Reklama

Nigdy nie myślałam o sobie jako o kobiecie „w pewnym wieku”. W mojej głowie wciąż miałam trzydzieści lat, wciąż czułam ten sam głód życia, te same pragnienia, ale metryka była nieubłagana. Pięćdziesiątka zbliżała się wielkimi krokami, a wraz z nią poczucie totalnej niewidzialności. To dziwne uczucie, kiedy wchodzisz do pokoju, a obecni w nim mężczyźni – w tym twój własny mąż – patrzą przez ciebie, jakbyś była elementem umeblowania.

Byłam zmęczona życiem

Jacek, mój mąż od dwudziestu siedmiu lat, był dobrym człowiekiem. Nie pił, przynosił wypłatę, ale nasza namiętność umarła śmiercią naturalną gdzieś między spłatą kredytu we frankach a wyprowadzką naszej córki Kasi. Wieczory spędzaliśmy na dwóch końcach kanapy. On z pilotem, ja z książką lub telefonem. Czułam się jak zwiędły kwiat w wazonie, w którym wszyscy zapomnieli zmienić wodę.

Wtedy wymyśliłam ten remont kuchni. Moje królestwo, które od lat prosiło się o pomstę do nieba. Odpadająca okleina na szafkach, zacinające się szuflady, ten okropny kolor ścian z lat 90. To miał być mój projekt, moja odskocznia. Sposób na to, by poczuć, że mam na coś wpływ.

– Musimy to zrobić – powiedziałam przy niedzielnym obiedzie.

Mąż nawet nie podniósł wzroku znad rosołu.

– Daj spokój. Kto to będzie robił? Ja nie mam czasu, w firmie chaos, wracam zarżnięty. A ekipy teraz biorą krocie i terminy mają na za rok.

– Ale ja już nie mogę na to patrzeć! – mój głos zadrżał, choć nie chodziło tylko o kuchnię. Chodziło o to, że nic się nie zmieniało.

Pomógł z remontem

Wtedy odezwała się Kasia. Wpadła do nas na chwilę, w biegu, między jednym spotkaniem biznesowym a drugim. Moja córka – ambitna, piękna, zawsze z telefonem przy uchu.

– Mamo, Czarek ci to zrobi – rzuciła, nakładając sobie sałatki. – On ma teraz dwa tygodnie przestoju w firmie, a wiesz, że uwielbia majsterkować. Zrobi to lepiej niż jakikolwiek fachowiec, a ty mu tylko zrobisz pierogi, które tak lubi.

Spojrzałam na nią zszokowana.

– Ale jak to? Przecież on ma urlop, powinien odpocząć.

– Daj spokój, on nie umie siedzieć na tyłku. Dla niego to relaks. Zresztą… – zawiesiła głos, jakby chciała powiedzieć coś więcej, ale machnęła ręką. – Wyślę go do ciebie we wtorek.

Czarek przyjechał następnego dnia punktualnie o ósmej. Znałam go od pięciu lat. Był dobrym mężem dla Kasi, choć zawsze wydawało mi się, że ona go nieco dominuje. On – spokojny, pracowity, taki do rany przyłóż. Ona – wulkan energii, karierowiczka.

– Cześć, mamo – uśmiechnął się tym swoim chłopięcym uśmiechem, wnosząc skrzynkę z narzędziami. – No to co, robimy rewolucję?

To „mamo” zawsze mnie postarzało, ale tym razem zabrzmiało jakoś inaczej. Może dlatego, że w domu było pusto. Jacek wyszedł do pracy wcześnie rano, mrucząc coś pod nosem. Zostaliśmy sami.

Polubiłam go

Pierwsze trzy dni były czysto techniczne. Demolka. Pył unoszący się w powietrzu, wynoszenie starych mebli. Czarek pracował jak maszyna. Byłam pod wrażeniem jego siły. Kiedy wynosił ciężką lodówkę, widziałam, jak napinają się mięśnie na jego ramionach. Złapałam się na tym, że patrzę na niego dłuższą chwilę. Natychmiast się skarciłam. „Opanuj się. To mąż twojej córki”.

Ale atmosfera w domu, w którym trwa remont, ma swoją specyfikę. Jest intymna. Byliśmy odcięci od świata, zamknięci w bałaganie, skazani na siebie. Robiłam mu kawę, potem drugie śniadanie. Siadaliśmy na podłodze w salonie, jedząc kanapki wśród folii malarskiej.

– Kasia dzwoniła? – zapytałam trzeciego dnia, gdy ocierał pot z czoła wierzchem dłoni.

Skrzywił się lekko.

– Wysłała SMS-a. Jest w delegacji w Gdańsku. Znowu.

W jego głosie usłyszałam nutę goryczy, której wcześniej nie zauważałam.

– Dużo pracuje – powiedziałam dyplomatycznie.

– Pracuje… – westchnął, patrząc na swoje brudne od gipsu dłonie. – Wiesz, czuję się w tym naszym apartamencie jak w hotelu. Mijamy się. A jak już się widzimy, to ona jest zawsze zmęczona.

To był pierwszy raz, kiedy zwrócił się do mnie po imieniu. Przeszły mnie ciarki, ale nie zwróciłam mu uwagi. To brzmiało dobrze.

Granica zaczęła się zacierać

Przełom nastąpił w piątek. Czarek szlifował gładź na ścianach. Był cały biały od pyłu. W pewnym momencie zdjął koszulkę. Weszłam z dzbankiem lemoniady i zamarłam. Stał na drabinie, tyłem do mnie. Szerokie plecy, wyrzeźbione, mokre od potu, na których osiadał biały pył. Promienie słońca wpadały przez okno, oświetlając go jak jakąś antyczną rzeźbę. Poczułam uderzenie gorąca, które nie miało nic wspólnego z temperaturą otoczenia.

– Przyniosłam picie – mój głos był nienaturalnie wysoki.

Odwrócił się gwałtownie, prawie tracąc równowagę. Złapał się framugi. Spojrzał na mnie z góry. Zeszedł z drabiny, stając blisko mnie. Czułam zapach jego ciała.

– Dzięki, ratujesz mi życie – powiedział, patrząc mi prosto w oczy. – Jacek nie wie, jakie ma szczęście, że ma taką kobietę w domu.

– Jacek chyba już dawno zapomniał, że w ogóle ma kobietę – wyrwało mi się, zanim zdążyłam ugryźć się w język.

Zapadła cisza. Gęsta, ciężka cisza, w której słychać było tylko brzęczenie muchy obijającej się o szybę.

– To idiota – powiedział Czarek. Nie żartował. Mówił poważnie, z jakąś dziwną złością.

Rozumieliśmy się

Tego dnia nie zrobiliśmy już wiele. Rozmawialiśmy o tym, że on czuje się niedoceniany przez Kasię, a ja czuję się samotna. Okazało się, że łączy nas więcej niż myślałam. Oboje byliśmy „tymi drugimi” w naszych małżeństwach. Tymi, którzy czekają, starają się, dbają o dom, i dostają w zamian obojętność. Ta wspólnota bólu była silniejszym afrodyzjakiem niż cokolwiek innego.

W następnym tygodniu Jacek wyjechał na trzydniową konferencję. Byłam sama w domu. Czarek przychodził codziennie, zostawał coraz dłużej. „Żeby skończyć przed weekendem”, tłumaczył, ale oboje wiedzieliśmy, że to kłamstwo. We wtorek wieczorem rozpętała się burza. Prawdziwa nawałnica. Światła w domu zamigotały i zgasły. Byliśmy w kuchni, montując uchwyty do szafek. Zapadła ciemność, rozświetlana tylko błyskawicami za oknem.

– Masz gdzieś świeczki? – zapytał z mroku. Jego głos był tuż obok mojego ucha.

– W salonie, w komodzie – szepnęłam.

Ruszyłam po omacku w stronę drzwi, ale potknęłam się o zostawioną na podłodze skrzynkę. Nie upadłam. Silne ramiona złapały mnie w pasie.

Chciałam tego

Powinnam się wyrwać. Powinnam zaśmiać się, obrócić to w żart, zapalić latarkę w telefonie i zakończyć tę farsę. Byłam jego teściową, matką jego żony. To było złe, niemoralne, ale moje ciało miało własny rozum. Oparłam się o niego mocniej. Odwróciłam się w jego ramionach. W blasku błyskawicy zobaczyłam jego twarz.

– Nie powinniśmy – powiedziałam, ale moje dłonie same powędrowały na jego kark. Dotknęłam jego włosów.

– Wiem – odpowiedział. – Ale nie mogę przestać o tobie myśleć od tygodnia. Kiedy tak chodzisz, kiedy się śmiejesz, kiedy podajesz mi kawę… Jesteś taka ciepła. Kasia jest jak lód.

To, co wydarzyło się później, było eksplozją tłumionych latami emocji. Czarek sprawił, że czułam się jak bogini. Obudziłam się w swoim łóżku, sama. Przez chwilę myślałam, że to był tylko sen. Wyjątkowo realistyczny sen znudzonej gospodyni domowej. Zeszłam na dół. Kuchnia była posprzątana. Narzędzia ułożone. Światło działało. Na stole leżała kartka. „Musiałem jechać do firmy. Wrócę o 16 dokończyć listwy. Cz.”.

Tylko tyle. Żadnych serduszek, żadnych wyznań. A jednak moje serce podskoczyło do gardła. Bałam się tego spotkania. Bałam się, że spojrzy na mnie z obrzydzeniem, że zrozumie, co zrobiliśmy.

Miałam wyrzuty sumienia

Kiedy wrócił po południu, nie było w nim wstydu.

– Myślałem, że zwariuję, zanim tu wrócę.

Przez następne cztery dni żyliśmy w bańce. Jacek wciąż był na konferencji, Kasia przedłużyła pobyt w Gdańsku. Byliśmy tylko my. Remont zszedł na drugi plan, choć jakimś cudem udało nam się skończyć kuchnię. Rozmawialiśmy godzinami. Opowiadał mi o swoich marzeniach, o tym, że chciałby otworzyć własny warsztat, ale Kasia uważa, że to mało ambitne.

Czułam się winna. Każde spojrzenie na zdjęcie Kasi wiszące na ścianie było jak cios nożem w brzuch. Zdradzałam męża, zdradzałam córkę. Łamałam podstawowe tabu, a jednocześnie moja skóra nabrała blasku, oczy mi błyszczały. Grzech odmładza najlepiej.

Wszystko skończyło się w niedzielę. Jacek wrócił, rzucił brudną walizkę w przedpokoju i poszedł spać. Nawet nie zauważył nowej kuchni. Kiedy w końcu wszedł, mruknął tylko: „No, ładnie. Czarek się spisał. Ile mu zapłaciłaś?”. Zacisnęłam zęby, żeby nie krzyczeć. Kasia wpadła wieczorem. Była opalona, wiatrem z Gdańska, uśmiechnięta. Rzuciła się Czarkowi na szyję.

– Misiu, tęskniłam! Widzę, że odwaliłeś kawał dobrej roboty u mamy. Jesteś niesamowity.

Patrzyłam, jak go całuje. To było fizycznie bolesne. Czarek spojrzał na mnie ponad jej ramieniem. Jego wzrok był nieodgadniony, smutny, ale też… współwinny. W tym jednym spojrzeniu zawarliśmy pakt milczenia.

Nie żałuję

Od tamtego lata minęły trzy miesiące. Kuchnia wygląda pięknie. Każdy, kto nas odwiedza, chwali dobór kolorów i precyzję wykonania. Ja jednak widzę tam coś innego. Kiedy robię kawę w kuchni, przypominam sobie dotyk dłoni Czarka. Czy to się skończyło? Oficjalnie tak. Remont się skończył, ale tydzień temu zepsuła mi się spłuczka w łazience. Jacek powiedział, że wezwie hydraulika.

– Nie trzeba – powiedziałam. – Zadzwonię do Czarka. On to zrobi najlepiej.

Kiedy przyjechał, Kasia była w pracy. Wszedł do łazienki, zamknął drzwi. Podałam mu klucz francuski.

– Tęskniłem – szepnął.

– Ja też – odpowiedziałam, wiedząc, że właśnie kupuję sobie bilet w jedną stronę do piekła.

Nie wiem, jak to się skończy. Kiedy to wyjdzie na jaw – a takie rzeczy zawsze wychodzą – stracę wszystko: córkę, męża (choć jego straciłam już dawno), szacunek otoczenia. Ale teraz, w tej chwili, kiedy on patrzy na mnie, nie potrafię powiedzieć „stop”. Jestem kobietą, która ukradła męża własnej córce. I najstraszniejsza prawda jest taka, że gdybym mogła cofnąć czas, zrobiłabym to znowu. Bo dzięki niemu przypomniałam sobie, że wciąż jestem człowiekiem, a nie tylko funkcją w rodzinie.

Elżbieta, 50 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama