„Zgodziłam się, żeby teściowa tymczasowo z nami zamieszkała. Nie minęła nawet godzina, a ja już żałowałam tej decyzji”
„Teściowa bardzo szybko poczuła się u nas jak u siebie. Kuchnia przestała być moją przestrzenią. Rano, zanim zdążyłam wejść, już tam była. Zaglądała do lodówki, do szafek, przestawiała garnki”.

Zanim wszystko się rozsypało, nasze życie było zwyczajne. Nie idealne, ale takie, które dawało mi pewne poczucie bezpieczeństwa. Michał, mój mąż, nie był czułym romantykiem ani duszą towarzystwa, ale pracował, wracał do domu, bawił się czasem z dziećmi.
Żyliśmy w zgodzie
Nie rozmawialiśmy dużo, ale nigdy nie dochodziło do większych awantur. Byliśmy raczej parą, która nauczyła się funkcjonować obok siebie, niż z sobą. Z jego matką nigdy nie łączyła mnie szczególna więź.
Zawsze był między nami dystans. Niezręczne rozmowy przy obiedzie, przesadnie słodkie uśmiechy, którymi maskowałyśmy obopólną niechęć, ale nigdy nie doszło między nami do otwartego konfliktu. Aż do tamtego momentu… Siedzieliśmy wtedy wieczorem przy kolacji, dzieci już spały. Michał zapytał spokojnym tonem:
– Mama ma mieć operację biodra za tydzień, będzie potrzebować pomocy przez jakiś czas. Może mogłaby zamieszkać u nas?
Spojrzałam na niego. Chciałam zapytać, czy żartuje, ale nie wyglądał, jakby to był żart.
– Na jak długo? – zapytałam.
– Tylko kilka tygodni, obiecuję. Wiem, że nie przepadasz za nią, ale to moja mama – dodał, patrząc na mnie tym wzrokiem, który miał wzbudzać poczucie winy.
Zgodziłam się
Powiedziałam „dobrze”, choć wcale nie było dobrze. Coś we mnie się zacisnęło już wtedy, ale zignorowałam to, bo przecież to tylko na chwilę. Starszej kobiecie w potrzebie się nie odmawia. Teściowa wprowadziła się w piątek po południu. Michał pojechał po nią, a ja w tym czasie zmieniałam pościel w pokoju gościnnym, który tymczasowo miał być jej sypialnią.
Zastanawiałam się, ile czasu potrwa to „tymczasowo”. Kiedy weszły do mieszkania, od razu rozejrzała się uważnie, jakby chciała ocenić każdy kąt, a potem poszła do kuchni. Wróciła po chwili z nieprzyjemnym grymasem na twarzy.
– Tyle przypraw na blacie? To się robi bałagan, w kuchni powinien być nienaganny porządek – rzuciła.
Nie odpowiedziałam. Na początku starała się być miła. Pytała, czy może pomóc przy obiedzie, dorzucała swoje rady, niby mimochodem, ale z każdym dniem czułam, że to nie są dobre rady. To były oceny.
Wszystko komentowała
Szybko przestała pytać. Zaczęła poprawiać po mnie wszystko – sposób, w jaki gotowałam, jak mówiłam do dzieci, jak je ubierałam, co jadły na śniadanie.
– Nie karmi się dziecka o tej porze – rzuciła któregoś wieczoru, kiedy nakładałam Zosi kaszkę, bo była głodna.
– Ona jest głodna – odpowiedziałam spokojnie, ale wewnątrz aż mnie trzęsło.
– W moich czasach dzieci jadły wtedy, kiedy trzeba, nie kiedy im się zachciało. I były zdrowsze – dodała, kręcąc głową z udawaną troską.
Liczyłam, że mój mąż coś powie, zareaguje, ale on siedział z telefonem.
– Słyszysz, co ona mówi? Nie możesz jej nic powiedzieć? – zapytałam szeptem.
– Daj spokój, ona nie ma złych intencji. Po prostu jest starsza i tak została wychowana – mruknął bez podnoszenia wzroku.
– Michał, ona podważa mój autorytet przy dzieciach. Nie mogę tak funkcjonować.
– Przecież to tylko kilka tygodni – powtórzył jak mantrę.
Tych kilka tygodni zaczynało się rozciągać w coś, co miało własne zasady. Teściowa wchodziła wszędzie i we wszystko, a ja czułam się jak gość w swoim własnym domu.
Byłam wykończona
Teściowa bardzo szybko poczuła się u nas jak u siebie. Kuchnia przestała być moją przestrzenią. Rano, zanim zdążyłam wejść, już tam była. Zaglądała do lodówki, do szafek, przestawiała garnki. Gdy pytałam, gdzie coś jest, odpowiadała: „Dałam na swoje miejsce”.
Komentowała wszystko: jak ubrałam Zosię, dlaczego Leon nie ma czapki, czemu pozwalam im jeść przy bajkach. Każdego dnia czułam się mniejsza. Patrzyła na mnie jak na kogoś, kto robi wszystko źle. Jej ton był niby uprzejmy, ale każde słowo wbijało się we mnie jak szpilka. Przestałam odpowiadać. Wszystko we mnie się gotowało. Trzymałam to w sobie do momentu, kiedy przy dzieciach rzuciła:
– Kiedyś dzieci były grzeczne, bo rodzice nie pozwalali im na wszystko.
– Proszę cię, nie wychowuj moich dzieci – powiedziałam spokojnie, ale zimnym tonem.
– To też są moje wnuki. Mam prawo coś powiedzieć – odpowiedziała, spoglądając na mnie z miną świętej męczennicy.
Nie angażował się
Podeszłam do Michała, który jak zwykle siedział z nosem w telefonie.
– Zrób coś. To już nie jest moje życie, to jej dom.
– Nie przesadzaj. Ona ci pomaga. Tobie nigdy nic nie pasuje – powiedział, nie odrywając wzroku od ekranu.
Było mi niedobrze od tego wszystkiego. Myślałam tylko o jednym: co by było, gdybym po prostu spakowała siebie i dzieci, i wyszła? Wiedziałam, że nie wytrzymam już długo. Zaczęłam myśleć o odejściu coraz częściej. Przeglądałam ogłoszenia wynajmu mieszkań, spytałam siostrę, czy miałaby miejsce dla nas. Plan dojrzewał we mnie coraz bardziej. Któregoś wieczoru, gdy dzieci już spały, usiadłam z Michałem w salonie. Przysunęłam się do niego i powiedziałam cicho, ale zdecydowanie:
– Albo ona się wyprowadza, albo ja.
– Nie mogę wyrzucić jej na ulicę.
– Nie proszę cię, byś ją wyrzucił. Proszę cię, byś jej coś powiedział.
Milczał. Ten brak odpowiedzi był gorszy niż jakakolwiek kłótnia. Patrzył w ścianę, jakby nie słyszał, co mówię, jakby ta rozmowa nie miała znaczenia. Dla niego może nie miała, dla mnie była ostatnią szansą.
– Nie chodzi tylko o nią, ale też i to, że mnie nie słyszysz. Przychodzę do ciebie i mówię, że nie umiem tak żyć, a ty udajesz, że mnie tu nie ma.
Miarka się przebrała
Odczekałam jeszcze chwilę, ale nie powiedział nic. Poszłam do sypialni i zaczęłam się pakować. Zamieszkałam u siostry. Przyjęła nas bez słowa pretensji. Przesunęła łóżeczko córki, wstawiła dmuchany materac. Dzieci przyjęły to jak przygodę, a ja każdego wieczoru siedziałam w kuchni, wpatrzona w ścianę, próbując poukładać sobie wszystko w głowie.
Na początku wciąż się łudziłam. Może Michał przemyśli, może zadzwoni, może przyjdzie, ale dni mijały, a dzieci przestały pytać, kiedy wrócimy. Michał odwiedzał je czasami, ale nie zostawał na długo. Nie pytał, czy czegoś potrzebujemy. Przynosił im słodycze i znikał. Teściowa nie odezwała się ani razu, nigdy nie zapytała o wnuki. Tamten dom przestał być nasz. Musiałam się z niego wynieść, żeby nie przestać być sobą.
Czasem myślę, że mogłam poczekać, spróbować jeszcze raz, ale potem przypominam sobie tamto milczenie Michała, jego obojętność, gdy mówiłam, że nie mogę już tak żyć. I wiem, że to była jedyna decyzja, jaką mogłam podjąć.
Anna, 39 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Miałam w planach ślub i dziecko w drodze. Nie wiedziałam tylko, że mój narzeczony też ma to wszystko, ale razy dwa”
- „Teściowa pchała się z buciorami do naszego mieszkania i życia. Tylko udawała pomocną, a miała swój sekretny plan”
- „Pojechałam do pracy w Danii, a narzeczony miał wiernie czekać. Wreszcie dowiedziałam się, co wyprawiał od 1. dnia”

