Reklama

Przez lata powtarzałam sobie, że małżeństwo to przede wszystkim stabilność. Nie wielkie gesty, nie nieustanne zapewnienia, ale wspólne konto, kredyt spłacany co miesiąc i kalendarz wypełniony planami na kolejne inwestycje. Życie z Tomaszem toczyło się szybko, konkretnie, bez zbędnych pytań. Aż do dnia, kiedy zobaczyłam na jego telefonie wiadomość podpisaną imieniem, którego nie znałam. Nie krzyczałam. Poczułam tylko lodowaty spokój, jakby coś we mnie zamarzło.

Zaczęłam zbierać dowody

Telefon leżał na blacie w kuchni. Tomasz brał prysznic, a ja kroiłam warzywa do sałatki. Ekran rozświetlił się nagle. „Tęsknię za Tobą. Weekend był za krótki”. Pod spodem serduszko i imię: Karolina. Patrzyłam na te słowa dłużej, niż powinnam. Ręce przestały mi drżeć szybciej, niż się spodziewałam. Zamiast tego pojawiła się myśl: sprawdź wszystko. Wieczorem siedzieliśmy przy kolacji.

– Jutro wyjeżdżam do Poznania – powiedział, nie podnosząc wzroku znad talerza. – Spotkanie z inwestorem.

– Na ile? – zapytałam spokojnie.

– Dwie noce.

Skinęłam głową. Wiedziałam już, że rezerwacja hotelu, którą widziałam w jego mailu, była na apartament dwuosobowy. I nie w Poznaniu. Przez kolejne dni zbierałam dowody. Wiadomości, potwierdzenia przelewów, zdjęcia, które wysyłała mu Karolina – eleganckie restauracje, lobby hoteli. Czułam upokorzenie, ale silniejsze było coś innego. Chłodna kalkulacja.

Myślałam sobie: „Jeśli teraz wybuchnę, stracę kontrolę. A ja nie chcę krzyczeć. Chcę wygrać”. Przy wspólnych kolacjach obserwowałam go uważnie. Jak poprawiał mankiet koszuli, jak odkładał telefon ekranem w dół, jak uśmiechał się do siebie, czytając wiadomości. Był pewny, że nic nie wiem. Może nawet uważał mnie za zbyt zajętą rachunkami i harmonogramami, by dostrzec zmiany.

Nie zdawał sobie sprawy, że to ja przez lata prowadziłam naszą dokumentację. Wiedziałam, gdzie są umowy, jakie mamy udziały, jakie zobowiązania. Wiedziałam, ile mi się należy ze wspólnego majątku. I przestałam być ofiarą w chwili, gdy to zrozumiałam.

Opracowałam plan zemsty

Zadzwoniłam do Michała z samochodu. Stałam na parkingu pod supermarketem, patrząc na ludzi pchających wózki pełne zakupów, jakby świat był prosty i przewidywalny.

– Irena? – w jego głosie usłyszałam zaskoczenie. – Kopę lat.

Potrzebuję porady. Dyskretnej – powiedziałam.

Spotkaliśmy się dwa dni później w jego kancelarii. Pachniało tam papierem i kawą. Michał nie zadawał zbędnych pytań.

– Masz dowody? – zapytał rzeczowo.

– Wystarczające.

Przejrzał dokumenty, które przyniosłam. W milczeniu. Tylko raz uniósł brwi.

– Jeśli chcesz działać spokojnie, musimy to rozłożyć w czasie. Rozdzielność majątkowa. Zmiany w udziałach. Wszystko zgodnie z prawem.

Słuchałam, notowałam, kiwałam głową. Każde jego zdanie było jak kolejny krok na mapie, którą właśnie zaczynałam rysować. W domu byłam taka jak zawsze. Robiłam listy zakupów, przypominałam o terminach, dopytywałam o spotkania.

– Myślałem o nowej inwestycji – rzucił któregoś wieczoru Tomasz. – Może powinniśmy zwiększyć nasz udział w spółce.

– Zanim to zrobimy, warto uporządkować kwestie formalne – odpowiedziałam spokojnie. – Rozdzielność majątkowa zabezpieczy firmę. Wiesz, jakie są teraz czasy.

Spojrzał na mnie z uznaniem.

– Właśnie dlatego jesteś niezastąpiona – uśmiechnął się.

Podpisał dokumenty bez większego wahania. Ufał mi. Ta myśl zabolała mnie bardziej, niż się spodziewałam. Wieczorami siedziałam przy biurku i przeglądałam umowy. Przeniesienie części nieruchomości, zmiany w udziałach, aktualizacje pełnomocnictw. Wszystko powoli, krok po kroku. Michał powtarzał:

– Spokojnie. Najgorsze, co możesz zrobić, to pośpiech.

Czasem patrzyłam w lustro i zastanawiałam się, kim się staję. Czy to jeszcze obrona, czy już zemsta? Czy milczenie jest siłą, czy tchórzostwem?

Nic już nie było jak zawsze

Karolinę zobaczyłam przypadkiem w galerii handlowej. Stała przy witrynie z torebkami, śmiała się, a Tomasz trzymał ją pod rękę. Nie widzieli mnie. Była młodsza ode mnie, pewna siebie, ubrana tak, jak ja kiedyś, zanim rachunki i spotkania stały się ważniejsze niż spontaniczność.

Przez chwilę nasze spojrzenia się spotkały. Nie wiem, czy wiedziała, kim jestem. W jej oczach nie było wstydu. Była pewna swojej pozycji. Odwróciłam się pierwsza.

Tomasz coraz częściej wyjeżdżał. Prezenty, które kupował, czyściły nasze konto szybciej niż zwykle. Ja notowałam wszystko. Każdy przelew, każdą fakturę. Pewnego wieczoru usłyszałam jego rozmowę w gabinecie.

– Uporządkuję to wkrótce – mówił cicho. – Obiecuję.

Nie musiałam zgadywać, z kim rozmawia. Wtedy zrozumiałam, że Karolina zaczyna go naciskać. Chciała czegoś więcej niż kilku weekendów. Chciała miejsca przy jego stole. A ja wciąż siedziałam naprzeciwko niego, nalewałam herbatę i pytałam:

– Z cukrem?

– Jak zawsze – odpowiadał, nie patrząc na mnie.

Jak zawsze. Tylko że nic już nie było jak zawsze.

Wdrożyłam swój plan w życie

Zmiana nie przyszła nagle. To było raczej powolne przesuwanie się granic. Tomasz pierwszy wyczuł, że coś się wymyka spod kontroli, choć nie potrafił tego nazwać.

– Jesteś ostatnio jakaś… zdystansowana – powiedział któregoś wieczoru, odkładając gazetę. – Wszystko w porządku?

Siedziałam naprzeciwko niego przy stole, przeglądając dokumenty.

– Pracuję więcej. To wszystko.

Przyglądał mi się dłużej niż zwykle. Jakby próbował przejrzeć mnie na wylot. Kiedyś wystarczyłby mu uśmiech. Teraz nie dawałam mu nawet tego. Zaczął częściej mówić o wspólnych planach.

– Może kupimy działkę pod miastem? – rzucił pewnego dnia. – Zbudujemy dom, zaczniemy nowy etap.

– Zobaczymy – odpowiedziałam. – Najpierw zamknijmy bieżące sprawy.

Nie wiedział, że „bieżące sprawy” były już zamknięte. Udziały zostały przepisane, nieruchomości zabezpieczone. Nasze wspólne konto przestało być centrum wszystkiego. Michał działał dyskretnie i skutecznie.

– On nadal uważa, że rozdaje karty – powiedział podczas jednego ze spotkań.

– Bo zawsze rozdawał – odparłam. – Ale nie wiedział, że to ja tasowałam talię.

Michał spojrzał na mnie uważnie.

– Uważaj, żebyś sama nie zapomniała, po co to robisz.

To pytanie wracało do mnie wieczorami. Czy chodziło o sprawiedliwość, czy o to, by zobaczyć w jego oczach zaskoczenie?

Patrzyłam na niego ze smutkiem

Tomasz stawał się drażliwy. Wystarczyła drobnostka.

– Dlaczego zmieniłaś hasło do wspólnego dysku? – zapytał ostro.

– Aktualizacja systemu – odpowiedziałam spokojnie. – Lepiej chronić dane.

Patrzył na mnie chwilę, jakby chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował. Był przekonany, że wcąż ma nad wszystkim kontrolę. Pieniądze były jego tarczą. Myślał, że cokolwiek się wydarzy, zawsze stanie na nogi. Z wiadomości, które przypadkiem zobaczyłam, wiedziałam, że Karolina traci cierpliwość. „Nie chcę już czekać. Miałeś to załatwić”.

Wyobrażałam sobie ich rozmowy. Jej głos, pewny i wymagający. Jego zapewnienia, że wszystko jest pod kontrolą. Pewnego popołudnia wrócił wcześniej do domu. Zastał mnie przy biurku.

– Musimy porozmawiać – powiedział.

Serce zabiło mi szybciej, ale twarz pozostała niewzruszona.

– Słucham.

– Czuję, że się od siebie oddalamy. Może powinniśmy wyjechać gdzieś razem. Odpocząć.

W jego oczach pojawił się cień niepewności. Pierwszy raz od dawna.

– To dobry pomysł – odpowiedziałam łagodnie. – Ale najpierw zamknijmy kilka spraw.

Nie dopytywał jakich. Patrzyłam na niego i czułam coś, czego się nie spodziewałam – nie satysfakcję, lecz smutek. To był człowiek, którego kiedyś kochałam bez kalkulacji. Budowaliśmy razem każdy metr naszego życia. Teraz każde z nas budowało coś osobno. Kilka dni później Michał zadzwonił.

– Wszystko gotowe – powiedział krótko. – Możesz działać, kiedy uznasz za właściwe.

Odłożyłam telefon i przez chwilę stałam przy oknie. Na ulicy ludzie spieszyli się do swoich spraw. Zwykły dzień. Wiedziałam, że dla mnie zwykłość właśnie się kończy.

Nie zatrzymywałam go

Pozew złożyłam w poniedziałek rano. Bez drżenia rąk, bez dramatycznych myśli. W sekretariacie sądu podpisałam dokumenty i poczułam, jakby ktoś zamknął za mną ciężkie drzwi. Tomasz wrócił do domu późnym popołudniem. Zdjął marynarkę i rzucił ją na fotel.

– Mamy coś na kolację? – zapytał jak zwykle.

– Tak, ale najpierw usiądź – odpowiedziałam.

Spojrzał na mnie z lekkim zdziwieniem. W salonie było cicho, zbyt cicho jak na nasz dom.

– Co się stało?

Położyłam przed nim kopertę.

– To dla ciebie.

Otworzył ją niedbale. Zmarszczył brwi, czytając pierwsze zdania. Potem drugie, trzecie.

– Co to ma znaczyć? – jego głos podniósł się o ton. – To jakiś żart?

– Nie.

– Rozwód? – spojrzał na mnie tak, jakby zobaczył kogoś obcego. – Zwariowałaś?

Wiem o Karolinie – powiedziałam spokojnie. – Od miesięcy.

Zamilkł. W jego oczach pojawiło się najpierw zaprzeczenie.

– To nie jest tak, jak myślisz.

– Wiem dokładnie, jak jest.

Wstał gwałtownie i przeszedł kilka kroków po salonie.

– Mogliśmy to omówić. Przesadzasz, to tylko chwilowe.

– Rezerwacje hoteli nie są chwilowe. Obietnice składane przez telefon też nie.

Patrzył na mnie, jakby próbował znaleźć najmniejszy ślad zawahania w moich oczach. Nie znalazł.

– I co? Myślisz, że mnie zaskoczysz pozwem? – w jego głosie pojawiła się nuta pogardy. – Poradzę sobie.

– Wiem – odpowiedziałam. – Dlatego zadbałam o to, żeby wszystko było jasne.

Wyjęłam kolejne dokumenty. Umowę o rozdzielności majątkowej, zmiany w udziałach, potwierdzenia przeniesienia własności. Czytał w milczeniu. Tym razem dłużej.

– To niemożliwe – wyszeptał. – Jak to się stało?

– Przecież sam podpisałeś większość dokumentów.

Podniósł na mnie wzrok. Złość ustąpiła miejsca niedowierzaniu.

Wykorzystałaś moje zaufanie.

To zdanie zabolało mnie bardziej niż wszystkie inne.

– A ty? – zapytałam cicho.

Zapadła cisza, ciężka i gęsta.

– Chodziło ci o pieniądze? – próbował jeszcze odzyskać kontrolę. – O to całe zabezpieczanie?

Chodziło o sprawiedliwość – odpowiedziałam. – I o to, żebyś nie decydował za mnie o moim życiu.

Usiadł ciężko na kanapie. Po raz pierwszy od lat wyglądał na zagubionego.

– Myślałem, że jesteś… inna. Że nigdy nie zrobisz czegoś takiego.

– Właśnie dlatego mogłam to zrobić.

Nie krzyczałam, nie płakałam. Każde słowo było wyważone.

To koniec? – zapytał w końcu.

– Tak.

Wieczorem spakował kilka rzeczy i wyszedł. Nie zatrzymywałam go.

Odzyskałam siebie

Kilka dni później dowiedziałam się od wspólnego znajomego, że pojechał do Karoliny. Był przekonany, że przynajmniej ona będzie przy nim. Nie przewidział jednego – że jej entuzjazm był związany z jego możliwościami. Gdy sytuacja finansowa przestała wyglądać imponująco, jej wiadomości stały się krótsze. Spotkania rzadsze. „Muszę to przemyśleć” – napisała mu podobno.

Został sam. Bez domu, który uważał za twierdzę. Bez kobiety, dla której ryzykował wszystko. Ja przeprowadziłam się do mniejszego mieszkania. Bez marmurowych blatów i ogromnych okien. Za to z ciszą, która nie bolała. Czasem siadałam przy kuchennym stole i zastanawiałam się, czy stałam się kimś chłodnym, wyrachowanym. Czy milczenie było moją bronią, czy tarczą.

Nie odzyskałam miłości. Nie odzyskałam dawnej wiary w ludzi. Odzyskałam siebie. Patrząc w lustro, widziałam kobietę silniejszą, ale mniej naiwną. Nasze małżeństwo nie rozpadło się w krzyku. Rozpadło się w ciszy. A ta cisza była najgłośniejsza ze wszystkich.

Irena, 43 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama