Reklama

Zgubiłam portfel w najbardziej zwyczajnym dniu, takim, który nie zapowiada żadnych zmian. Gdy obcy mężczyzna oddał mi go z lekkim uśmiechem, poczułam dziwny niepokój, jakby ta krótka chwila miała swój dalszy ciąg. Odepchnęłam tę myśl. Życie jednak lubi wracać do spraw niedokończonych.

Portfel i spojrzenie

Stałam przy kasie w małym sklepie osiedlowym, kiedy poczułam znajome ukłucie paniki. Torebka była otwarta. Zbyt lekka. Przełknęłam ślinę i zaczęłam nerwowo przeszukiwać jej wnętrze, ignorując narastającą kolejkę za plecami.

– Wszystko w porządku? – zapytała kasjerka, ale ja już wiedziałam.

Portfela nie było. Wyszłam na zewnątrz, próbując oddychać spokojnie, choć serce waliło mi jak oszalałe. Dokumenty, zdjęcie mamy sprzed lat, kartka z numerem telefonu syna, którą nosiłam „na wszelki wypadek”. Wszystko przepadło. Oparłam się o zimną ścianę budynku i zamknęłam oczy, próbując sobie przypomnieć, gdzie mogłam go zgubić.

– Przepraszam… chyba czegoś pani szuka.

Otworzyłam oczy. Stał przede mną mężczyzna, mniej więcej w moim wieku, z portfelem w dłoni. Tym portfelem. Poznałam go od razu po przetartym rogu.

– To… to mój – powiedziałam cicho.

Wypadł pani na parkingu. Zauważyłem dopiero, gdy pani weszła do sklepu – odparł, podając mi go ostrożnie, jakby to była rzecz krucha.

Wzięłam portfel, a nasze palce zetknęły się na ułamek sekundy. Głupstwo, nic znaczącego, a jednak poczułam się dziwnie speszona. Spojrzał mi prosto w oczy. Nie nachalnie, raczej uważnie, jakby chciał zapamiętać moją twarz.

– Dziękuję. Naprawdę dziękuję – dodałam po chwili. – Chciałam… może zaproponuję kawę? W ramach wdzięczności.

Uśmiechnął się lekko i pokręcił głową.

– Nie trzeba. Proszę tylko bardziej pilnować takich skarbów.

Skinęłam głową, a on odszedł, zanim zdążyłam zapytać o imię. Stałam jeszcze chwilę na parkingu, obserwując, jak znika za rogiem ulicy. Próbowałam wmówić sobie, że to zwykłe spotkanie, jedno z wielu. A jednak przez resztę dnia co chwilę wracał mi przed oczy jego spokojny głos i to spojrzenie. Wieczorem opowiadałam o wszystkim koleżance przez telefon, śmiejąc się z własnej nadwrażliwości.

– Dorabiasz historię do przypadkowego zdarzenia – stwierdziła. – Ludzie oddają portfele. To się zdarza.

Wiedziałam, że ma rację. A mimo to, gdy kładłam się spać, miałam dziwne przeczucie, że jeszcze go zobaczę. I że to kolejne spotkanie nie będzie już takie niewinne.

Sprawa była zakończona

Minęły trzy tygodnie. Życie wróciło na swoje tory, a portfel lądował w torebce zawsze w tym samym miejscu, jakbym chciała udowodnić samej sobie, że wyciągnęłam wnioski. Czasem jednak łapałam się na tym, że rozglądam się na ulicy, w sklepie, w autobusie. Bez sensu. Nawet nie znałam jego imienia.

Tamtego dnia spieszyłam się do pracy. Padał drobny deszcz, który nie tyle moczył, co irytował. Wpadłam do autobusu w ostatniej chwili, dysząc ciężko, z sercem w gardle. Drzwi zamknęły się za mną, a ja uniosłam wzrok i wtedy go zobaczyłam. Siedział kilka miejsc dalej, oparty o szybę. Ten sam spokojny wyraz twarzy, to samo uważne spojrzenie. Przez moment pomyślałam, że to tylko podobieństwo, ale on też mnie zauważył. Uniósł brwi ze zdziwieniem, a potem uśmiechnął się, jakby spotkanie było czymś naturalnym.

– Wygląda na to, że los lubi nas sobie przypominać – powiedział, gdy podeszłam bliżej.

Usiadłam naprzeciwko, czując, jak rumieniec wpełza mi na policzki.

– Widocznie – odpowiedziałam. – Tym razem niczego nie zgubiłam.

– To dobrze. Choć przyznam, że od tamtej pory czasem zastanawiałem się, czy wszystko u pani w porządku.

Zaskoczyła mnie ta szczerość. Normalnie wzruszyłabym ramionami, zmieniła temat, ale coś w jego głosie sprawiło, że poczułam się swobodnie.

– Tak. Po prostu miałam gorszy dzień.

Przez kilka przystanków rozmawialiśmy o zupełnych drobiazgach. O pogodzie, o opóźnieniach autobusów, o tym, jak łatwo zgubić się w codziennym pośpiechu. Dowiedziałam się, gdzie pracuje i że codziennie jeździ tą samą linią, tylko zwykle o innej godzinie.

– Może następnym razem zdążymy razem wypić kawę– rzucił, gdy zbliżał się mój przystanek.

Tym razem nie odmówiłam od razu. Wysiadłam, a on pomachał mi przez szybę. Przez resztę dnia byłam rozkojarzona. Coś, co zaczęło się od zgubionego portfela, powoli wkraczało w moje uporządkowane życie. I nie byłam już pewna, czy chcę to zatrzymać.

Nie chciałam go tam zobaczyć

Nie zdążyłam przygotować się na kolejne spotkanie. Właściwie nawet o nim nie myślałam, zajęta sprawami, które od tygodni odkładałam. Telefon od dyrektorki szkoły mojego syna wyrwał mnie z pracy w południe.

Proszę przyjechać jak najszybciej – powiedziała krótko. – Doszło do nieporozumienia, ale musimy to wyjaśnić.

Jechałam tam z głową pełną czarnych myśli. W sekretariacie panowała cisza, taka nienaturalna. Drzwi do gabinetu były uchylone. Weszłam bez pukania i wtedy go zobaczyłam. Stał przy oknie, z rękami splecionymi z tyłu. Odwrócił się, gdy trzasnęły drzwi. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w osłupieniu, jakby ktoś nagle zmienił scenariusz w połowie zdania.

– To pani… – powiedział jednocześnie ze mną.

Dyrektorka spojrzała na nas z zaciekawieniem.

Widzę, że się znacie. To uprości sprawę.

Okazało się, że był nowym wychowawcą klasy, do której od niedawna chodził mój syn. Chodziło o drobną sprzeczkę między dziećmi, wyolbrzymioną przez dorosłych. Siedziałam naprzeciwko niego, słuchając wyjaśnień, a w głowie miałam chaos. W autobusie wydawał się kimś z zewnątrz mojego świata. Teraz nagle był jego częścią.

– Nie wiedziałem, że to pani syn – powiedział cicho, gdy wyszliśmy na korytarz.

Ja też nie wiedziałam, że… że pan tu pracuje – odpowiedziałam, czując dziwny skurcz w żołądku.

Zapadła niezręczna cisza. Ludzie mijali nas, a ja miałam wrażenie, że stoimy w miejscu zbyt długo.

– Chciałem zaproponować kawę – dodał po chwili. – Ale teraz nie wiem, czy to wypada.

Spojrzałam na niego uważnie. Ta sytuacja była wszystkim, tylko nie prosta. A jednak poczułam ulgę, że to właśnie on tu był, a nie ktoś obcy i chłodny.

– Może nie dziś – odpowiedziałam szczerze. – Ale… nie mówię „nie”.

Uśmiechnął się, tym samym spokojnym uśmiechem co wtedy, gdy oddawał mi portfel. Wyszłam ze szkoły z poczuciem, że granice, które znałam, właśnie się przesunęły. I że następny krok będzie już naprawdę ważny.

Granice zaczęły znikać

Przez kilka dni po spotkaniu w szkole żyłam w napięciu, jakby ktoś rozciągnął we mnie cienką strunę. Każdego ranka, odprowadzając syna, rozglądałam się po korytarzu, udając przed samą sobą, że to czysta ciekawość. Kiedy w końcu go zobaczyłam, serce podeszło mi do gardła.

– Dzień dobry – powiedział spokojnie, jakbyśmy byli tylko rodzicem i nauczycielem.

– Dzień dobry – odpowiedziałam, zbyt oficjalnie.

Stał oparty o parapet, obserwując dzieci wbiegające do klas. Przez moment rozmawialiśmy o planie lekcji, o wycieczce, którą szkoła organizowała na wiosnę. Wszystko było poprawne, bezpieczne. A jednak w jego spojrzeniu kryło się coś, czego nie potrafiłam nazwać. Po południu zadzwonił telefon. Nieznany numer.

– Przepraszam, że dzwonię – odezwał się. – Uznałem, że lepiej zapytać wprost. Czy kawa nadal jest możliwa?

Usiadłam na kanapie, ściskając telefon w dłoni.

– Jest – odpowiedziałam po chwili ciszy. – Ale chciałabym, żebyśmy wszystko jasno ustalili.

Spotkaliśmy się w niewielkiej kawiarni niedaleko parku. Usiedliśmy naprzeciwko siebie, jakby stół miał nas chronić przed zbyt szybkimi decyzjami.

Nie chcę komplikować pani życia – zaczął. – Ani swojego. Jeśli to ma być tylko rozmowa, nie mam z tym problemu.

– Ja też nie – przyznałam. – Ale boję się, że to nie jest już „tylko”.

Uśmiechnął się smutno.

– Czasem najprostsze rzeczy przychodzą w najbardziej nieodpowiednim momencie.

Rozmawialiśmy długo. O samotności, o wyborach, których się nie cofnie, o tym, jak łatwo przekroczyć granicę, nawet nie zauważając kiedy. Gdy wychodziliśmy, zapadał zmierzch. Przez chwilę staliśmy obok siebie w ciszy.

– Dziękuję za szczerość – powiedział.

– Ja też – odparłam.

Wracając do domu, wiedziałam jedno: nie da się już udawać, że to przypadek bez znaczenia. Coś się zaczęło. I to ode mnie zależało, dokąd mnie zaprowadzi.

Taki był mój wybór

Nie spotkaliśmy się już tak po prostu, przypadkiem. Przez kolejne tygodnie mijaliśmy się na szkolnym korytarzu z uprzejmym dystansem, który był trudniejszy niż jakakolwiek rozmowa. Każde „dzień dobry” niosło ze sobą niewypowiedziane zdania. Wiedziałam, że obserwuje mnie tak samo uważnie, jak ja jego.

Pewnego popołudnia, gdy czekałam na syna po zajęciach dodatkowych, podszedł do mnie pierwszy raz od dawna.

– Chciałem tylko powiedzieć, że złożyłem wniosek o przeniesienie – powiedział cicho. – To nie ma związku z panią. Przynajmniej tak sobie powtarzam.

Spojrzałam na niego zaskoczona.

– Dlaczego mi to mówisz?

– Bo nie chciałem zniknąć bez słowa. I bo… wtedy, z tym portfelem, zrobiłem coś więcej niż oddanie zguby. Przypomniałem sobie, że czasem warto być uczciwym także wobec siebie.

Nie odpowiedziałam od razu. Poczułam ulgę, ale i żal, jakby coś, co dopiero zaczęło nabierać kształtu, nagle się zatrzymało.

– Ja też się tego nauczyłam – powiedziałam w końcu. – Że nie każde spotkanie musi się skończyć historią. Niektóre mają tylko nas obudzić.

Uśmiechnął się lekko. Po raz ostatni. Kilka miesięcy później znalazłam w torebce stary paragon ze sklepu, z dnia, w którym zgubiłam portfel. Uśmiechnęłam się do siebie. To, co wydarzyło się potem, nie zmieniło mojego życia w oczywisty sposób. Ale zmieniło mnie. Stałam się uważniejsza. Na rzeczy. Na ludzi. Na siebie. I choć nigdy więcej go nie spotkałam, wiedziałam, że czasem jedno uczciwe spojrzenie obcego człowieka wystarczy, by coś w nas na zawsze przesunąć.

Anna, 41 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama