„Zeszłoroczne walentynki spędziłam z obcym facetem, a teraz planujemy ślub. Zbieg okoliczności był błogosławieństwem”
„Mężczyzna odwrócił się powoli. Serce podeszło mi do gardła. To był on. Te same okulary, ta sama ciemna kurtka i ten sam ciepły uśmiech, który widziałam wczoraj w pociągu. – Dzień dobry – powiedział, a jego wzrok zatrzymał się na mnie. W jego oczach zobaczyłam ten sam błysk rozpoznania i… radości?”.

To miał być najgorszy dzień w roku. Nienawidziłam czternastego lutego każdą komórką mojego ciała, a ucieczka pociągiem na drugi koniec Polski wydawała mi się jedynym ratunkiem przed wszechobecną, cukierkową presją. Nie szukałam miłości, nie szukałam przygód, a już na pewno nie szukałam męża. Chciałam tylko świętego spokoju i kubka gorącej herbaty. Los jednak zadrwił z moich planów w najpiękniejszy możliwy sposób, udowadniając, że to, co bierzemy za pechowy zbieg okoliczności, może okazać się największym darem od życia.
Ucieczka przed serduszkami
Nigdy nie byłam typem romantyczki, która wzdycha do komedii romantycznych i wycina zdjęcia ślubnych sukien z kolorowych magazynów. Jednak moja niechęć do Walentynek osiągnęła apogeum dokładnie rok temu. Powód był prozaiczny, bolesny i boleśnie banalny. Dwanaście miesięcy wcześniej, w ten sam dzień, który rzekomo patronuje zakochanym, nakryłam mojego ówczesnego narzeczonego na kłamstwie. Miał być w delegacji, a był w restauracji dwie ulice dalej, trzymając za rękę moją dobrą znajomą z pracy.
Tamten obraz wypalił mi się w pamięci jak piętno. Dlatego, gdy zbliżał się kolejny luty, czułam narastającą panikę. Moja młodsza siostra, Ania, właśnie planowała swój ślub i cały dom rodzinnym żył przymiarkami, degustacjami tortów i wybieraniem zaproszeń. Cieszyłam się jej szczęściem, naprawdę, ale jako świeżo upieczona singielka z poturbowanym ego, czułam się w tym wszystkim jak słoń w składzie porcelany.
Postanowiłam uciec. Wzięłam dwa dni urlopu, spakowałam najgrubsze swetry, jakie miałam, i kupiłam bilet na pociąg do małej, górskiej miejscowości, gdzie mieszkała moja ciotka Helena. Ciotka była ekscentryczną malarką, która Walentynki traktowała jak wymysł korporacji, więc wiedziałam, że u niej znajdę azyl. Plan był prosty: przetrwać ten dzień z dala od cywilizacji, par trzymających się za ręce i wszechobecnej czerwieni.
Pociąg do nikąd
Kiedy wsiadałam do pociągu, pogoda była znośna, choć niebo miało ten specyficzny, ołowiany kolor zwiastujący opady. Wybrałam miejsce przy oknie, włożyłam słuchawki i wyciągnęłam książkę, licząc na kilka godzin błogiej izolacji. Przez pierwsze dwie godziny wszystko szło zgodnie z planem. Krajobraz za oknem zmieniał się z miejskiego betonu w ośnieżone pola, a rytmiczny stukot kół działał uspokajająco.
Problemy zaczęły się, gdy wjechaliśmy w rejon podgórski. Śnieg zaczął sypać z taką intensywnością, że świata za oknem prawie nie było widać. Było biało, gęsto i niepokojąco. Pociąg zwolnił, aż w końcu, gdzieś pośrodku szczerego pola, stanął całkowicie. W wagonie zapanowało poruszenie. Ktoś głośno wzdychał, ktoś inny nerwowo wybierał numer na telefonie, skarżąc się na brak zasięgu. Po chwili z głośników popłynął trzeszczący komunikat kierownika pociągu. Awaria trakcji. Zaspy na torach. Czekamy na pług i służby techniczne. Czas oczekiwania: nieznany.
Poczułam, jak ogarnia mnie frustracja. To miał być dzień mojej ucieczki, a utknęłam w metalowej puszce pełnej ludzi, którzy – o ironio – w większości jechali na romantyczne wypady w góry. Dookoła widziałam splecione dłonie, czułe szepty i te nieszczęsne pluszowe misie wystające z toreb.
Decyzja, która zmieniła wszystko
Po godzinie siedzenia w miejscu zaczęło mi doskwierać zimno i pragnienie. Ogrzewanie działało na pół gwizdka, a moje zapasy wody się skończyły. Zrezygnowana westchnęłam i postanowiłam udać się do wagonu restauracyjnego, licząc na to, że chociaż tam będzie cieplej i dostanę coś do picia.
Przeciskanie się przez zatłoczone korytarze było koszmarem, ale kiedy dotarłam do Warsu, zobaczyłam, że nie tylko ja wpadłam na ten pomysł. Wszystkie stoliki były zajęte. Ludzie tłoczyli się przy barze, a zapach kawy mieszał się z zapachem mokrej wełny. Stałam tam, bezradna, rozglądając się po sali. Już miałam zawrócić, gdy zauważyłam jeden stolik przy samym końcu wagonu. Siedział przy nim mężczyzna. Był sam. Na stole przed nim leżał laptop i sterta papierów, które wyglądały na jakieś projekty techniczne.
Nie jestem osobą, która łatwo nawiązuje kontakty, ale pragnienie gorącej herbaty było silniejsze niż moja wrodzona rezerwa. Podeszłam bliżej.
– Przepraszam – odezwałam się, starając się przekrzyczeć gwar rozmów. – Czy to miejsce jest wolne? W całym wagonie nie ma gdzie usiąść.
Mężczyzna podniósł wzrok. Miał ciemne, nieco zmierzwione włosy i okulary w cienkich oprawkach, które zsunęły mu się na czubek nosa. Jego oczy były brązowe, ciepłe, ale biło z nich zmęczenie.
– Proszę siadać – powiedział, odsuwając swoje papiery, by zrobić mi miejsce. – W takiej sytuacji trzeba sobie pomagać. Jestem Kacper.
– Judyta – odpowiedziałam, siadając naprzeciwko. – Dziękuję. Ratujesz mi życie.
Rozmowa inna niż wszystkie
Zamówiłam herbatę i kanapkę, która wyglądała na wczorajszą, ale w tamtym momencie smakowała jak danie z gwiazdką Michelin. Kacper wrócił do swoich papierów, a ja dyskretnie mu się przyglądałam. Nie wyglądał na kogoś, kto świętuje Walentynki. Brakowało mu atrybutów zakochanego podróżnika. Był skupiony, poważny, ale nie ponury.
– Przepraszam, że tak rozłożyłem ten bałagan – odezwał się nagle, zamykając laptopa. – Próbuję skończyć projekt ogrodu zimowego, a ten postój trochę wybił mnie z rytmu.
– Projektujesz ogrody? – zapytałam z autentycznym zainteresowaniem. Sama byłam z wykształcenia architektem wnętrz, choć ostatnio zajmowałam się głównie nudnymi biurowcami.
– Krajobraz – poprawił mnie z uśmiechem. – Ale tak, ogrody też. A pani… to znaczy ty, uciekasz czy gonisz?
To pytanie mnie zaskoczyło. Było bezpośrednie, ale nie nachalne.
– Uciekam – przyznałam szczerze. – Przed serduszkami, czekoladkami i całą tą komercyjną szopką. Jadę do ciotki, żeby przeczekać ten dzień w starej chacie w górach. A ty?
– Ja jadę do pracy – zaśmiał się cicho. – Mam do obejrzenia teren pod nową inwestycję. Klient uparł się, że chce widzieć projektanta na miejscu, niezależnie od daty. Dla niego Walentynki to tylko wtorek. Dla mnie w sumie też.
W tym momencie poczułam ulgę. Nie byłam jedynym dziwakiem w tym pociągu. Zaczęliśmy rozmawiać. Najpierw o pracy, o różnicach między projektowaniem wnętrz a przestrzeni otwartej. Potem o tym, jak bardzo irytujące potrafią być oczekiwania społeczne. Kacper opowiedział mi o swojej pasji do dendrologii, o starych drzewach, które próbuje ratować przy nowych budowach. Ja opowiedziałam mu o ciotce Helenie i jej zwariowanych obrazach.
Rozmowa płynęła tak naturalnie, że zapomniałam o śnieżycy, o zimnie i o dacie w kalendarzu. Okazało się, że mamy podobne poczucie humoru i podobne spojrzenie na świat. Nie było w tym flirtu, żadnych podtekstów. To była po prostu rozmowa dwojga ludzi, którzy przypadkiem znaleźli się w tej samej dziwnej sytuacji.
Pożegnanie w chaosie
Pociąg ruszył po trzech godzinach. Kiedy dojeżdżaliśmy do mojej stacji docelowej, było już ciemno. Pociąg miał ogromne opóźnienie, a na peronie panował chaos. Ludzie tłoczyli się przy wyjściach, każdy chciał jak najszybciej wydostać się na zewnątrz.
– To chyba moja stacja – powiedziałam z żalem, wstając.
– Moja też – odparł Kacper, pakując swoje rzeczy. – Wygląda na to, że jedziemy w to samo miejsce.
Wyszliśmy na korytarz, ale tłum nas rozdzielił. Ktoś pchnął mnie w jedną stronę, kogoś walizka zablokowała przejście. Zanim zdążyłam się obejrzeć, zostałam wypchnięta na zaśnieżony peron. Rozejrzałam się gorączkowo, szukając ciemnej kurtki i okularów, ale w zamieci i tłumie pasażerów było to niemożliwe.
Poczułam ukłucie rozczarowania. Nie wymieniliśmy się numerami telefonów. Nie znaliśmy nawet swoich nazwisk. Wiedziałam tylko, że ma na imię Kacper i projektuje krajobrazy. Stałam chwilę na peronie, aż zmarznięte stopy zmusiły mnie do ruszenia w stronę postoju taksówek. Dotarłam do domu ciotki przemarznięta i dziwnie smutna. Ciotka Helena przywitała mnie gorącą zupą i swoim firmowym uśmiechem.
– Wyglądasz, jakbyś zgubiła milion dolarów, dziecko – stwierdziła, stawiając przede mną talerz.
– Gorzej – mruknęłam. – Chyba zgubiłam jedyną normalną osobę, jaką spotkałam na swojej drodze w ostatnich miesiącach.
Zwrot akcji w starym sadzie
Następny dzień był słoneczny i mroźny. Śnieżyca minęła, zostawiając po sobie bajkowy krajobraz. Ciotka Helena od rana krzątała się po kuchni.
– Judyta, kochanie – zawołała. – Miałabyś chwilę, żeby wyjść ze mną do sadu? Umówiłam się z pewnym specjalistą. Chcę odnowić ten stary ogród za stodołą, wiesz, ten, co zarósł dzikim winem. Facet podobno zna się na rzeczy, przyjechał specjalnie z miasta, żeby ocenić stan drzew.
Niechętnie ubrałam się i wyszłam za nią. Śnieg skrzypiał pod butami. Podeszłyśmy pod stare, powykręcane jabłonie, które pamiętałam z dzieciństwa. Przy jednej z nich stał mężczyzna odwrócony do nas plecami. Sprawdzał coś na korze drzewa.
– Dzień dobry! – zawołała ciotka. – Przyprowadziłam siostrzenicę, też jest z branży, chociaż ona woli meblować salony niż ogrody.
Mężczyzna odwrócił się powoli. Serce podeszło mi do gardła. To był on. Te same okulary, ta sama ciemna kurtka i ten sam ciepły uśmiech, który widziałam wczoraj w pociągu.
– Dzień dobry – powiedział, a jego wzrok zatrzymał się na mnie. W jego oczach zobaczyłam ten sam błysk rozpoznania i… radości? – My się chyba już znamy. Pociągowa uciekinierka, prawda?
– Kacper – wydusiłam z siebie, czując, jak rumieniec wypływa mi na policzki. – Co ty tutaj robisz?
– Wygląda na to, że pani Helena jest moją wymagającą klientką, dla której przyjechałem wczoraj w taką pogodę – wyjaśnił, patrząc na moją ciotkę.
Ciotka patrzyła to na mnie, to na niego, a na jej twarzy malował się szeroki, szelmowski uśmiech.
– No proszę – zachichotała. – Wygląda na to, że los wyręczył mnie w swataniu. Zostawię was samych, żebyście omówili… drzewa.
Od przypadku do miłości
Tamten dzień spędziliśmy na łażeniu po sadzie, brnąc w śniegu po kolana. Kacper z pasją opowiadał o tym, jak uratuje stare jabłonie, a ja dorzucałam pomysły na małą altanę i oświetlenie. Tym razem nie zapomnieliśmy wymienić się numerami.
Zostałam u ciotki trzy dni dłużej niż planowałam. Kacper też przedłużył swój pobyt, tłumacząc to koniecznością dokładnej inwentaryzacji terenu, choć oboje wiedzieliśmy, że inwentaryzację skończył pierwszego dnia. Wieczorami siedzieliśmy przy kominku, pijąc wino i rozmawiając o wszystkim. Okazało się, że mieszka w tym samym mieście co ja, tylko w innej dzielnicy. Że też leczy rany po trudnym związku. Że też nienawidzi hałasu i tłoku.
Gdy wróciliśmy do miasta, nasza relacja rozwijała się powoli, ale stabilnie. Nie było fajerwerków i dramatycznych zwrotów akcji, jakie znałam z poprzedniego związku z narzeczonym-kłamcą. Był za to spokój, zrozumienie i niesamowite poczucie bezpieczeństwa. Kacper pokazał mi, że miłość nie musi boleć ani być grą pozorów.
Wspólnie pracowaliśmy nad projektem ogrodu ciotki, co stało się naszym prywatnym rytuałem. Każdy weekend spędzaliśmy w górach, obserwując, jak przyroda budzi się do życia, a wraz z nią budziło się coś między nami. Kiedy wiosną pierwsze pąki pojawiły się na uratowanych przez niego jabłoniach, wiedziałam już, że to nie jest tylko przelotna znajomość.
Najpiękniejsze pytanie w życiu
Minął rok. Znów nadszedł luty. Tym razem jednak nie czułam paniki ani chęci ucieczki. Kacper zaprosił mnie na kolację, ale nie do drogiej restauracji. Zabrał mnie… na dworzec kolejowy.
– Pamiętasz? – zapytał, stojąc na peronie, z którego odjeżdżał pociąg w góry. – Dokładnie rok temu myślałem, że to będzie zmarnowany dzień w podróży służbowej. A spotkałem kobietę, która nienawidzi Walentynek tak samo jak ja.
Zaśmiałam się, czując wzruszenie.
– I która ukradła ci wtedy połowę kanapki – dodałam.
– To była najlepsza inwestycja w moim życiu – odpowiedział poważnie. Potem klęknął, tam, na brudnym, zimnym peronie, wśród spieszących się podróżnych i komunikatów o opóźnieniach. Wyciągnął małe pudełeczko. – Judyto, czy zechcesz spędzić ze mną resztę życia? Obiecuję, że będziemy obchodzić Walentynki tylko wtedy, kiedy sami będziemy mieli na to ochotę. Albo wcale.
Ludzie dookoła przystanęli. Niektórzy zaczęli klaskać. A ja, ta sama dziewczyna, która rok temu uciekała przed miłością, teraz płakałam ze szczęścia, nie mogąc wydobyć z siebie słowa. Tylko kiwałam głową, pozwalając mu wsunąć pierścionek na palec.
Teraz, gdy planujemy nasz ślub, który odbędzie się latem w sadzie ciotki Heleny, pod tymi samymi jabłoniami, które nas połączyły, myślę o tym, jak przewrotny bywa los. To, co uważałam za pech – zepsuty pociąg, śnieżyca, brak miejsca w przedziale – było precyzyjnym planem życia, by postawić na mojej drodze Kacpra. Czasami trzeba utknąć w szczerym polu, żeby w końcu ruszyć we właściwym kierunku.
Nasz ślub nie będzie miał motywu serduszek. Będą polne kwiaty, dużo drewna i zapach jabłek. I choć nadal uważam, że Walentynki to komercyjne święto, to jednak każdego 14 lutego będę wsiadać do pociągu – byle tylko z nim.
Judyta, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W tłusty czwartek poszliśmy z teściami do kawiarni. Zrobili taki cyrk, że nawet smak pączków nie osłodził tej żenady”
- „Myślałem, że walentynki uratują moje małżeństwo. Zamiast tego zobaczyłem, kim naprawdę jest moja żona”
- „W tłusty czwartek synowa upiekła fit pączki z bitą śmietaną. W głowie mi się nie mieści, że można tak zbrukać tradycję”

