Reklama

Lubię zimno. Właściwie to zawsze lepiej dogadywałam się z mrozem niż z ludźmi. Śnieg nie ocenia, nie zagaduje, nie zadaje pytań, na które nie znam odpowiedzi. Przysłania hałas świata miękką bielą i pozwala po prostu być. Dlatego, gdy tylko zapowiadają ochłodzenie, szykuję plecak, termos, mapę i ruszam w góry. Zwykle w Beskidy — wystarczająco dzikie, by się zgubić, i wystarczająco bliskie, by uciec z Krakowa.

Tego dnia też uciekałam. Bez dramatycznych powodów. Po prostu miasto jest za głośne, ludzie bywają zbyt rozmowni, a moja głowa przepełniona myślami. Znałam trasę, wiedziałam, gdzie planuję dojść, jak długo zajmie mi podejście, gdzie rozłożę się z herbatą. Miałam wszystko zaplanowane. A przynajmniej tak mi się wydawało. Zimowy szlak był niemal pusty. Coś cudownego — tylko skrzypienie śniegu pod butami i wiatr, który zdawał się mówić tylko do mnie. Tak lubię. Tak czuję się najlepiej. Ale im wyżej szłam, tym bardziej niebo się chmurzyło. Gdzieś z tyłu głowy zaczęła się pojawiać myśl, że może to nie był dobry pomysł. Że może tym razem przesadziłam.

Zatrzymałam się na chwilę przy tabliczce — „Do schroniska: 2,5 h”. Ścieżka była już ledwo widoczna, zasypana. I wtedy po raz pierwszy poczułam coś, co rzadko mi się pojawiało: niepokój. Taki prawdziwy, świdrujący, jakby moje ciało wiedziało coś, czego ja jeszcze nie zrozumiałam.

— Dobrze zrobiłam, że tu przyszłam? — zapytałam się po cichu. Ale odpowiedziało mi tylko zimne powietrze i parujący oddech.

Nie lubię prosić o pomoc. Nie lubię, kiedy ktoś widzi, że sobie nie radzę. To jak zdrada samej siebie. Dlatego nie zawróciłam. Bo przecież dam radę. Muszę. Zawsze daję. Nawet kiedy nie chcę.
Może właśnie dlatego nie zauważyłam, że gdzieś z boku, wśród zasp, stoi ktoś jeszcze.

Minęłam go bez słowa

Zatrzymałam się tylko na chwilę. Chciałam odetchnąć, ocenić, ile jeszcze podejścia przede mną, ale zorientowałam się, że nie jestem sama. Kawałek dalej, przy rozwidleniu, stał mężczyzna. Patrzył w stronę zasypanego szlaku, jakby próbował podjąć decyzję, czy iść dalej, czy wracać. Nie zauważył mnie od razu. W rękach trzymał kijki, na plecach miał duży plecak, a na ramieniu osiadły drobne płatki śniegu. Wyglądał na kogoś, kto też wiedział, że robi coś wbrew zdrowemu rozsądkowi, ale i tak to robi.

Minęłam go bez słowa, lekko kiwając głową na przywitanie. Odpowiedział tym samym. Już miałam iść dalej, kiedy odezwał się cicho:

— Schronisko masz jeszcze spory kawałek przed sobą. Śnieg zasypał szlak, znaków prawie nie widać.

Zatrzymałam się. Nie lubiłam, kiedy ktoś mnie zagadywał w górach, ale coś w jego głosie sprawiło, że nie poczułam się zagrożona. Był spokojny, nie narzucał się. Mówił rzeczowo.

— Wiem. Sprawdzam na mapie, jeszcze dwie godziny chyba. — Spojrzałam na niego. — Ty wracasz?

— Nie. Czekam, aż trochę przestanie sypać. Potem też idę na górę. Razem raźniej — rzucił to tak, jakby mówił o pogodzie, nie o wspólnej drodze z nieznajomą.

Zawahałam się. Normalnie bym odmówiła. Nie potrzebowałam towarzystwa. Ale byłam przemoczona, zmęczona i coraz mniej pewna tego, co przede mną. Nie chodziło nawet o to, że było niebezpiecznie. Bardziej o to, że miałam dość własnego milczenia. Spojrzałam na jego plecak, na kijki i buty — był przygotowany. O wiele lepiej niż ja.

— Masz coś ciepłego? — zapytał nagle.

— Nie, termos został na stole w kuchni. Głupio wyszłam, w pośpiechu.

Nie odpowiedział. Sięgnął do plecaka, odpiął boczną kieszeń i wyciągnął termos. Drugi. Podał mi go bez słowa. Otworzyłam, zapach czarnej herbaty z cytryną rozlał się w powietrzu.

— Dzięki — powiedziałam krótko i wzięłam łyk. Było gorące. Zrobiło mi się ciepło w żołądku, potem w klatce piersiowej. Spojrzałam na niego. Stał spokojnie, patrzył gdzieś na drzewa. Nie oczekiwał wdzięczności.

Nie wiem, czemu mu zaufałam. Może przez ten termos. Może przez to, jak patrzył. A może po prostu byłam zmarznięta i miałam dość bycia silną.

— To idziemy? — zapytał, jakby mówił do kogoś, kogo zna od lat.

— Idziemy — odpowiedziałam.

Zaczęliśmy się śmiać

Nie mówiliśmy zbyt wiele na początku. Śnieg tłumił dźwięki, a wiatr zasłaniał słowa. Piotr – bo tak się przedstawił – szedł kilka kroków przede mną, czasem się odwracał, sprawdzał, czy nadążam. Nie był nachalny. Nie zadawał pytań, nie próbował zagadać ciszy, którą niosłam ze sobą. To było zaskakujące. Ludzie zwykle nie wytrzymują milczenia.

Szlak chwilami całkiem znikał. Musieliśmy schodzić niżej, kluczyć między drzewami. Co jakiś czas on zatrzymywał się, patrzył na mapę w telefonie, a potem ruszał dalej. Wiedział, co robi. Ja udawałam, że wiem, dokąd idę, choć coraz częściej szłam po prostu za nim. Po pierwszej godzinie zaczęłam mówić. O drobiazgach: o tym, że pracuję zdalnie, że lubię zimę, że w górach jest cisza, której nie ma nigdzie indziej. Słuchał. Nie przerywał. Kiedy odpowiadał, robił to tak, jakby każde słowo ważył. Mówił o filmach, które lubi. O książkach. O tym, że niektórzy ludzie myślą, że jak ktoś chodzi sam po górach, to musi być dziwny albo uciekać. A on po prostu potrzebuje przestrzeni.

Zgodziłam się z nim, choć nie powiedziałam tego na głos. Zaczęliśmy się śmiać. Z tego, że nie trafiliśmy na szlak i musimy się wracać. Z tego, że herbata już letnia. Z tego, że w sumie nie wiemy, czy to wszystko ma sens, ale i tak idziemy dalej.

— Dużo chodzisz sama? — zapytał w końcu.

— Prawie zawsze. Nie umiem być z kimś dłużej niż trzeba.

— A teraz?

Nie odpowiedziałam od razu. Śnieg zaczął padać mocniej. Wiatr przyniósł zapach żywicy i wilgoci. Spojrzałam na niego. Nie czekał na odpowiedź. Szliśmy dalej. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz ktoś słuchał mnie tak uważnie. Nawet gdy mówiłam o niczym. Nawet kiedy milczałam. Gdy po trzech godzinach marszu zobaczyliśmy w oddali światła schroniska, poczułam coś, czego się nie spodziewałam. Nie ulgę. Nie radość. Żal, że ta droga się kończy.

Nie było żadnych gestów

Weszliśmy do środka przemoczeni, przemarznięci, ale spokojni. Wewnątrz pachniało drewnem, wilgocią, jakimś niedopitym barszczem. W jadalni było cicho, tylko para starszych turystów przy oknie siorbała zupę. Zajęliśmy stolik w rogu, z dala od światła. Zdjęłam kurtkę, czapkę, rękawiczki. W dłoniach wciąż czułam mróz. Nie mogłam się rozgrzać, mimo że w schronisku było ciepło.
Piotr wyjął termos i nalał herbaty do dwóch metalowych kubków, które zabrał ze sobą. Podał mi jeden. Dłoń mi lekko zadrżała, ale nie powiedziałam nic. Usiadł naprzeciwko. Nie patrzył na mnie zbyt długo. Nie analizował. Po prostu był. To było wystarczające.

Zamówiliśmy po talerzu gorącej zupy. Jedliśmy w milczeniu. Potem znów herbata. I jeszcze jedna. Wieczór przesuwał się powoli, bez pośpiechu. Światło przy naszym stoliku było przytłumione, rozmowy z innych kątów odbijały się jak przez szybę. Niewyraźne. Obce. Zaczęliśmy rozmawiać. Już inaczej. Wolniej. Głębiej. O rzeczach, które się mówi rzadko i raczej nie do obcych.

— Lubię być sam, ale nie zawsze — powiedział.

Kiwnęłam głową. Chwilę milczałam, a potem odpowiedziałam:

— Czasem samotność przytula za mocno.

Uśmiechnął się. Nie był to uśmiech z grzeczności, tylko taki, który zostaje w człowieku na dłużej. Zawiesił wzrok na oknie. Za szybą widać było tylko biel i zamieć. Nie dotykaliśmy się przez cały wieczór. Nie było żadnych gestów, które by coś sugerowały. Dopiero kiedy wstałam, żeby odnieść kubek, położył dłoń na mojej. Delikatnie. Bez słów. Nie wodził wzrokiem po moim ciele, nie sprawdzał reakcji. Nie cofnęłam się.

Nie wymieniliśmy numerów

Obudziłam się wcześnie. Schronisko jeszcze spało. W korytarzu skrzypiały deski, ktoś zza ściany chrapał cicho. Zsunęłam się z łóżka i podeszłam do okna. Świat był zupełnie inny. Po śnieżycy nie zostało ani śladu. Śnieg błyszczał w porannym słońcu, drzewa wyglądały jak zatrzymane w ruchu. Wszystko było czyste, nieskazitelne, jakby noc zmyła nie tylko zaspy, ale i coś we mnie. Piotr czekał już w jadalni. Jadł owsiankę, popijał herbatę, tak samo spokojny jak dzień wcześniej. Usiadłam naprzeciwko, nic nie mówiłam. On też nie.

— Idziemy? — zapytał w końcu.

— Tak. Mam jeszcze jedną trasę. Ale tym razem z herbatą.

Uśmiechnął się. Prawdziwie. Powoli. Jakby rozumiał więcej, niż powiedziałam.

— Dobrze. Ja też noszę zawsze dwa termosy. Na wypadek, gdyby ktoś zapomniał.

Szliśmy z powrotem w dół, w ciszy. Ślady po naszym wczorajszym marszu już dawno zniknęły. Była nowa droga. Inna. Taka, której się nie planowało, ale która prowadziła we właściwym kierunku.
Nie powiedzieliśmy sobie, że się jeszcze spotkamy. Nie wymieniliśmy numerów, nie pytaliśmy o nic. Ale wiedziałam, że coś się zmieniło. W powietrzu, w rytmie kroków, w tym, że szłam obok niego bez napięcia. Nie wiem, czy go jeszcze spotkam. Ale wiem, że od teraz w moim plecaku zawsze będzie drugi termos. I drugi kubek. Na wszelki wypadek.

Nie planowałam go spotkać

Wróciłam do Krakowa. Zrzuciłam z siebie warstwy oddechu gór, wilgoci drewna i herbaty z termosu. Zaczęłam znów pracować, odpowiadać na maile, odbierać telefony, robić zakupy. Wszystko wyglądało tak samo, ale już nie było takie samo. Nie opowiedziałam nikomu o Piotrze. Ani koleżankom, ani matce, która pewnie znów zapytałaby, kiedy wreszcie się „z kimś ustatkuję”. To nie była historia do opowiadania. Nie dało się jej zamknąć w ramy: jak się poznaliście, co dalej, czy to poważne. To był fragment. Moment w czasie. Jeden dzień i jedna noc, które zrobiły więcej niż wiele lat.

Od tamtej pory zawsze mam przy sobie termos. Czasem dwa. Nie dlatego, że się łudzę. Nie dlatego, że czekam. Po prostu wiem, że coś się we mnie wtedy przesunęło. Coś cicho się otworzyło, może tylko na chwilę, może na dłużej. Czasem dostaję wiadomość: „Widzimy się na szlaku?”. I wtedy ruszam. Bo wiem, że nie chodzi już tylko o góry. Nie planowałam go spotkać. Nie szukałam nikogo. Ale kiedy śnieg zasypał mi drogę, to on ją odśnieżył — nie słowami, nie gestami, tylko obecnością. Może nie na zawsze, ale na wtedy. A to czasem więcej niż wszystko.

Barbara, 37 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama