Reklama

Zgodziłam się bez wahania, bo chciałam pomóc córce. Kiedy Marta powiedziała, że wraca do pracy i potrzebuje pomocy przy małym Antku, poczułam nawet dumę. W końcu od tego są matki – żeby wspierać swoje dzieci, gdy świat zaczyna im się wymykać spod kontroli. Nie przypuszczałam, że kilka miesięcy później usłyszę słowa, które zostaną ze mną na długo.

Zrobiło mi się gorąco

Pierwszego dnia przyszłam do ich mieszkania wcześnie rano. Antek jeszcze spał, a ja krzątałam się po kuchni, starając się nie robić hałasu. Lubiłam ten moment ciszy – zapach kawy, miękkie światło poranka i poczucie, że jestem potrzebna.

– Mamo, naprawdę nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła – powiedziała wtedy Marta, zapinając płaszcz. – Żłobek jest drogi, a ja nie chcę go oddawać obcym.

– Przecież to żaden problem – odpowiedziałam. – Mam czas. I chcę z nim być.

Uśmiechnęła się, pocałowała mnie w policzek i wybiegła. Zostałam z wnukiem, który chwilę później obudził się z cichym pomrukiem. Kiedy wziął mnie za palec swoją małą dłonią, poczułam coś, czego nie da się opisać – jakby świat na chwilę się zatrzymał. Tak wyglądały kolejne tygodnie. Przyjeżdżałam codziennie, gotowałam obiad, wychodziłam z Antkiem na spacer, sprzątałam zabawki. Czasem zostawałam dłużej, bo Marta miała ważne spotkanie w pracy. Nie narzekałam. Byłam zmęczona, ale szczęśliwa. Z czasem jednak zaczęłam dostrzegać drobne zmiany. Córka przestała mówić „dziękuję”. Coraz częściej rzucała tylko krótkie:

– Mamo, możesz jutro przyjść wcześniej?

– Mamo, zostaniesz dłużej?

– Mamo, zrób mu zupę, bo ja nie zdążę.

Pewnego dnia odważyłam się wspomnieć, że może dwa razy w tygodniu przychodziłabym trochę później, bo zapisałam się na zajęcia w domu kultury.

– Jak to później? – spojrzała na mnie zaskoczona. – Przecież ja pracuję.

– Ja też mam swoje sprawy – odpowiedziałam spokojnie. – To tylko dwa dni.

Westchnęła ciężko.

– Mamo, przecież robisz to z miłości. Chcesz chyba spędzać czas z wnukiem?

Zamilkłam. Oczywiście, że chciałam. Jednak czy to znaczyło, że nie mogłam mieć nic dla siebie? Kilka dni później wszystko się zmieniło. Antek miał lekki katar, więc zaproponowałam, żeby został w domu i nie wychodził na dwór.

– Może lepiej, żeby odpoczął – powiedziałam. – Jest trochę osłabiony.

Marta odłożyła telefon na stół z wyraźnym zniecierpliwieniem.

– Mamo, proszę cię. Nie przesadzaj. To tylko katar.

– Widzę cały dzień. Wiem, kiedy coś jest nie tak.

– Właśnie – przerwała mi. – Widzisz go cały dzień, bo się nim zajmujesz. Tylko że to ja jestem jego matką.

Zrobiło mi się gorąco.

Nigdy tego nie podważałam.

– To przestań się wtrącać. Pomagasz nam, za co jestem wdzięczna, ale nie podejmuj decyzji za mnie.

Brzmiało to tak, jakbym była zatrudniona na pół etatu. Stałam w jej kuchni, z łyżką w ręku i nagle poczułam się obco. Jakbym przekroczyła niewidzialną granicę. Tego wieczoru wróciłam do domu wcześniej. Po raz pierwszy od miesięcy mieszkanie wydało mi się za ciche. Usiadłam na kanapie i długo patrzyłam w ścianę. Zastanawiałam się, czy naprawdę zaczęłam się wtrącać, czy może po prostu przestałam być potrzebną matką, a stałam się wygodnym rozwiązaniem. Nie wiedziałam jeszcze, że najgorsze słowa dopiero padną.

Chciało mi się płakać

Następnego dnia znów pojechałam do Marty. Udawałyśmy, że nic się nie stało. Ona była chłodna, ja przesadnie uprzejma. Antek, jakby wyczuwając napięcie, marudził bardziej niż zwykle. Po południu zadzwonił domofon. To był Paweł, mój zięć. Rzadko wracał wcześniej z pracy, więc od razu poczułam niepokój.

– Cześć – rzucił krótko, zdejmując buty. – Marta jeszcze w pracy?

– Tak, miała dziś zostać dłużej – odpowiedziałam.

Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Antek bawił się klockami na dywanie. Paweł obserwował mnie uważnie, jakby coś kalkulował.

– Wiesz, mamo... – zaczął w końcu – my z Martą ostatnio dużo rozmawiamy.

– O czym? – zapytałam ostrożnie.

– O tym, że czasem trudno postawić granice.

Poczułam, jak serce zaczyna mi szybciej bić.

– Granice?

– No tak. Bo z jednej strony bardzo nam pomagasz, a z drugiej… czasem mamy wrażenie, że próbujesz wychowywać Antka po swojemu.

Otworzyłam usta, ale nie zdążyłam odpowiedzieć.

– Paweł, ja tylko sugeruję pewne rzeczy. To normalne.

– Tylko że to my jesteśmy rodzicami – powiedział twardo. – A ty jesteś babcią.

– Nigdy nie chciałam wam niczego odbierać – odparłam cicho. – Po prostu spędzam z nim cały dzień. Widzę, co się dzieje.

W tym momencie do mieszkania weszła Marta. Zdjęła płaszcz i spojrzała na nas podejrzliwie.

– O czym rozmawiacie?

Paweł wzruszył ramionami.

– O tym, że musimy ustalić pewne zasady.

– Właśnie – podchwyciła szybko Marta. – Mamo, bo czujemy się trochę… przytłoczeni.

– Przytłoczeni? – powtórzyłam, nie wierząc własnym uszom.

– Tak. Każda decyzja jest komentowana. Co je, kiedy śpi, czy powinien wyjść na spacer. To nasz syn.

– Marto… – zaczęłam, ale głos mi zadrżał. – Ja naprawdę chcę tylko dobrze.

– Wiem – westchnęła. – Ale czasem czuję się, jakbym oddała ci część swojej roli.

Te słowa zabolały bardziej niż wszystko inne.

– Oddałaś mi? – zapytałam cicho. – Ja oddałam wam swój czas. Każdy dzień. Zrezygnowałam z zajęć, ze spotkań. Robię zakupy, gotuję, sprzątam. Nie narzekałam ani razu.

Paweł spojrzał na mnie chłodno.

Nikt cię nie zmuszał.

Zapadła cisza.

– Więc jeśli czuję się czasem jak… – zawahałam się, ale musiałam to powiedzieć – jak darmowa niańka, to chyba mam do tego prawo.

Marta gwałtownie podniosła głowę.

– Nikt tak nie powiedział.

Ale tak się czuję.

– To może powinnaś przestać zajmować się Antkiem – rzuciła nagle. – Jeśli traktujesz to, jak obowiązek, a nie przyjemność, to nie ma sensu.

Spojrzałam na wnuka, który właśnie próbował włożyć klocek do zbyt małego otworu i marszczył przy tym czoło. Moje serce ścisnęło się z bólu.

– Może macie rację – powiedziałam spokojniej, niż się spodziewałam. – Może za bardzo się zaangażowałam.

Wzięłam torebkę z wieszaka.

Mamo, nie przesadzaj – odezwała się Marta, ale w jej głosie nie było już pewności.

– Nie przesadzam. Chyba wszyscy potrzebujemy trochę przestrzeni.

Wyszłam, zanim łzy zdążyły popłynąć. Na klatce schodowej oparłam się o ścianę i zamknęłam oczy. Nigdy nie czułam się tak niepotrzebna i tak wykorzystana jednocześnie. Tego wieczoru nie zadzwonili. Następnego dnia też nie. Po raz pierwszy od dawna nie musiałam nigdzie jechać o siódmej rano. A jednak czułam, jakby ktoś wyrwał mi kawałek życia.

Musiałam ugryźć się w język

Minął tydzień. Każdego ranka budziłam się o tej samej porze i przez chwilę miałam wrażenie, że powinnam się spieszyć. Potem przypominałam sobie, że nikt na mnie nie czeka. Dom przestał być przystankiem między jednym obowiązkiem a drugim. Zrobiło się w nim spokojnie, ale ta cisza miała w sobie coś obcego. Pewnego dnia zadzwoniła Marta. Patrzyłam na wyświetlacz telefonu dłużej, niż powinnam.

– Halo? – odezwałam się w końcu.

– Mamo… możesz dziś przyjść? Opiekunka, którą znaleźliśmy, zrezygnowała. A ja mam ważne spotkanie.

Zacisnęłam palce na słuchawce.

– Marto, mówiłaś, że powinnam przestać, jeśli to dla mnie obowiązek.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

Nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało – powiedziała w końcu ciszej. – Byliśmy zmęczeni. I chyba przestraszeni.

– Czym?

– Że nie radzimy sobie sami. Że bez ciebie wszystko się rozsypie.

Te słowa były inne niż wcześniejsze oskarżenia.

Nie chciałam wam niczego odbierać – odpowiedziałam spokojnie. – Ale też nie chcę być kimś, kto jest tylko wtedy, kiedy trzeba załatać dziurę.

– Wiem – westchnęła. – Paweł też to zrozumiał. Może… może powinniśmy porozmawiać wszyscy razem?

Zgodziłam się. Wieczorem siedzieliśmy przy stole. Antek spał w swoim pokoju. Paweł pierwszy przerwał milczenie.

Przepraszam za to, co powiedziałem. To było niesprawiedliwe.

Skinęłam głową. Nie potrzebowałam długich wyjaśnień.

– A ja przepraszam, jeśli czasem wchodziłam w waszą rolę – powiedziałam. – To trudne patrzeć, jak własne dziecko uczy się być rodzicem. Człowiek odruchowo chce podpowiadać.

Marta uśmiechnęła się blado.

– My chyba zapomnieliśmy, że ty też masz swoje życie.

Wtedy pierwszy raz od dawna poczułam, że naprawdę mnie słyszą. Ustaliliśmy konkretne dni i godziny. Tylko trzy razy w tygodniu. Bez domyślnego „zostaniesz dłużej?”. Jeśli coś się zmieni – pytają, nie wymagają. A ja przestałam podejmować decyzje za nich, nawet jeśli czasem musiałam ugryźć się w język. Kiedy kilka dni później wychodziłam od nich po swoim „dyżurze”, Marta odprowadziła mnie do drzwi.

– Dziękuję, mamo – powiedziała cicho. – Nie za opiekę. Za to, że jesteś.

Nie odzyskałam już dawnej beztroski. Coś między nami pękło, ale nie rozpadło się całkiem. Zrozumiałam, że pomaganie nie oznacza rezygnacji z siebie, a miłość bez granic łatwo zamienia się w rozczarowanie. Dziś, kiedy Antek biegnie do mnie z wyciągniętymi rękami, cieszę się tą chwilą inaczej. Nie dlatego, że jestem niezastąpiona. Tylko dlatego, że jestem babcią – i to wystarczy.

Krystyna, 62 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama