Reklama

Od lat powtarzałem sobie, że jestem odpowiedzialnym człowiekiem. Miałem dom, stałą pracę, żonę, która ogarniała codzienność z imponującą konsekwencją. Wszystko było poukładane jak w katalogu. A jednak coraz częściej łapałem się na tym, że wracając wieczorem do mieszkania, czułem nie spokój, lecz ciężar. Jakbym odgrywał rolę w dobrze znanym przedstawieniu.

Dała mi ultimatum

Karolinę poznałem w biurze. Na początku była tylko koleżanką z innego działu, zbyt głośno śmiejącą się na korytarzu. Potem zaczęliśmy razem wychodzić na lunch. Zauważyłem, że przy niej mówię inaczej, szybciej, z większym błyskiem w oku.

Z tobą nie da się nudzić – powiedziała kiedyś, patrząc na mnie tak, jak dawno nikt nie patrzył. – Masz w sobie coś, czego nie pokazujesz innym.

Te słowa wryły mi się w głowę. W domu byłem przewidywalny. Przy Karolinie – interesujący. Romans rozwijał się powoli, niemal niezauważalnie. Najpierw wiadomości, potem spotkania po pracy, wreszcie kłamstwa, które przychodziły mi z zaskakującą łatwością. Tłumaczyłem sobie, że nikogo nie krzywdzę, że to tylko chwilowe. Że mam prawo poczuć coś więcej. Ale dla Karoliny to przestało być wystarczające.

Pamiętam wieczór, gdy wszystko się zmieniło. Siedzieliśmy u niej. Była cicha, spięta, zupełnie inna niż zwykle.

Ile to jeszcze potrwa? – zapytała nagle.

– Co masz na myśli? – udawałem, że nie rozumiem.

– To ukrywanie się. Te wymówki. Telefon odkładany ekranem do dołu – spojrzała na mnie z wyrzutem. – Nie chcę być dodatkiem do twojego życia.

Milczałem. Wiedziałem, że ma rację, ale wolałem tego nie nazywać.

Kochasz ją? – zapytała po chwili.

To pytanie zawisło między nami jak ciężka zasłona.

– To skomplikowane – odpowiedziałem w końcu.

– Nie. To nie jest skomplikowane – jej głos zadrżał. – Albo jesteś ze mną naprawdę, albo wracasz do żony. Nie chcę połowy ciebie.

Czułem, jak serce wali mi w piersi. Wyobraziłem sobie Lucynę przy kuchennym stole, przeglądającą rachunki. Nasze wspólne wakacje planowane z wyprzedzeniem. Dziecięce rysunki na lodówce. Stabilność, która przez lata była fundamentem mojego życia. A potem spojrzałem na Karolinę. Młodszą, pełną energii, patrzącą na mnie tak, jakbym był najważniejszy.

Nie odejdę od niej z dnia na dzień – zacząłem ostrożnie.

– Nie pytam o dzień. Pytam, czy w ogóle odejdziesz – przerwała mi. – Potrzebuję jasnej odpowiedzi.

Bałem się. Rozwód oznaczałby rozmowy z rodziną, podział majątku, zmianę całego życia. Bałem się też, że jeśli teraz się wycofam, stracę Karolinę bezpowrotnie.

– Odej­dę – powiedziałem w końcu. – Złożę pozew. Potrzebuję tylko trochę czasu.

Wypowiadając te słowa, poczułem jednocześnie ulgę i lodowaty ścisk w żołądku. Jakbym podpisał dokument, którego treści do końca nie rozumiałem. Karolina odetchnęła.

Chcę z tobą normalności, Damian. Wspólnych poranków, nie tylko ukradzionych godzin.

Przytuliła mnie mocno, jakby bała się, że zaraz zniknę. A ja po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że przekroczyłem granicę. To już nie był romans dla podniesienia ego. To była deklaracja, która wymagała czynów.

Wracając do domu, powtarzałem w myślach: „Powiem jej. Muszę powiedzieć”. Ale gdy otworzyłem drzwi i zobaczyłem Lucynę stojącą przy kuchence, spokojną, skupioną, wszystkie przygotowane zdania rozsypały się jak kurz.

Długo dziś pracowałeś – zauważyła, nawet na mnie nie patrząc.

– Tak, było sporo spraw do zamknięcia – odpowiedziałem.

Zrozumiałem, że obiecałem nowy początek, nie mając odwagi zakończyć starego życia.

Prawda i tak wyszła na jaw

Nie zdobyłem się na tę rozmowę. Każdego dnia powtarzałem sobie, że to nie jest odpowiedni moment. Że Lucyna ma gorszy tydzień w pracy. Że dzieci potrzebują spokoju. Że po świętach będzie łatwiej. Odkładałem decyzję jak rachunek, którego nie chce się otworzyć.

Telefon stał się moim największym wrogiem. Zabierałem go ze sobą nawet do łazienki. Kiedyś zostawiłem go jednak na komodzie w salonie. Wyszedłem tylko wyrzucić śmieci. Zwykła, krótka chwila. Gdy wróciłem, Lucyna siedziała na kanapie. Telefon leżał obok niej. Patrzyła na mnie tak, jakby widziała obcego człowieka.

Kto to jest Karolina? – zapytała spokojnie.

Zamarłem. W jednej sekundzie zrozumiałem, że wszystko wyszło na jaw.

To koleżanka z pracy – odpowiedziałem automatycznie.

Lucyna podniosła telefon i przeczytała fragment wiadomości:

– „Tęsknię za tobą. Kiedy w końcu będziemy mogli być normalnie razem?” – Jej głos był równy, niemal bezbarwny. – Tak piszą do siebie koledzy?

Nie wiedziałem, co powiedzieć. W głowie miałem pustkę.

– Lucyna, ja… to nie jest takie proste.

– Właśnie widzę, że jest bardzo proste – przerwała mi. – Od jak dawna to trwa?

Usiadłem naprzeciwko niej. Nagle kanapa wydała mi się zbyt mała, powietrze zbyt gęste.

– Kilka miesięcy – przyznałem cicho.

Spodziewałem się wybuchu. Rzucenia telefonu, łez, pretensji. Zamiast tego zobaczyłem, jak jej ramiona lekko opadają, jakby coś w niej zgasło.

Rozumiem – powiedziała po chwili.

To jedno słowo uderzyło mnie mocniej niż jakikolwiek krzyk.

– Nic nie rozumiesz – odpowiedziałem nerwowo. – To się po prostu stało. Nie planowałem tego.

A planowałeś mi o tym powiedzieć? – spojrzała na mnie uważnie.

Milczałem.

– Czy zamierzałeś odejść?

To było pytanie, przed którym uciekałem od tygodni. Obiecałem Karolinie, że tak. Ale teraz, patrząc na Lucynę, nagle zabrakło mi pewności.

– Nie wiem – wyszeptałem.

Lucyna skinęła głową.

– Ja wiem – powiedziała cicho. – Ty już wybrałeś. Tylko boisz się to przyznać.

Wstała i podeszła do okna. Stałem bezradnie, czując, jak grunt usuwa mi się spod nóg.

Nie będę walczyć o kogoś, kto patrzy w inną stronę – dodała po chwili. – Jeśli chcesz odejść, odejdź. Ale nie rób ze mnie osoby, która ma bez końca czekać na twoją decyzję.

– To nie tak… – próbowałem.

– Właśnie tak – przerwała spokojnie. – Nie jestem twoją opcją awaryjną.

W jej oczach nie było furii. Był zawód i coś jeszcze – godność, której wcześniej może nie dostrzegałem.

Przez kilka dni chodziliśmy obok siebie jak cienie. Bez rozmów o przyszłości, bez wspólnych planów. Atmosfera była napięta, ale chłodna. To mnie rozbijało bardziej niż awantura.

Tydzień później wróciłem z pracy i zobaczyłem na stole kopertę.

Złożyłam pozew – powiedziała, zanim zdążyłem zapytać. – Nie chcę żyć w zawieszeniu.

– Mogliśmy to omówić – rzuciłem zaskoczony.

– O czym mieliśmy rozmawiać? – spojrzała na mnie spokojnie. – O tym, czy mnie jeszcze kochasz?

Nie odpowiedziałem.

Wolałabym usłyszeć prawdę, nawet bolesną, niż patrzeć, jak codziennie uciekasz wzrokiem.

W tamtej chwili dotarło do mnie, że straciłem kontrolę. To nie ja odchodziłem z podniesioną głową. To ona przestała mnie zatrzymywać.

Wieczorem zadzwoniłem do Karoliny.

– Powiedziałem jej – skłamałem częściowo. – Rozwód jest w toku.

Po drugiej stronie zapadła cisza, a potem usłyszałem jej przyspieszony oddech.

– Naprawdę? – zapytała.

– Tak. To się dzieje.

Oczekiwałem radości, entuzjazmu. Zamiast tego w jej głosie pojawiło się coś, czego nie umiałem nazwać. Może wahanie? Siedziałem w ciemnym salonie, trzymając telefon przy uchu, i po raz pierwszy pomyślałem, że lawina, którą sam uruchomiłem, nie zatrzyma się na moich warunkach.

Marzenie miało się spełnić

Gdy znowu powiedziałem Karolinie, że rozwód jest w toku, spodziewałem się, że rzuci mi się w ramiona, że zaczniemy planować wspólne mieszkanie, poranki bez pośpiechu, niedzielne śniadania przy jednym stole. W mojej głowie to miało być przejście z półmroku do światła.

Spotkaliśmy się dwa dni później. Weszła do kawiarni spóźniona, z rozwianymi włosami. Uśmiechnęła się, ale w jej oczach nie było tej iskry, do której przywykłem.

– Jak się czujesz? – zapytała, siadając naprzeciwko.

– Dziwnie – przyznałem. – To wszystko nabrało tempa. Lucyna złożyła pozew.

Karolina uniosła brwi.

– Sama?

– Tak. Nie chciała czekać.

Przez chwilę mieszała łyżeczką w filiżance, choć nie słodziła.

– To chyba… dobrze? – powiedziała w końcu, jakby próbowała przekonać samą siebie.

Przecież o to chodziło – odpowiedziałem z lekkim napięciem. – Chciałaś jasnej decyzji. Teraz ją masz.

Zamilkła. Przyglądała mi się uważnie.

– A dzieci? – zapytała nagle.

Będę je widywał regularnie. Ustalimy wszystko spokojnie.

– A alimenty? Podział mieszkania?

Nie spodziewałem się tak konkretnych pytań. Dotąd rozmawialiśmy o uczuciach, o tęsknocie, o przyszłości w ogólnych zarysach. Teraz brzmiało to jak lista obowiązków.

To formalności – odpowiedziałem, choć wiedziałem, że to nieprawda. – Najważniejsze, że będziemy razem.

Karolina odsunęła filiżankę.

– Damian… kiedy mówiłam o rozwodzie, wyobrażałam to sobie inaczej.

– Inaczej, czyli jak? – poczułem ukłucie irytacji.

– Bez tego całego ciężaru. Bez poczucia, że wchodzę w czyjeś niedokończone życie.

– To nie jest niedokończone życie – zaprotestowałem. – To nowy początek.

– Dla ciebie może tak – odpowiedziała cicho. – Dla mnie to coś bardzo realnego. Bycie z rozwodnikiem to nie to samo co spotykanie się z kimś, kto wraca wieczorem do domu i znika.

Jej słowa zabolały.

– Czyli… wolałaś mnie wtedy? – zapytałem. – Gdy byłem niedostępny?

– Nie przekręcaj tego – westchnęła. – Po prostu… to wszystko stało się nagle poważne.

To, co dla mnie było dowodem odwagi, dla niej stało się obciążeniem. Tajemnica dodawała naszej relacji intensywności. Teraz, w świetle dnia, z dokumentami i terminami rozpraw, wyglądała zupełnie inaczej.

Z tygodnia na tydzień czułem, jak coś między nami się zmienia. Coraz rzadziej proponowała spotkania. Gdy dzwoniłem, oddzwaniała po kilku godzinach.

– Jestem zmęczona – tłumaczyła. – Mam dużo pracy.

Kiedyś to ja byłem jej priorytetem. Teraz miałem wrażenie, że przeszkadzam.

Pewnego wieczoru zapytałem wprost:

– Czy żałujesz, że postawiłaś mi wtedy to ultimatum?

Milczała przez dłuższą chwilę.

– Nie wiem – odpowiedziała w końcu. – Chciałam być dla kogoś pierwsza. Teraz czuję, że jestem wplątana w coś, co mnie przerasta.

Zrobiłem to dla ciebie – powiedziałem z goryczą.

– Nie – zaprzeczyła stanowczo. – Zrobiłeś to, bo sam tego chciałeś. Nie zrzucaj tego na mnie.

Te słowa były jak zimny prysznic. Nagle ktoś odebrał mi wygodną narrację, w której byłem romantycznym buntownikiem walczącym o miłość.

Coraz częściej łapałem się na tym, że wracając do pustego mieszkania – bo Lucyna wyprowadziła się do wynajętego lokalu – czuję nie ekscytację, lecz dziwną pustkę. Cisza była gęsta, natarczywa. Nie było z kim wymienić kilku zdań o zwykłych sprawach.

A Karolina? Oddalała się powoli, niemal niezauważalnie. Nasze rozmowy stały się ostrożne, jakby każde z nas badało grunt. Zaczynałem rozumieć, że marzenie o wspólnym życiu było piękne tylko wtedy, gdy istniało jako wizja. W rzeczywistości miało cenę, której żadne z nas nie umiało dokładnie oszacować.

Nie chciała konsekwencji

Decydująca rozmowa odbyła się w jej mieszkaniu. Zaprosiła mnie wieczorem, ale od progu czułem dystans. Nie podeszła, by mnie przytulić. Usiadła przy stole, splatając dłonie.

Myślałam, że dam radę – mówiła powoli. – Że kiedy rozwód stanie się faktem, wszystko się ułoży. Ale im bardziej to jest realne, tym bardziej czuję, że to mnie przerasta.

– Co konkretnie? – zapytałem ostro.

– To, że zawsze będziesz miał przeszłość obok siebie. Spotkania, ustalenia, obowiązki. Ja chciałam prostego początku. Bez bagażu.

Poczułem, jak coś we mnie się łamie.

Wiedziałaś, że mam rodzinę.

– Wiedziałam – skinęła głową. – Ale co innego wiedzieć, a co innego żyć z konsekwencjami.

Podniosłem się z krzesła.

– Czyli kiedy byłem zajęty, byłem wystarczający. A teraz, kiedy naprawdę mogę być z tobą, już nie?

– To nie jest takie proste – powiedziała cicho. – Może kochałam cię wtedy, kiedy byłeś nieosiągalny. Kiedy to było intensywne, zakazane. Teraz widzę zmęczonego mężczyznę, który stracił grunt pod nogami.

Te słowa zabolały bardziej, niż się spodziewałem.

Zostawiłem wszystko – wyrzuciłem z siebie. – Myślałem, że tego chciałaś.

– Chciałam czuć się wybrana – odpowiedziała. – Ale nie czyimś kosztem. Nie potrafię z tym żyć.

Zapadła cisza, ciężka i nieodwołalna.

Więc to koniec? – zapytałem w końcu.

Karolina wstała i spojrzała na mnie z mieszaniną smutku i determinacji.

– Tak. Potrzebuję życia bez komplikacji. A ty jesteś jedną wielką komplikacją.

Nie zatrzymałem jej. Nie było już czego ratować. Wyszedłem, czując, że właśnie zamknęły się przede mną drzwi, dla których otworzyłem inne.

Straciłem wszystko na raz

Kilka dni później wróciłem do mieszkania po spotkaniu z prawnikiem. Klucz przekręcił się w zamku z metalicznym dźwiękiem. W środku panowała cisza. Wszedłem do sypialni. Szafy były puste. Zniknęły sukienki Lucyny, jej pudełka z dokumentami, drobiazgi z toaletki. Na półce została tylko para zapomnianych rękawiczek.

Usiadłem na łóżku i wtedy zadzwonił telefon. Wiadomość od Karoliny. „Nie szukaj mnie. Muszę zacząć od nowa. Sama”. Krótko. Bez czułości. Bez wyjaśnień. W tamtej chwili zrozumiałem, że nie mam już dokąd wracać. Lucyna też nie dzwoniła. Kontakt ograniczył się do ustaleń dotyczących formalności. Była uprzejma, rzeczowa, chłodna.

Podczas jednej z ostatnich rozmów powiedziała:

– Mam nadzieję, że znajdziesz to, czego szukałeś.

Nie było w tym złośliwości. Tylko zmęczenie.

Minęło kilka miesięcy. Rozwód był na finiszu. Mieszkanie, które kiedyś wydawało mi się za małe, teraz przytłaczało pustką. Wieczorami siedziałem przy stole, przy którym dawniej rozmawialiśmy o planach na przyszłość. Zrozumiałem, że pomyliłem rutynę z brakiem uczucia. Stabilność uznałem za nudę, a chwilowe uniesienie za coś głębszego.

Nie zostałem porzucony przez los. To ja podjąłem decyzje. Ja składałem obietnice. Ja wierzyłem, że mogę mieć wszystko, nie tracąc niczego. Zostałem sam. Bez stabilności, którą uważałem za oczywistość. Bez namiętności, która miała być nowym początkiem. Została cisza i świadomość, że niektórych wyborów nie da się cofnąć.

Damian, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama