Reklama

Są takie dni, które zaczynają się absolutnie zwyczajnie. Kawa, śniadanie, kilka maili i dźwięk telefonu z tym dobrze znanym numerem – babcia. Wiedziałam już, co usłyszę, zanim zdążyłam odebrać. Ostatnio coraz częściej prosiła mnie o drobne przysługi – a to coś załatwić w urzędzie, a to podwieźć na cmentarz. Czasem narzekałam pod nosem, ale wiedziałam, że jeśli nie ja, to kto?

Tego dnia nie byłam w nastroju na rodzinne pielgrzymki po mieście, a jednak nie potrafiłam odmówić. Babcia miała ten ton nieznoszący sprzeciwu, choć potrafiła przy tym być absolutnie rozbrajająca. Kiedy powiedziała, że musi sprawić coś ważnego u notariusza, nie pytałam o szczegóły. Spodziewałam się nudy i opowieści z lat sześćdziesiątych. Nie wiedziałam, że ta zwykła przysługa będzie miała dla mnie zupełnie inne znaczenie.

Sprawa okazała się poważna

Babcia czekała już pod blokiem, otulona swoim wiecznie za dużym, kremowym płaszczem i z torebką, która chyba pamiętała czasy PRL. Usiadła obok mnie w samochodzie, jakby ruszała w podróż życia.

– I dokąd jedziemy, pani kierowniczko? – zapytała, poprawiając spinkę we włosach, jakby szykowała się na galę, a nie na spotkanie z urzędnikiem.

– Do notariusza, przecież mówiłaś. Nie zmieniłaś zdania przez noc? – rzuciłam, ruszając z miejsca.

Przez chwilę w samochodzie zapanowała cisza, przerywana tylko szuraniem babcinych torebek.

– Bo ja się trochę stresuję, wiesz? – zaczęła niepewnie. – Takie rzeczy załatwia się raz w życiu. Albo nawet rzadziej.

Testament, rozumiem. – Zerknęłam na nią, udając, że to mnie wcale nie dziwi. – Babciu, ty chyba nie planujesz od razu się pakować na tamten świat, prawda?

– A co, nie mogę być przezorna? – Babcia prychnęła cicho, ale nie umiała ukryć drżenia w głosie. – Poza tym, skąd wiesz, że nie? Starzy ludzie mają różne niespodzianki w zanadrzu.

Pokiwałam głową, udając zrozumienie. Prawda była taka, że bałam się tej rozmowy bardziej niż ona. Babcia przez całe życie była kapitanem naszego rodzinnego statku. Sama sobie radziła, rzadko prosiła o pomoc, a już na pewno nie o takie rzeczy jak spisywanie testamentu.

– Wiesz, ja nie mam wielkiego majątku – powiedziała po chwili, zerkając na mnie z ukosa. – Ale nie chciałabym, żeby się potem kłócili o jakieś bzdury.

My? Kłócić się? Przecież w naszej rodzinie nie ma o co. – Uniosłam brew, a babcia przewróciła oczami.

– Tak, tak. Poczekaj, aż umrę. Wtedy się zacznie. Lepiej to uporządkować, zanim sama się w tym wszystkim pogubię.

Jechałyśmy w milczeniu przez kolejne kilka minut, każda zamyślona. Ja próbowałam sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz babcia prosiła mnie o coś tak poważnego.

Poczułam ukłucie niepokoju

Dojechałyśmy pod szary, nijaki budynek z tabliczką, na której widniała nazwa kancelarii notarialnej. Babcia usiadła na ławce przy wejściu i zaczęła przeglądać papiery, które nosiła w reklamówce, chociaż miałyśmy jeszcze pół godziny do umówionej godziny.

– Jak wyglądam? – zapytała nagle, wyciągając z torebki lusterko. – Notariusz to jednak ktoś ważny, prawda?

– Babciu, on widział już wszystko. Myślę, że z twoją fryzurą sobie poradzi. – Uśmiechnęłam się, żeby ją rozluźnić. – Poza tym, nie umawiasz się na randkę, tylko na podpisanie testamentu.

– A skąd wiesz? Może to ostatnia szansa na romans w moim życiu. – Babcia spojrzała na mnie z błyskiem w oku, jakby naprawdę rozważała nową przygodę miłosną.

Parsknęłam śmiechem i przez moment zrobiło mi się lżej. Jednak po chwili znowu spoważniała.

– Wiesz… trochę się boję, że jak to wszystko podpiszę, to już będzie koniec. Że… przestanę być potrzebna.

– No weź, nie zaczynaj. – Przesunęłam się bliżej niej na ławce. – Przecież nie robisz tego dla siebie, tylko dla nas, żebyśmy potem nie dostali bzika. Poza tym, nikt cię nie wyrzuca z rodziny.

Babcia westchnęła i schowała papiery do torby.

– Widzisz, jak byłam młoda, wszystko wydawało się prostsze. Teraz człowiek się budzi i nie wie, czy go bardziej boli kręgosłup czy dusza. – Po chwili odwróciła się do mnie. – A ty? Ty się nie boisz przyszłości?

– Ja? Przyszłości? Ja się boję tego, co będzie jutro w pracy. Przyszłość zostawiam filozofom. – Przewróciłam oczami, ale w środku poczułam ukłucie niepokoju.

– No dobrze, idziemy. – Babcia poderwała się z ławki, udając energię, której nie miała. – Lepiej to mieć już z głowy.

Weszłyśmy do środka, a ja czułam, że to nie będzie zwykły dzień.

Zaczęło się coś ważnego

W środku było sterylnie, cicho i nieprzyjemnie chłodno. Starsza pani za biurkiem powitała nas ze sztucznym uśmiechem. Zaprosiła nas do poczekalni, a babcia od razu zaczęła ściszonym głosem komentować.

– No patrz, jakie tu mają porządki. Ani pyłku, ani nawet jednego papierka na podłodze. W domu jak mam czysto, to tylko do pierwszej kawy. – Spojrzała na mnie porozumiewawczo.

– Może zatrudniają tu jakąś grupę sprzątających emerytek. – Wzruszyłam ramionami, udając obojętność. – Tak czy siak, nie próbuj tu rozlewać herbaty, dobrze?

– Ha, ha, bardzo śmieszne. Nie martw się, ty też nie będziesz taką idealną panią domu. – Uśmiechnęła się chytrze.

Drzwi do gabinetu uchyliły się i pojawił się notariusz – drobny mężczyzna z okularami, które co chwilę zsuwały mu się z nosa.

– Zapraszam panie do środka – powiedział uprzejmie, a babcia momentalnie wyprostowała się jak struna i weszła z miną królowej.

Usiadłyśmy przy wielkim, ciężkim stole. Notariusz spojrzał na papiery, które babcia podała mu z niemal teatralnym gestem.

Przyszła pani spisać testament? – zapytał, spoglądając na nią znad okularów.

– Tak, tak. Chcę wszystko jasno ustalić, żeby potem nie robili afery o starą cukiernicę. – Przerzuciła papiery z nerwowością, którą rzadko u niej widziałam.

– O, niech się pan nie śmieje, w naszej rodzinie już o doniczkę był cichy konflikt – dodałam, udając powagę.

Notariusz lekko się uśmiechnął, ale od razu przeszedł do rzeczy.

– Proszę powiedzieć, jak chce pani rozdzielić majątek?

Babcia spojrzała na mnie, a potem w okno, jakby szukała tam podpowiedzi.

– Mam tylko jedno pytanie… czy zaufanie można komuś zapisać w testamencie?

Zamilkliśmy wszyscy, trochę skonsternowani, a ja poczułam, że właśnie zaczyna się coś ważnego.

Słowa babci mnie poruszyły

Notariusz zamrugał kilka razy, wyraźnie zbity z tropu.

– Zaufanie, proszę pani? – zapytał ostrożnie, jakby obawiał się, że babcia zaraz zacznie żartować sobie z całej kancelarii. – Niestety, testament obejmuje jedynie majątek, rzeczy materialne...

Babcia machnęła ręką.

– To już wiem. Ale wie pan, dla mnie ważniejsze od tej całej porcelany jest, żeby ktoś nie roztrwonił reszty po mnie, nie pokłócił się z rodzeństwem i nie sprzedał rodzinnych zdjęć. – Westchnęła i popatrzyła na mnie z ukosa. – A ciebie, moja droga, chyba mogę obdarzyć największym zaufaniem. Ty zawsze mówisz wprost, nawet jak ci się coś nie podoba.

Przewróciłam oczami, ale zrobiło mi się ciepło, chociaż oczywiście nie mogłam się do tego przyznać.

– To co, chcesz mnie zrobić strażnikiem rodzinnych wspomnień? – zapytałam ironicznie. – Jakby co, za te stare zdjęcia to może z pięćdziesiąt złotych dadzą, reszta pójdzie na kawę.

Babcia parsknęła śmiechem.

Właśnie dlatego ciebie wybrałam. Bo tylko ty potrafisz sobie żartować nawet w takich okolicznościach. – Odwróciła się do notariusza. – Dobrze, niech będzie jak trzeba. Dom, co jest, oddaję dzieciom po równo, zdjęcia i papiery tej oto tu mojej wnuczce.

– Proszę bardzo, zaraz to wszystko wpiszemy. – Notariusz już był w swoim żywiole, stukał w klawiaturę, coś mruczał pod nosem.

Babcia wyciągnęła dłoń i ścisnęła moją.

– Ty jedna nie pytałaś, co z tego będziesz mieć. Po prostu wsiadłaś w auto i pojechałaś z babcią do notariusza.

Jej głos lekko drżał, a ja udawałam, że przecieram oko, bo coś mi wpadło.

– No pewnie, przecież i tak mi to kiedyś wypomnisz – rzuciłam szybko.

Kiedy notariusz wydrukował dokument, przez chwilę w gabinecie zapanowała cisza, w której było coś ważniejszego niż słowa.

Coś się zmieniło

Podpisanie papierów trwało krócej, niż się spodziewałam. Notariusz spokojnie tłumaczył kolejne punkty, a babcia kiwała głową, udając, że wszystko rozumie – choć co chwilę zerkała na mnie, szukając potwierdzenia, że to, co robi, ma sens.

– To już wszystko? – spytała w końcu, gdy postawiła ostatni podpis. – To ja już oficjalnie oddałam wam cały swój dobytek?

– Nie tak od razu, babciu. Nadal możesz chodzić po domu w papciach i przestawiać meble, ile chcesz – uspokoiłam ją, zbierając papiery do teczki.

– No, oby! – mruknęła. – Bo jakby mnie ktoś wyeksmitował, to dopiero by się działo. – Spojrzała na notariusza. – Pan pewnie już niejedną rodzinę tu widział, co się o szklanki tłukła?

– Bywało różnie, proszę pani – odpowiedział dyplomatycznie. – Najważniejsze to zostawić po sobie jasne zasady. Reszta… no cóż, to już ludzie muszą poukładać sami.

– A co jeśli ktoś się nie zastosuje? – dopytywała babcia, z uporem godnym lepszej sprawy. – Kto wtedy trzyma porządek?

– Niestety, testament nie daje gwarancji na zgodę w rodzinie. Może tylko pomóc. – Notariusz spojrzał na mnie. – Czasem to właśnie te niematerialne rzeczy są najcenniejsze.

Babcia odwróciła się do mnie i już zupełnie poważnie powiedziała:

– Ty już wiesz, co masz robić, prawda? Pilnuj, żeby nie porozkradali wszystkiego po kątach. Jak trzeba, to się kłóć, a jak nie trzeba, to rób dobrą minę do złej gry.

– Babciu, znam tę grę od dziecka – odpowiedziałam z przekąsem, starając się nie okazać wzruszenia.

– No widzisz. I jeszcze jedno – dodała ciszej. – Zaufanie, które ci daję, jest ważniejsze niż te wszystkie graty.

Kiedy wychodziłyśmy z kancelarii, babcia ścisnęła mnie za rękę trochę mocniej niż zwykle. Ja poczułam, że coś się zmieniło – choć nie potrafiłam powiedzieć dokładnie co.

Czułam cichą dumę

Szłyśmy razem chodnikiem, babcia powoli, z godnością, a ja pilnując, by nie zostawić jej w tyle. Przez dłuższą chwilę milczałyśmy, każda ze swoimi myślami. Dopiero, gdy samochód był już w zasięgu wzroku, babcia westchnęła.

– Wiesz, że ty jesteś jedyną osobą, której naprawdę ufałam przez całe życie? – powiedziała nagle. – Nawet własnym dzieciom bym tylu rzeczy nie powierzyła, co tobie.

– No to współczuję ci wyboru – rzuciłam, próbując rozładować napięcie, choć czułam, jak ściska mi się gardło.

Babcia parsknęła śmiechem, ale zaraz spoważniała.

– Ty sobie żartuj, a ja mówię poważnie. Jak coś się ze mną stanie, ty będziesz wiedzieć, co zrobić. I nawet jeśli inni będą cię obgadywać, że coś załatwiłaś pod siebie, ty rób swoje. Ja wiem, komu zaufałam.

Stanęłyśmy przy aucie. Babcia nagle przystanęła, patrząc mi prosto w oczy.

– Nie zawsze byłam dobrą matką, ani tym bardziej idealną babcią. Czasem się bałam, że zostawię po sobie tylko chaos. Ale dzisiaj, po tym wszystkim… – zawahała się na moment, a potem objęła mnie mocno, zaskakująco silnie jak na kogoś w jej wieku. – …dzisiaj wiem, że przynajmniej jedna osoba mnie nie zawiedzie.

Odwzajemniłam uścisk, czując, jak w gardle rośnie mi gula. Przez lata traktowałam te wszystkie babcine prośby jak obowiązek. Nie zauważyłam nawet, kiedy zamieniły się w coś więcej.

– Babciu, nie musisz się już o nic martwić – wyszeptałam, odwracając głowę, żeby nie zobaczyła, jak ocieram łzy.

– No, tylko mi się tu nie rozklejaj. Jeszcze cię kiedyś o coś poproszę – mruknęła, znowu cała ona.

Odjeżdżałyśmy w ciszy, ale ta cisza była już zupełnie inna. Zamiast ciężaru, czułam cichą dumę. Może majątku wielkiego nie dostałam, ale dostałam coś, czego nie da się kupić – zaufanie.

Hanna, 33 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama