Reklama

Nigdy nie należałam do tych kobiet, które całe życie podporządkowują jednemu mężczyźnie. Nie wiem, może to coś ze mną jest nie tak, może po prostu lubię czuć się pożądana, a może… po prostu się nudzę. Mój mąż myśli, że codziennie po pracy wskakuję w legginsy i lecę na fitness. Święcie wierzy w moją nagłą pasję do sportu i rzeźbienia sylwetki. A ja? Owszem, spalam kalorie. Tyle że w hotelowych pokojach, a nie na siłowni. Mam swoje sposoby na utrzymanie formy – emocjonalnej i fizycznej. Tylko czy kiedyś się nie zapędzę za daleko?

Dres, mata i kłamstwo

– Kochanie, będziesz dziś późno? – zapytał jak zwykle, sięgając po kubek z kawą.

– Mam fitness o siedemnastej. Znowu ten killer workout, co mnie tak załatwił ostatnio – odpowiedziałam, zawiązując włosy w koński ogon.

– Szacun – mruknął i pocałował mnie w czoło. – Ja oglądam dziś mecz z chłopakami. Zamów sobie coś zdrowego na kolację, nie czekaj na mnie.

Uśmiechnęłam się. Wiedziałam, że nie muszę się tłumaczyć. On wierzył we wszystko, co mu mówiłam. W te opowieści o treningach, spalonych kaloriach i trenerce, która motywuje jak demon.

Wsiadłam do auta, ale nie skręciłam na siłownię. Pojechałam na drugi koniec miasta, pod znajomy hotel, gdzie Marek – poznany przypadkiem na konferencji – czekał już z kluczem w dłoni i tym swoim spojrzeniem, od którego robiło mi się gorąco. W torbie, obok legginsów i butelki z wodą, miałam czarne koronkowe body.

– Masz dziś tę samą wymówkę? – zapytał, zamykając za mną drzwi pokoju.

– Fitness – mruknęłam, zrzucając z siebie dres. – Najbardziej efektywny trening tygodnia.

Zawsze powtarzałam sobie, że to tylko fizyczność. Tylko że to „tylko” coraz częściej brzmiało jak usprawiedliwienie.

W windzie pachniało przygodą

Marek czekał na mnie przy windzie. Biała koszula, lekko rozpięty kołnierzyk, dłoń w kieszeni. Gdy mnie zobaczył, uśmiechnął się tym swoim półuśmiechem, który działał jak zaproszenie do kłopotów.

Dzień dobry, pani trenerko – mruknął, otwierając drzwi windy.

Nie odpowiedziałam. Po prostu weszłam i stanęłam tuż przy nim. W windzie pachniało jego perfumami i czymś jeszcze – ekscytacją, ryzykiem, nieprzyzwoitością. Położył rękę na moim biodrze i lekko mnie przyciągnął.

– Pokój 413, prawda? – zapytałam cicho.

– Zawsze 413. Jak rytuał – odpowiedział i przygryzł wargę.

Kiedy drzwi się zamknęły, mój puls przyspieszył. Wiedziałam, że to tylko zabawa, że po wszystkim wrócę do domu, do mojego spokojnego, ułożonego życia. Do męża, który właśnie w tej chwili pewnie rozkładał chipsy i piwo, przygotowując się do meczu. Ale tu, w tym hotelu, nie byłam jego żoną. Nie byłam matką. Nie byłam sobą. Byłam kobietą, która decyduje, że przez godzinę chce być tylko ciałem i pragnieniem. Bez konsekwencji. Bez pytań. Marek znał zasady. Żadnych pytań o dom, o małżeństwo. Tylko spotkania, w których każda minuta była intensywniejsza niż cały mój tydzień.

Czwartki z tajemnicą

To stało się rytuałem. Czwartki o siedemnastej – znikam z domu na rzekomy fitness. Mąż już się nawet przyzwyczaił.

– Znowu się będziesz katować? – rzucał z uśmiechem. – Podziwiam.

Uśmiechałam się w odpowiedzi, a w środku miałam ochotę krzyknąć, żeby przestał mnie podziwiać. Że wcale nie jestem taka, za jaką mnie uważa. Że nie walczę o kondycję, tylko o emocje. O coś, co przynajmniej przez chwilę daje mi wrażenie, że żyję.

Czwartki były naszymi małymi świętami. Pokój 413 pachniał świeżą pościelą, a Marek wnosił butelkę wina i ten swój śmiech, który rozbrajał mnie za każdym razem.

– Jeszcze tydzień i będziemy musieli to powtórzyć – mówił, zaciągając mnie do łóżka.

Raz tylko spytał:

Nigdy nie masz wyrzutów sumienia?

Zamarłam wtedy na chwilę. A potem wzruszyłam ramionami.

– Wiesz, to nie tak, że nie mam. Po prostu… są słabsze niż potrzeba.

Nigdy więcej nie wrócił do tego tematu. W domu byłam wzorową żoną. Kolacja czekała na stole, a uśmiech – idealnie dopasowany. Tylko ciało czasem zdradzało się zbyt szybkim pulsem i delikatnym drżeniem rąk, kiedy mąż obejmował mnie w progu.

Mąż, który nie zadawał pytań

Czasem zastanawiałam się, jak to możliwe, że nigdy nie zorientował się, co się dzieje. Wracałam do domu z zaróżowionymi policzkami, pachnąca hotelowym żelem pod prysznic, czasem z czerwonym śladem po zbyt namiętnym pocałunku. A on? On tylko całował mnie w czoło i mówił:

Dumny jestem z ciebie.

Może naprawdę nie chciał wiedzieć. Może ta wygodna iluzja była mu na rękę. Wierzył w obraz idealnej żony, która ćwiczy po pracy, gotuje zdrowo i wspiera go w każdej sprawie. I nie chciał tego obrazu rozbijać, nawet jeśli coś zaczynało nie grać. Pewnego dnia, kiedy wróciłam później niż zwykle, siedział już na kanapie, wpatrzony w telewizor, z zimnym piwem w ręce.

– Długo dziś było, co?

Nowy program treningowy. Jestem wykończona – podałam mu kanapkę i pocałowałam w policzek.

Spojrzał na mnie dłużej niż zwykle. Wydawało mi się, że coś widzi. Że coś podejrzewa. Ale wtedy odwrócił wzrok i wziął kęs.

– Jesteś najlepsza – powiedział.

To bolało bardziej niż gdyby mnie oskarżył. Bo on naprawdę wierzył. I kochał. A ja coraz bardziej nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego to mi nie wystarcza.

Za mało rozsądku

To miało być proste. Spotkania, przyjemność, żadnych zobowiązań. Ale jak to zwykle bywa – jedno „między nami” za dużo, jedna wiadomość wysłana za wcześnie, jeden sms nieusunięty na czas – i równowaga zaczęła się chwiać.

Tęsknię, kiedy cię nie ma – napisał Marek w środę wieczorem.

Odpisałam mu dopiero po godzinie. Leżałam wtedy obok męża, oglądając z nim jakiś film. Niby śmiałam się z żartów, ale myślami byłam gdzie indziej. Serce przyspieszało, jakby tylko czekało na dźwięk wiadomości od Marka. A przecież miało być inaczej. Miało być bez emocji. Tego wieczoru mąż zapytał, czy wszystko w porządku. Po prostu, od niechcenia. I znowu to jego spojrzenie, jakby przez sekundę nie był już taki ślepy.

– Po prostu jestem zmęczona – rzuciłam.

W nocy nie spałam. Myślałam, czy to możliwe, żeby coś już przeczuwał. I czy ja naprawdę tego chcę. Po raz pierwszy Marek był zbyt blisko. Za bardzo obecny w mojej głowie. Za dużo pisał. Za często dzwonił. Za dużo obiecywał. A ja – zaczęłam odpisywać zbyt szybko. To już nie była tylko zabawa. I coraz mniej chodziło o kalorie.

Wszystko ma swoją cenę

Ostatni raz spotkaliśmy się w czwartek. Czułam, że coś się zmieniło. On był bardziej czuły, ja bardziej spięta. Patrzył na mnie z tym swoim ciepłym, zakochanym wzrokiem, a ja… poczułam coś, czego do tej pory nie było – strach.

Powinniśmy to skończyć – powiedziałam nagle, jeszcze przed winem, zanim zdążył sięgnąć po moją dłoń.

– Dlaczego?

– Bo za bardzo cię lubię. A moje życie nie jest na sprzedaż.

Marek milczał chwilę. Potem kiwnął głową. Nie pytał. I za to go najbardziej szanowałam. Wróciłam do domu wcześniej niż zwykle. Mąż siedział przy stole, coś pisał. Na jego telefonie – który rzadko zostawiał bez opieki – migała wiadomość: „Dzięki, że nie zadajesz pytań. Ale może powinieneś”. Zamarłam.

Nie powiedział nic. Nawet nie spojrzał na mnie. Dwa dni później nie wrócił na noc. Tydzień później zabrał rzeczy. Miesiąc później dostałam pozew. Wcale się nie dziwiłam. Bo wszystko ma swoją cenę. Nawet te najbardziej przyjemne kalorie. Zostałam sama. Z dresami w szafie, z kłamstwami na koncie i ciałem, które teraz drżało nie z podniecenia, ale ze strachu. Może to i sprawiedliwe. Może na to właśnie zasłużyłam.

Nina, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama