosłeś tu zimne powietrze albo po prostu wilgoć skropliła się na zimnym sprzęcie, gdy lampy zaczęły grzać. Zrobiłeś zwarcie.

– Ale jak? Przecież tu jest sucho… – zaczął, ale urwał, gdy spojrzał na ścianę z płytami.

Okładki jego unikatowych winyli, tych pierwszych wydań, o których opowiadał z takim namaszczeniem, były pofalowane. Wilgoć, którą tak ignorował, weszła w papier. Wyciągnął jedną z płyt. Na czarnym krążku widać było nalot.

– Moja kolekcja… – szepnął. – Płyty też?

– Wyziębiłeś dom – powiedziałam, nie czując satysfakcji, a jedynie smutek. – Uszczelniłeś go tak, że przestał oddychać. W piwnicy zrobiłeś termos z wilgocią. A potem, przy tej nagłej zmianie temperatury i braku cyrkulacji, woda zrobiła swoje.

Dostał nauczkę

Wstał i dotknął ściany. Była mokra i lodowata.

– Wzmacniacz… transformatory… to wszystko do wymiany. Części trzeba sprowadzać z Japonii. To będzie kosztować tysiące – mamrotał, jakby w transie. – A płyty? Niektórych nie da się odkupić.

Tamtego wieczoru w domu zapanowała inna atmosfera. Krzysztof nie kłócił się, gdy podeszłam do sterownika pieca i ustawiłam 21 stopni. Patrzył na to tępo, siedząc na kanapie pod kocem.

Policzyliśmy straty. Naprawa wzmacniacza, jeśli w ogóle możliwa, to koszt około czterech tysięcy złotych. Wartość zniszczonych okładek i płyt trudna do oszacowania, ale sentymentalnie – bezcenna. Do tego doszedł koszt profesjonalnego osuszania ściany w piwnicy i odgrzybiania, bo pleśń weszła głęboko w tynk.

Straciliśmy oszczędności

Okazało się też, że przez brak ogrzewania w jednym z rzadko używanych pokoi na piętrze pękła uszczelka przy grzejniku i woda zaczęła kapać na parkiet, który spuchł i nadawał się do cyklinowania. Łączne straty przekroczyły nasze „oszczędności” na ogrzewaniu z ostatnich pięciu lat.

– Wiesz co jest najgorsze? – zapytał mnie tydzień później, kiedy w domu było już przyjemnie ciepło, a ekipa od osuszania właśnie wynosiła swoje maszyny.

– Że musiałam wyprowadzić się do matki, żebyś to zrozumiał? – zapytałam, smarując grzankę.

– Nie. To, że myślałem, że jestem sprytniejszy od fizyki. Że oszukam system. A tak naprawdę oszukiwałem sam siebie. Myślałem, że kontroluję energię, a ja po prostu niszczyłem nasz dom.

Spojrzałam na niego. Wyglądał na zmęczonego, ale też jakoś lżejszego. Aplikacja w jego telefonie została odinstalowana. Termometr ścienny zniknął z kuchni – wylądował w szufladzie.

Oczywiście Krzysztof nie zmienił się z dnia na dzień w rozrzutnika. Nadal gasi światło w pustych pokojach i pilnuje, żeby woda nie lała się bez sensu podczas mycia zębów. Ale granica została przesunięta. Zrozumiał, że dom ma służyć nam, a nie my domowi i jego wskaźnikom energetycznym.

Odzyskałam męża, a on odzyskał rozsądek. A 21 stopni na termostacie to teraz dla mnie najpiękniejsza liczba na świecie. Czasami trzeba coś stracić, żeby docenić to, co ma się na wyciągnięcie ręki – albo w tym przypadku, na przekręcenie pokrętła.

Ewelina, 44 lata.

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama