Reklama

Od piętnastu lat byłem z Martą. Znaliśmy się jak łyse konie, przeszliśmy przez wzloty i upadki, kilka razy niemal się rozstaliśmy, ale zawsze coś nas trzymało razem. A może właśnie to „zawsze coś” sprawiło, że tak długo nie mogłem się zdobyć na ten jeden krok? Kiedy w końcu poczułem, że jestem gotowy, że naprawdę chcę, żeby została moją żoną, wszystko wydawało się na swoim miejscu. Mieliśmy mieszkanie, pracę, nawet kota. W kieszeni nosiłem pierścionek zaręczynowy i planowałem idealny wieczór. Nie przypuszczałem, że zanim zdążę się oświadczyć, los wciśnie między nas coś, czego się nie spodziewałem. Coś, co postawi pod znakiem zapytania wszystko.

W mieszkaniu było cicho

Wróciłem wcześniej z pracy, z duszą na ramieniu i dłońmi spoconymi jak nigdy. Miałem w torbie butelkę prosecco, tulipany — jej ulubione, białe i pudełeczko z pierścionkiem, który wybierałem tydzień, jakby od niego zależało całe moje życie. Może faktycznie zależało. Przez cały dzień powtarzałem sobie w myślach, jak to powiem. Że ją kocham, że po tylu latach zrozumiałem, że to ona jest tą jedyną. Że nie chcę się już zastanawiać, tylko z nią budzić się codziennie i starzeć powoli, bez pośpiechu. Znałem ją na tyle dobrze, że wiedziałem, że się wzruszy. Że może zaklnie ze złości, że tak długo zwlekałem, a potem się rozpłacze.

Otworzyłem drzwi. W mieszkaniu było cicho, światła pozostawały zgaszone. Zajrzałem do kuchni, potem do salonu. Cisza. Wreszcie usłyszałem, jak Marta wychodzi z łazienki.

— Hej — rzuciłem, ukrywając torbę za plecami. — Wróciłem wcześniej. Mam coś dla ciebie.

— O, ja też mam coś do powiedzenia — odpowiedziała dziwnie sztywno.

Wtedy jeszcze nie przeczuwałem, że to wywróci wszystko do góry nogami.

Serce mi stanęło

Usiadła na kanapie, jakby była w zupełnie innym świecie. Miała lekko zaróżowione policzki i wzrok wbity w podłogę. Bukiet tulipanów wciąż trzymałem za plecami. Nagle wydawały się idiotyczne.

Pamiętasz Agnieszkę? — zapytała, podnosząc wzrok.

— Jaką Agnieszkę?

— Tę ze studiów. Studiowałyśmy razem filologię. Była na naszej parapetówce, z dziesięć lat temu…

Przypomniałem sobie. Dziewczyna o kręconych włosach, z szerokim śmiechem i ostrym językiem. Razem z Martą chodziły na te same wykłady, przez moment były nierozłączne.

— No pamiętam. Co z nią?

— Spotkałam ją wczoraj. Przypadkiem. W galerii. Z dzieckiem.

Marta mówiła szybko, jakby chciała to z siebie wyrzucić, zanim się rozmyśli. Nie rozumiałem, co mnie to wszystko obchodzi. Gdzieś w tle mój plan się rozpadał, ale jeszcze nie wiedziałem dlaczego.

— I co?

— I... ona była kiedyś z tobą. Tak przelotnie, prawda?

Milczałem.

— Powiedziała mi coś, czego się nie spodziewałam. Twierdzi, że to dziecko… że może być twoje.

Serce mi stanęło.

Oparłem głowę o dłonie

Nie odpowiedziałem od razu. Czułem, jak ziemia zaczyna się pode mną rozstępować. Stałem w miejscu, z tym cholernym bukietem i pudełkiem, które nagle ważyło tonę. Marta patrzyła na mnie uważnie, choć nie płakała.

To było dawno — powiedziałem w końcu, z trudem łapiąc oddech. — Jedna noc. Nawet nie pamiętam dokładnie, kiedy. Zanim się poznaliśmy na dobre.

— Ona mówi, że chłopiec ma dwanaście lat — odparła. — I że nigdy ci nie powiedziała, bo nie chciała burzyć ci życia. Ale teraz… teraz coś ją tknęło. Widziała nas. Widziała, że jesteśmy razem.

Usiadłem. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Chłopiec. Dwunastoletni chłopiec. Przypadek sprzed lat, o którym nie myślałem ani sekundy więcej, wrócił jak bumerang.

— Chce się spotkać — dodała Marta. — Nie naciska. Ale mówi, że syn zadaje pytania. Że chce wiedzieć, kto jest jego ojcem. I że... że wygląda jak ty.

Oparłem głowę o dłonie. Wszystko rozsypywało się jak domek z kart. Nie tego się spodziewałem, nie dzisiaj.

Odpisała niemal natychmiast

Nie spałem prawie całą noc. Marta też nie. Leżeliśmy obok siebie, jakbyśmy nagle byli obcymi ludźmi. Przez godzinę wpatrywałem się w sufit, potem w ciemność. Próbowałem sobie przypomnieć tę noc z Agnieszką, ale pamiętałem tylko fragmenty. Kilka drinków, jej śmiech, noc, która miała się nie liczyć. Marta nie mówiła nic. Nie wyrzucała mi. I to bolało bardziej, niż gdyby krzyczała.

Rankiem zapytała cicho:

— I co teraz?

— Nie wiem — odpowiedziałem szczerze. — Muszę go zobaczyć. Muszę wiedzieć, czy to prawda.

— A jeśli to prawda?

Zamilkłem. Nie byłem gotowy na odpowiedź. Właściwie nie byłem gotowy na nic z tego. Po południu napisałem do Agnieszki. Odpisała niemal natychmiast, jakby czekała na tę wiadomość. Umówiliśmy się na spotkanie w parku. Przyszła z chłopcem. Wysoki, chudy, miał te same brwi co ja. I spojrzenie. Jakbym patrzył na własne odbicie sprzed lat.

— To Filip — powiedziała. — Twój syn.

Nie zaprzeczyłem. Nie mogłem.

To bolało najbardziej

Filip był ostrożny. Uśmiechał się uprzejmie, jak dziecko, które zna zasady dorosłych gier, ale nie do końca wie, w co gra. Siedzieliśmy na ławce, a Agnieszka odsunęła się dyskretnie, zostawiając nam przestrzeń. Nie naciskałem, nie zadawałem zbyt wielu pytań. Mówił powoli, z dystansem, jakby próbował mnie wyczuć.

— Mama mówiła, że jesteś... dobrym człowiekiem — powiedział w końcu. — Że pewnie nie wiedziałeś.

— Nie wiedziałem — przyznałem. — I gdybym wiedział... Nie wiem, co by się stało, ale na pewno nie byłoby cię w tym wszystkim tak mało.

Kiwnął głową. Nie płakał. Miał dwanaście lat, ale był już trochę stary jak na swój wiek. Dorastał bez ojca, i chyba się do tego przyzwyczaił. To bolało najbardziej. Kiedy wróciłem do domu, Marta była w kuchni. Czekała. Nie z obiadem, a z decyzją.

— I co teraz? — zapytała.

— Nie wiem, co z nami — powiedziałem. — Ale on… on naprawdę jest mój.

— Wiem. — To „wiem” brzmiało jak wyrok. Albo jak ostatnia linia, zanim wszystko się rozsypie.

Nie chcę znów się spóźnić

Minęły trzy tygodnie. Marta wyprowadziła się do siostry. Nie zabrała wszystkiego, tylko część ubrań, kosmetyki, książki. Powiedziała, że to na chwilę, że musi pomyśleć. Ale wiedziałem, że to nie była tylko „chwila”. Tych chwil będzie wiele, i żadna z nich nie będzie należeć już do nas. Spotykałem się z Filipem. Chodziliśmy na rowery, graliśmy w ping-ponga. Czasem rozmawialiśmy. Czasem po prostu siedzieliśmy. Był zdystansowany, ale nie zamknięty. Czułem, że jest ciekaw. Że może chce mnie poznać. I ja też go chciałem. Z każdym dniem coraz bardziej.

Pierścionek leżał na dnie szuflady. Tulipany zwiędły już dawno. Wszystko, co miało się wydarzyć, stało się inaczej. Życie nie pyta o gotowość. Przychodzi z zaskoczenia, ścina z nóg i patrzy, czy się podniesiesz. Nie wiem, co będzie z Martą. Czy wróci. Czy zdołamy naprawić to, co się posypało, chociaż nie wydarzyło się z naszej winy. A może właśnie dlatego, że nic nie zrobiliśmy, było już za późno. Wiem tylko, że Filip jest moim synem. I że nie chcę znów się spóźnić.

Jacek, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama