„Zimą bardziej niż kaloryfer grzeje mnie miłość kochanka. Mąż i dzieci nie wiedzą, że mamusia ma swoje za uszami”
„Wyszłam na mróz. Tym razem chłód był niemal bolesny. Drogę do domu pokonałam w rekordowym tempie. W głowie miałam chaos. Obraz chorej Zuzi mieszał się z podejrzeniami Jacka i dotykiem Daniela”.

Jestem matką, żoną i kobietą, która każdego ranka nakłada maskę idealnej pracownicy i oddanej domowniczki. Jednak kiedy zamykam za sobą drzwi, a mroźne powietrze uderza mnie w twarz, czuję ulgę. Nie dlatego, że kocham zimę, ale dlatego, że ten chłód jest preludium do jedynego ciepła, jakie od dawna czuję.
Nic nas nie łączyło
Zima w tym roku przyszła wcześnie i była bezlitosna. Śnieg zasypał chodniki, a mróz malował na szybach wzory, które kiedyś uważałabym za piękne, ale teraz wydawały mi się jedynie kratami w moim więzieniu. Nasze mieszkanie na trzecim piętrze starej kamienicy miało swój urok, ale miało też swoje wady. Największą z nich był Jacek i jego obsesja na punkcie oszczędzania.
– Znowu podkręciłaś termostat? – Jacek wszedł do kuchni, pocierając ramiona. Miał na sobie ten swój wyciągnięty, szary sweter, którego nienawidziłam. – Rozmawialiśmy o tym. Ceny szaleją. Dziewiętnaście stopni to optymalna temperatura dla zdrowia.
– Jest mi zimno – odpowiedziałam, nie odrywając wzroku od kanapek, które smarowałam dla dzieci do szkoły. – Po prostu marznę.
– To załóż grubsze skarpetki.
To była kwintesencja naszego małżeństwa w ostatnich latach. Pragmatyzm do bólu, zero emocji, czysta kalkulacja. Kiedyś, dawno temu, Jacek potrafił objąć mnie tak mocno, że traciłam oddech. Potrafił rozpalić we mnie ogień jednym spojrzeniem. Teraz był zarządcą nieruchomości, w której przypadkiem przyszło nam razem mieszkać.
Dbałam o wszystko
Dzieci, Zuzia i Antek, biegały wokół stołu, kłócąc się o ostatni plasterek sera, a ja czułam, jak w środku zamarzam. Nie chodziło o temperaturę powietrza. Chodziło o ten emocjonalny ziąb, który wdzierał się w każdą szczelinę naszej relacji.
– Mamo, znowu wrócisz późno? – zapytała Zuzia, wciągając na nogi rajstopy. Miała osiem lat i oczy, które widziały więcej, niż bym chciała.
– Tak, kochanie. Mamy duży projekt w firmie – kłamstwo przeszło mi przez gardło gładko, jak łyk letniej herbaty. Zbyt gładko.
Jacek nawet nie podniósł wzroku znad telefonu.
– Tylko zrób zakupy, jak będziesz wracać. W lodówce jest tylko światło – mruknął.
Wyszłam z domu dziesięć minut później. Kiedy tylko znalazłam się na klatce schodowej, odetchnęłam głęboko. Czułam się winna, oczywiście. Poczucie winy było moim stałym towarzyszem, niczym cień, który ciągnął się za mną po zaśnieżonych ulicach. Ale pragnienie ciepła było silniejsze.
Czułam, że usycham
Moja praca w dziale księgowości dużej korporacji rzeczywiście bywała wymagająca, ale nie w tym miesiącu. Grudzień i styczeń to u nas zazwyczaj okres względnego spokoju przed ostatecznym zamknięciem roku finansowego. Mimo to, od trzech miesięcy wychodziłam z domu wcześniej i wracałam później, tłumacząc się nawałem obowiązków.
Wsiadłam do autobusu, ale nie wysiadłam pod szklanym biurowcem w centrum. Pojechałam trzy przystanki dalej, gdzie w odrapanych kamienicach mieściły się pracownie artystyczne, małe galerie i Daniel. Poznaliśmy się przypadkiem, w październiku, kiedy szukałam renowatora do starej komody po babci. Jacek twierdził, że to grat, który trzeba wyrzucić, ale ja uparłam się, by ją odnowić. Daniel miał mały warsztat.
Był zupełnym przeciwieństwem mojego męża. Młodszy ode mnie o cztery lata, z wiecznie potarganymi włosami i dłońmi szorstkimi od pracy, ale delikatnymi w dotyku. Kiedy weszłam do jego pracowni, uderzyła mnie fala ciepła. W rogu stał wielki piec kaflowy, w którym wesoło trzaskał ogień. To nie był ten suchy żar z kaloryfera. To było żywe, pulsujące ciepło.
Potrzebowałam odmiany
Nie rzuciłam mu się w ramiona od razu. To nie był tani romans z filmu. Nasza relacja budowała się na czymś innym. Na rozmowie, uwadze. Daniel zaparzył kawę w obtłuczonych kubkach. Usiedliśmy na starej, welurowej kanapie, którą właśnie odnawiał.
– Jak się czujesz? – zapytał, patrząc mi prosto w oczy.
To proste pytanie. Jacek pytał: „Co na obiad?”, „Zapłaciłaś rachunki?”, „Gdzie są moje klucze?”. Daniel pytał: „Jak się czujesz?”. I czekał na odpowiedź.
– Zmęczona – przyznałam, ogrzewając dłonie o kubek. – W domu jest sztywno. Jacek znowu robi awantury o ogrzewanie. Dzieci są absorbujące. Czasem mam wrażenie, że jestem tylko funkcją.
Daniel ujął moją dłoń. Jego palce były ciepłe. W tym momencie, w tej zagraconej pracowni pełnej trocin i starych mebli, czułam się bardziej w domu niż we własnym mieszkaniu. To było przerażające i cudowne zarazem. Nie robiliśmy nic spektakularnego. Czasem po prostu siedzieliśmy, a on czytał mi fragmenty książek, albo opowiadał o historii krzesła, które naprawiał. To był azyl. Ucieczka przed szarą rzeczywistością, w której liczyły się tylko obowiązki i oszczędności.
Czułam, że oddycham
Ten wtorek miał być taki sam jak inne. Miałam spędzić u Daniela trzy godziny, a potem wrócić do biura, by odbić kartę i pojechać do domu. Siedzieliśmy przy piecu, a on pokazywał mi szkice swoich autorskich mebli.
– Masz talent – powiedziałam z podziwem. – Dlaczego nie pokażesz tego światu?
– Bo świat nie zawsze rozumie rzemiosło – wzruszył ramionami. – Wolą masową produkcję. Szybko, tanio, byle jak. Trochę jak dzisiejsze relacje, nie sądzisz?
Zamilkłam. To uderzyło we mnie zbyt mocno. Moje małżeństwo z Jackiem stało się właśnie taką „masową produkcją”. Funkcjonowaliśmy sprawnie, ale bez duszy.
– Nie chciałam cię zasmucić – Daniel natychmiast wyczuł zmianę nastroju. Przesunął się bliżej i objął mnie ramieniem. Oparłam głowę na jego piersi, słuchając bicia jego serca. Było miarowe, spokojne.
– Nie zasmuciłeś. Po prostu… zastanawiam się, dokąd to wszystko zmierza. Co ja właściwie robię?
– Szukasz ciepła. Każdy człowiek do życia potrzebuje słońca. Jeśli nie masz go w domu, szukasz go na zewnątrz. To instynkt przetrwania.
Nie chciałam wracać
Brzmiało to jak usprawiedliwienie, którego tak bardzo potrzebowałam. Tak, to była walka o przetrwanie. Mojej duszy, mojej kobiecości. Kiedy Jacek wieczorami odwracał się do ściany, mrucząc coś o wczesnym wstawaniu, czułam się jak stary, niepotrzebny mebel. Tutaj, przy Danielu, czułam, że żyję. Że moja skóra reaguje na dotyk, że moje myśli są ważne, że mój śmiech ma znaczenie.
Tamtego dnia Daniel przygotował dla nas prowizoryczny obiad na małej kuchence turystycznej. Zwykły makaron z sosem pomidorowym, ale smakował lepiej niż wykwintne kolacje, na które Jacek zabierał mnie raz do roku w rocznicę ślubu, by „odfajkować” obowiązek. Karmiliśmy się rozmową, śmiechem i bliskością. Czas płynął inaczej.
Nagle mój telefon zawibrował na stole. To był sygnał powrotu do rzeczywistości. Spojrzałam na ekran. „Mąż”. Serce podeszło mi do gardła. Zwykle nie dzwonił w godzinach mojej „pracy”, wysyłał tylko SMS-y z listą zakupów.
– Odbierz – szepnął Daniel, wycofując się taktownie w głąb pracowni.
Byłam w tarapatach
Wzięłam głęboki oddech i odebrałam, starając się, by mój głos brzmiał profesjonalnie.
– Tak, słucham?
– Ewelina, gdzie ty jesteś? – głos Jacka był dziwny. Napięty.
– W pracy, przecież wiesz. Mam spotkanie z klientem. Co się stało?
– Dzwoniłem do twojego biura. Na stacjonarny. Recepcjonistka powiedziała, że nie ma cię w budynku od dziewiątej rano.
Zimny pot spłynął mi po plecach. Świat na chwilę zawirował. To był ten moment. Moment, w którym kłamstwo, budowane misternie przez tygodnie, zaczęło pękać jak cienki lód. Mój umysł pracował na najwyższych obrotach. Musiałam wymyślić coś natychmiast. Coś wiarygodnego.
– Boże, Jacek, przecież mówiłam ci rano, że jadę do urzędu skarbowego wyjaśniać te błędy w deklaracjach VAT – wyrzuciłam z siebie z udawaną irytacją. – Recepcjonistka nie wie o każdym moim ruchu. Siedzę tu w kolejce od trzech godzin i mam dość. O co chodzi? Dlaczego mnie sprawdzasz?
Byłam bezradna
Atak jest najlepszą formą obrony. Wiedziałam, że Jacek nienawidzi urzędów i biurokracji, to zawsze go peszyło. Zapadła cisza. Słyszałam jego oddech w słuchawce.
– Nie sprawdzam cię – powiedział w końcu, tonem nieco mniej oskarżycielskim, ale wciąż podejrzliwym. – Po prostu… Zuzia zachorowała. Szkoła dzwoniła. Ma gorączkę. Musiałem wyjść z pracy i ją odebrać. Jestem z nią w domu, ale nie mogę znaleźć syropu, tego, co zawsze kupujesz.
– Jest w górnej szafce w kuchni, za herbatami – powiedziałam, czując, jak fala wyrzutów sumienia zalewa mnie niczym tsunami. Moje dziecko było chore, a ja siedziałam w pracowni innego mężczyzny, jedząc makaron i bawiąc się w romantyczną ucieczkę.
– Dobra, mam. Kiedy będziesz?
– Postaram się urwać jak najszybciej. Może za godzinę.
Rozłączyłam się i usiadłam ciężko na kanapie. Czar prysł. Ciepło kominka przestało być kojące, a stało się duszne. Daniel wrócił do mnie, widząc moją minę.
– Coś z dziećmi?
– Zuzia jest chora. Muszę wracać. Jacek dzwonił do biura. Prawie się wydało.
Miałam wyrzuty sumienia
Daniel milczał przez chwilę. Nie oceniał mnie, nigdy tego nie robił, ale widziałam w jego oczach smutek. Wiedział, że w starciu z moją rodziną, on zawsze będzie na straconej pozycji, mimo całego ciepła, jakie mi dawał.
– Rozumiem – powiedział cicho. – Idź. Ona cię potrzebuje.
Zaczęłam się pospiesznie ubierać. Szalik, czapka, rękawiczki. Każda kolejna warstwa odzieży była jak pancerz, który musiałam nałożyć z powrotem. Pancerz matki i żony. Przed wyjściem Daniel chwycił mnie za rękę i przyciągnął do siebie.
– Pamiętaj tylko, żebyś w tym wszystkim nie zgubiła siebie – szepnął, całując mnie w czoło. – I pamiętaj, że tu zawsze jest ciepło.
Wyszłam na mróz. Tym razem chłód był niemal bolesny. Drogę do domu pokonałam w rekordowym tempie. W głowie miałam chaos. Obraz chorej Zuzi mieszał się z podejrzeniami Jacka i dotykiem Daniela. Czułam się jak hipokrytka. Najgorszego sortu.
Kiedy weszłam do mieszkania, uderzyło mnie znane, chłodne powietrze. Jacek rzeczywiście nie podkręcił ogrzewania, mimo że dziecko było chore.
– Jestem! – zawołałam, zrzucając buty.
Nic nie podejrzewał
Jacek wyszedł z pokoju dziecięcego. Wyglądał na zmęczonego.
– Zasnęła – powiedział. – Dałem jej leki. Ewelina, musimy pogadać.
Zamarłam. Czyżby jednak nie uwierzył w historię z urzędem? Serce waliło mi jak młotem.
– O czym? – zapytałam, starając się brzmieć naturalnie.
– O nas. O tobie. Ostatnio jesteś… nieobecna. Nawet jak jesteś w domu, to cię nie ma. Ciągle te nadgodziny, te wyjazdy. Dziś dzwoniłem do twojej szefowej.
Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Nogi się pode mną ugięły. To koniec. Wszystko się wydało. Zburzyłam rodzinę dla kilku chwil ciepła w starej kamienicy.
– Do szefowej? – powtórzyłam głucho.
– Tak. Chciałem zapytać, czy może cię zwolnić wcześniej ze względu na Zuzię, zanim zadzwoniłem do ciebie. Powiedziała, że jesteś w terenie. Że ostatnio dużo jeździsz.
Odetchnęłam tak głośno, że aż się obejrzał. Moja szefowa, stara, dobra Grażyna, która sama miała za sobą burzliwy rozwód, kryła mnie. Nieświadomie albo celowo – tego nie wiedziałam, ale w tej chwili miałam ochotę paść jej do stóp.
– No tak, mówiłam ci. Dużo spraw na mieście – wydukałam.
Był racjonalny
Jacek podszedł bliżej. Spojrzał na mnie tymi swoimi szarymi, analitycznymi oczami.
– Może powinnaś zmienić pracę? – zapytał niespodziewanie. – Wykańczasz się. Wyglądasz na inną. Masz wypieki, oczy ci błyszczą jakoś dziwnie gorączkowo. Może też cię coś bierze?
Dotknął mojego czoła. Jego dłoń była chłodna. Cofnęłam się odruchowo.
– Nie, jestem zdrowa. To tylko… mróz na dworze.
– Zrobię ci herbaty – powiedział i poszedł do kuchni.
Stałam w przedpokoju, patrząc na jego plecy. Chciał mi zrobić herbatę. To był gest troski, na jaki go było stać. Drobny, pragmatyczny. A ja właśnie wróciłam z ramion innego mężczyzny, pachnąca dymem z kominka i cudzymi perfumami, które desperacko próbowałam zagłuszyć wiatrem podczas powrotu.
Weszłam do pokoju Zuzi. Spała niespokojnie, rozpalona gorączką. Usiadłam na brzegu łóżka i pogłaskałam ją po włosach.
– Przepraszam – szepnęłam do niej bezgłośnie. – Przepraszam, że mama szuka ciepła gdzie indziej.
Nie mogłam przestać
Zrozumiałam wtedy coś przerażającego. Nie mogłam przestać. Mimo strachu, mimo ryzyka, mimo wyrzutów sumienia. To ciepło u Daniela było jak narkotyk. Wiedziałam, że jutro, pojutrze, albo za tydzień, znowu wymyślę kłamstwo. Jacek wszedł do pokoju z kubkiem parującej herbaty.
– Masz, z cytryną – podał mi kubek.
– Dziękuję – powiedziałam, biorąc go w dłonie. Kubek parzył, ale w środku wciąż czułam pustkę.
Spojrzałam na męża. Był dobrym człowiekiem. Dbał o nas na swój sposób. Ale nie potrafił ogrzać mojej duszy. A ja byłam zbyt tchórzliwa, by odejść, i zbyt spragniona uczuć, by zostać w pełni wierną. Pociągnęłam łyk herbaty. Była gorzka. Zapomniał posłodzić.
– Jutro też musisz wyjść rano? – zapytał szeptem, by nie obudzić małej.
– Tak – skłamałam, patrząc mu prosto w oczy. – Jutro mam bardzo ważną sprawę do załatwienia.
Zima za oknem szalała w najlepsze. Śnieg sypał gęsto, przykrywając brudne ulice białą kołdrą. A ja wiedziałam, że dopóki trwają mrozy, będę uciekać do tego jedynego miejsca, gdzie nie muszę nosić grubych skarpet, by nie marznąć. Nawet jeśli cena za to ciepło pewnego dnia okaże się zbyt wysoka.
Ewelina, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W tłusty czwartek podarłam się z teściową o faworki. Po rodzinnym spotkaniu pozostał tylko niesmak”
- „Byłam taka szczęśliwa, gdy w walentynki mąż zaskoczył mnie różami. Szkoda, że nie tylko dla mnie był taki słodziutki”
- „Gniłem w nudnym związku, bo tak było mi wygodniej. W te walentynki zrozumiałem, że oszukiwałem się przez całe życie”

