„Zgodziłam się na rodzinny wyjazd na ferie i żałuję. Teściowa ze szwagierką zrobiły ze mnie bankomat i służącą”
„Paweł siedział obok mnie, cały czas milczący. Jakby go to nie dotyczyło. Jakby go nie bolało, że jego żona właśnie została upokorzona przez jego własną rodzinę. Łzy cisnęły mi się do oczu, ale ich nie uroniłam. Siedziałam w kuchni i patrzyłam w blat stołu, jakby miał mi dać jakąś odpowiedź. Wtedy zrozumiałam, że w tej rodzinie jestem sama”.

- Redakcja
Zawsze wszystko było na mojej głowie. Dzieci, zakupy, szkoła, obiady, rachunki, urodziny teściowej, nawet głupia szczoteczka do zębów, kiedy ktoś zapomniał spakować na wyjazd. Ja pamiętałam. Zawsze. Tylko że od tego pamiętania miałam już głowę jak balon i zmęczone ciało. Mówią, że domeną kobiety jest multitasking, ale to nieprawda. To tylko ładniejsze określenie na to, że musimy ogarniać wszystko, bo jak nie my, to nikt tego za nas nie zrobi.
Paweł, mój mąż, potrafił wyłączyć się na całe dnie. Wieczorem opowiadał z błyskiem w oku o jakimś podcaście, który przesłuchał w aucie. Ja w tym czasie od rana przekopywałam się przez mejle z pracy, zawoziłam dzieci na angielski, gotowałam zupę z trzech składników, bo lodówka świeciła pustkami, a potem sprzątałam, bo przecież „przyjdzie Asia z Tomkiem i mamą, to niech będzie porządek”. Jasne. Bo jak oni wpadną, to przecież ktoś MUSI ugotować i podać, nie?
I tak, zgodziłam się na rodzinny wyjazd w góry z teściową i szwagierką. W środku mnie skręcało, ale Paweł tylko się uśmiechnął i powiedział:
– Kochanie, będzie fajnie. Dzieci się wyszaleją. Asia wszystko załatwia, nie musimy niczym się przejmować.
To słowo – „niczym” – chodziło za mną jeszcze długo potem. Wiedziałam, że szwagierka wszystko organizuje. Wiedziałam też, że to oznacza: my płacimy, ona rządzi. Ale nie miałam siły. Nie miałam już siły się sprzeczać. Przytaknęłam dla świętego spokoju, jak zawsze. Tylko że ten wyjazd miał mnie drogo kosztować. I to nie tylko finansowo.
Czułam się jak służąca
– Mamo, a daleko jeszcze?! – jęknęła Ala z tylnego siedzenia, kopiąc mnie w fotel.
– Jeszcze godzinka – rzuciłam, zerkając na nawigację. Kuba spał, głowa opadła mu na bok. Paweł prowadził, bił od niego spokój.
– Magda, Asia dzwoni – podał mi telefon.
– Hej, no gdzie wy jesteście? – Asia nawet się nie przywitała. – My już na miejscu, dzieci rozpakowane, mama siedzi z kawką.
– Godzina drogi – burknęłam.
– Super. To jak przyjedziecie, to zrobisz może jakąś zupę dla wszystkich, co? Wzięłam składniki. W końcu ty robisz najlepszą!
Rozłączyła się, zanim zdążyłam odpowiedzieć. Poczułam ścisk w żołądku. Zaczęło się. Starałam się jednak nastawić pozytywnie. Na szczęście sam pensjonat był ładny. Asia miała nosa do klimatycznych miejsc i do wysokich cen. Już na wejściu przywitała nas teściowa z kwaśną miną:
– Magda, dziecko, ale ty blada jesteś. Pracujesz za dużo, czy nie malujesz się już wcale?
Paweł rzucił torby, jakby właśnie wbiegł na metę maratonu. I tyle go widziałam. Dzieci biegały, Asia siedziała z kieliszkiem. A ja? Ja stałam przy garach, bo „Magda, ty najlepiej doprawiasz”. Wieczorem zmywałam po kolacji, kiedy usłyszałam:
– Kochana, może nastawisz pranie? Bo Kuba wylał sok na bluzę Tomka...
– A może ty nastaw? – zapytałam spokojnie.
Asia się zaśmiała. Teściowa spojrzała na mnie z politowaniem.
– Oj, Magda, nie unoś się. Przecież jesteśmy rodziną.
Tak. Rodziną, w której nikt nie pyta, czy masz siłę. Tylko zakłada, że „Magda zrobi”.
Faktura zwaliła mnie z nóg
Wróciliśmy w niedzielę wieczorem. W aucie cisza – dzieci przysypiały, Paweł dłubał coś przy radiu. Ja patrzyłam przez szybę. Góry znikały za nami, a ja czułam się tak, jakby ktoś po mnie przejechał walcem. W domu zrzuciłam torby, nawet nie rozpakowałam dzieci. Wzięłam szybki prysznic i padłam na łóżko. Nie chciałam z nikim gadać, z nikim pić herbaty, z nikim rozmawiać o tym, jak było „fajnie”. Bo nie było.
Minęły dwa dni. Wracałam z pracy z głową ciężką jak kamień, kiedy na telefon przyszła wiadomość od Asi: „Cześć! Tu faktura za wyjazd – łączna kwota 13 200 zł. Podzieliłam równo: wy z Pawłem – 7100, my z Tomkiem – 4100, mama dorzuciła 1000. Buźka!”
Zatrzymałam się na środku chodnika. Czułam, jak serce mi wali. Spojrzałam na te liczby jeszcze raz. Siedem tysięcy sto. Weszłam do mieszkania, rzuciłam klucze i podeszłam do Pawła, który leżał na kanapie z telefonem.
– Paweł. Co to ma znaczyć? – pokazałam mu ekran.
Spojrzał, wzruszył ramionami:
– No... Asia mówiła, że wzięliśmy większy pokój, a dzieci więcej jadły...
– Ty sobie żarty robisz?! Ustaliliście to beze mnie?!
– Kochanie, nie chciałem cię stresować, przecież...
– Nie chciałeś mnie stresować?! A faktura na ponad siedem tysięcy cię nie stresuje?!
Zaciskałam pięści. Miałam ochotę rzucić czymś w ścianę.
– Od dziś sam płacisz za siebie i swoje decyzje. A Asi powiedz, że to ostatni raz!
Paweł patrzył na mnie jak na wariatkę. Ale pierwszy raz nie obchodziło mnie, co sobie pomyśli.
Zostałam upokorzona przez rodzinę
– Asia, możemy pogadać? – zapytałam przez telefon, próbując brzmieć spokojnie. Ale krew mi wrzała.
– Teraz? Akurat jestem w sklepie... – odpowiedziała, chrupiąc coś do słuchawki.
– To może oddzwonisz, jak skończysz?
– A co się stało? Chodzi o fakturę? – westchnęła. – Magda, naprawdę? Myślałam, że jesteśmy dorosłe.
– Dorosłe? To dlaczego nie zapytałaś mnie o zgodę, zanim podzieliłaś koszty?
Asia prychnęła.
– Bo wiedziałam, że zrobisz z tego aferę. A poza tym – byłaś na miejscu, jadłaś, spałaś, dzieci biegały, nikt cię nie zmuszał.
– Wiesz, co mnie naprawdę boli? Że ustaliliście wszystko za moimi plecami. Nawet nie daliście mi szansy powiedzieć, że nas nie stać.
– Magda, to trzeba było mówić wcześniej, że cię nie stać! – padło lodowatym tonem.
Zamilkłam, bo nie chodziło o pieniądze. Chodziło o szacunek. O to, że znowu mnie potraktowano jak sprzątaczkę, kucharkę, nie partnerkę. W tle usłyszałam Tomka:
– O co chodzi?
Asia dała mu telefon.
– Magda? Może da się to jakoś rozwiązać. Możemy przeliczyć to jeszcze raz, jak chcesz...
– Nie chcę przeliczać – odpowiedziałam cicho. – Chcę, żebyście przestali mnie traktować jak powietrze.
Paweł siedział obok mnie, cały czas milczący. Jakby go to nie dotyczyło. Jakby go nie bolało, że jego żona właśnie została upokorzona przez własną rodzinę. Odłożyłam telefon. Łzy cisnęły mi się do oczu, ale ich nie uroniłam. Siedziałam w kuchni i patrzyłam w blat stołu, jakby miał mi dać jakąś odpowiedź. Wtedy zrozumiałam, że w tej rodzinie jestem sama.
Miałam dość wszystkiego
– Serio, Magda, nie możesz tak tego przeżywać – Paweł nawet nie spojrzał znad telefonu. – To tylko kasa.
Stałam przy zlewie, myjąc kubek po jego kawie. Po tej, którą rano zrobiłam mu ja, bo "wstawał później".
– Tylko kasa? – powtórzyłam powoli. – To może teraz ty przelejesz „tylko” siedem tysięcy?
– No przecież jakoś zapłacimy. Nie dramatyzuj.
I coś we mnie pękło. Odwróciłam się, z mokrym kubkiem w dłoni.
– Nie dramatyzuj?! Paweł, ty w ogóle masz pojęcie, ile mamy na koncie?! Wiesz, ile kosztują buty dla dzieci, wycieczki szkolne, rachunki?!
– No przecież jakoś to ogarniamy...
– „My”? Nie żartuj! Ty nawet nie wiesz, jakie jest nasze hasło do banku, bo przecież to ja za wszystko płacę! Ja kombinuję, ja się martwię, ja zasuwam, żeby wszystko się spinało! A ty? Ty się cieszysz, że Asia wszystko „ogarnia”, a potem beztrosko podajesz mi telefon, bo „dzwoni Asia”!
– Magda, nie krzycz, dzieci śpią...
– I co z tego?! Może niech usłyszą. Może się nauczą, że mama też może być wkurzona, zmęczona, zrezygnowana. Że mama też ma granice!
W oczach Pawła pojawiło się zaskoczenie. Jakbym nagle mówiła w innym języku. Może pierwszy raz zobaczył we mnie coś więcej niż automat do ogarniania życia.
– Wychodzę. Zabieram rzeczy i jadę do Oli. Potrzebuję kilku dni bez was wszystkich.
– Magda, proszę cię...
– Nie, nie proś. Nie tym razem. Śpisz na kanapie. A fakturę spłacisz sam. Ja już za twoje decyzje płacić nie będę.
Zatrzasnęłam za sobą drzwi, zostawiając go z tą samą miną, którą ja nosiłam przez ostatnie lata.
Koniec z usługiwaniem
– Wiesz, Madzia, czasem trzeba walnąć pięścią w stół. Inaczej będą ci na głowie tańczyć do emerytury – Ola podała mi kubek z herbatą i przykryła mnie kocem, choć był środek dnia. – W twoich oczach pierwszy raz od lat widać... ciebie.
Nie odpowiedziałam. Miałam ochotę płakać. I śmiać się jednocześnie. Przez dwa dni u siostry po prostu... spałam. Zasypiałam bez planu, bez budzika, bez Pawła pytającego, czy mam jakieś masło, bo „się skończyło”.
– I co teraz? – zapytałam cicho.
– Teraz ustalasz zasady. Albo dalej będziesz wszystkim szła na rękę, albo w końcu będziesz sobą.
Wróciłam do domu w środę wieczorem. Paweł siedział w kuchni z podkrążonymi oczami. Na stole stał talerz po jakiejś zupce chińskiej, w zlewie piętrzyły się naczynia.
– Magda... – zaczął.
Podniosłam rękę.
– Nie chcę przeprosin. Chcę zmian. I chcę wiedzieć, że je rozumiesz.
– Rozumiem, naprawdę. Wiem, że cię zostawiłem z tym wszystkim. Że... że się wygodnie urządziłem. Przepraszam. Ale chcę to naprawić.
– Jeśli jeszcze raz podejmiesz decyzję za mnie, wyjeżdżam na dobre. Nie będę twoją służącą. Chcę być partnerką.
Paweł skinął głową. Chyba dopiero teraz naprawdę usłyszał, co mówię.
– I jeszcze jedno – dodałam. – Ze swoją siostrą to ty sobie pogadaj. Ja z nią na razie nie zamierzam rozmawiać. I nie życzę sobie więcej faktur za cudze pomysły.
Przez chwilę panowała cisza. Potem Paweł powiedział coś, czego dawno nie słyszałam:
– Dobrze, Magda. Masz rację. Zajmę się tym.
Pierwszy raz od dawna poczułam się nie jak sprzątaczka w jego życiu. Tylko jak ktoś, kto zna swoją wartość.
Magdalena, 39 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W walentynki czekałam na pierścionek, a ukochany dał mi tulipany z dyskontu. To wystarczyło, żebym spakowała walizki”
- „Byłam wściekła, że nawet w ferie mąż odbiera służbowe telefony. Sekretne pogaduszki nie miały nic wspólnego z pracą”
- „Na walentynki ukochany sprawił mi luksusowy prezent. Kosztował fortunę, ale ja nie chciałam żyć w złotej klatce”

