„Zawsze myślałem, że na bracie mogę polegać jak na Zawiszy. Jednak on wpakował mnie w bagno”
„Tylko że po trzech tygodniach kontakt się urwał. Telefony milczały. Messenger pokazuje >>przeczytane<<, ale bez odpowiedzi. Żadnych aktualizacji. Żadnego zwrotu. Wszedłem na stronę firmy – nie działa. Logotypy zniknęły, prezentacja zniknęła. Został tylko gorzki posmak i puste konto”.

Nie wiem, jak się z tego wyplączę. Od kilku tygodni żyję w permanentnym stresie, śpię po trzy godziny, a i tak wciąż budzę się zlany potem. Żona zauważyła, że coś jest nie tak, ale nie potrafię jej powiedzieć prawdy. Jak mam jej wyznać, że dałem się wrobić we współpracę z własnym bratem, a przez jego „genialny plan” straciłem wszystkie nasze oszczędności? Gdyby chodziło tylko o mnie – pół biedy. Jednak te pieniądze miały iść na wkład własny do mieszkania. Jeśli się dowie, rozpadnie się nie tylko nasz związek, ale i całe moje życie.
Z rodziną najlepiej na zdjęciu
– Stary, to pewniak. Pieniądze robią się same – powiedział mój brat, opierając się o maskę mojego samochodu. – Wystarczy tylko wrzucić gotówkę i czekać na zwrot z inwestycji. Ryzyko praktycznie żadne.
Znam go na wylot. Od dzieciaka był czarującym cwaniakiem – potrafił jednym zdaniem przekonać cię do wszystkiego. Jako dzieciak sprzedawał nasze rysunki sąsiadom jako „unikalne obrazy”, a w liceum opychał podrabiane bluzy. Ja zawsze byłem tym rozsądnym, który wszystko analizował. Ale nie tym raze.
Może dlatego, że mówił o szybkim zysku. A może przez to, że wciąż słyszałem w domu:
– Musimy wreszcie kupić swoje, dość wynajmu – powtarzała żona, pokazując kolejne ogłoszenia z rynku pierwotnego.
Pękałem, kiedy widziałem jej nadzieję w oczach. Chciałem ją wreszcie zaskoczyć, postawić pod gotowym blokiem i powiedzieć: „Tu zamieszkamy”. Brat kusił wizją zysku w kilka miesięcy. Niby hurtowy zakup elektroniki, niby legalna spółka, niby wszystko zaklepane. Dałem mu prawie wszystko, co mieliśmy odłożone przez ostatnie cztery lata. Oszczędności, które miały być fundamentem naszej przyszłości.
– Zobaczysz, za pół roku mi podziękujesz – mrugnął i odjechał.
A ja… zostałem z coraz bardziej dziwnym uczuciem w żołądku.
Życiowa pułapka
Na początku wszystko wyglądało uczciwie. Brat podesłał mi umowę – lakoniczną, ale z pieczątką firmy, która naprawdę istniała. Nawet stronę internetową mieli, z logotypami znanych producentów. Była też prezentacja w PDF-ie – wszystko wyglądało jak z podręcznika do marketingu. Przelew poszedł tydzień później.
– No i oficjalnie jesteś wspólnikiem! – rzucił do słuchawki, gdy tylko potwierdziłem transakcję.
Z każdej rozmowy wynikało, że wszystko idzie zgodnie z planem. Nawet powiedział, że pierwszy kontener z towarem jest już w drodze. Słuchałem go z ulgą. W mojej głowie już rósł obraz naszego nowego mieszkania, urządzonego po naszej myśli, z dużym balkonem i widokiem na zieleń.
– Czas najwyższy, żebyście w końcu żyli jak na was zasługujecie – dodał raz, a mnie aż zemdliło z dumy.
Tylko że po trzech tygodniach kontakt się urwał. Telefony milczały. Messenger pokazuje „przeczytane”, ale bez odpowiedzi. Żadnych aktualizacji. Żadnego zwrotu. Wszedłem na stronę firmy – nie działa. Logotypy zniknęły, prezentacja zniknęła. Został tylko gorzki posmak i puste konto.
Wtedy zadzwoniła żona.
– Hej, nie zapomnij, że jutro jedziemy obejrzeć to mieszkanie w Zielonej Dolinie. Masz wszystko ogarnięte?
Zamarłem z telefonem w dłoni. Nie mogłem wykrztusić ani słowa.
Kłamstwo ma krótkie nogi
– No i co myślisz? – zapytała, kiedy wychodziliśmy z mieszkania pokazowego. – Sypialnia większa niż na zdjęciach, nie? A kuchnia z wyspą, tak jak chciałam…
Skinąłem głową i uśmiechnąłem się sztucznie, choć ściskało mnie w środku. Przez całą wizytę kiwałem tylko głową, udając zainteresowanie, licząc, że nie zada zbyt wielu szczegółowych pytań. Tego dnia podpisałem pierwszy akt – nie dokumentów, tylko własnego tchórzostwa.
– Zadzwonisz jutro do tego gościa z banku? – dopytywała w aucie. – Mówił, że przy wkładzie własnym do końca tygodnia zdążymy ze wstępną decyzją kredytową przed świętami.
– Jasne, zadzwonię – wymamrotałem.
Nie zadzwoniłem. I nie dlatego, że zapomniałem. Tylko dlatego, że pieniędzy już nie było. Żadnego wkładu, żadnej gwarancji. Została tylko moja głupota i pustka w portfelu.
Nocą siedziałem w salonie, gapiąc się w wyłączony telewizor. Przewijałem w głowie scenariusze: czy lepiej powiedzieć jej teraz? Czy zaryzykować i czekać, aż może uda się jakoś wszystko odzyskać? Odpowiedź była jasna: powiedzieć. Powinienem był powiedzieć. Tylko że za każdym razem, gdy patrzyłem na nią, tak szczęśliwą, tak pewną, że wszystko idzie dobrze... nie potrafiłem tego zburzyć. Więc milczałem dalej.
Wszystko wali się naraz
To było w środę. Dzień jak każdy, dopóki nie otworzyłem skrzynki na listy. Koperta za kopertą, każda grubsza od poprzedniej. Z jednej wystawał czerwony pasek z napisem „OSTATECZNE WEZWANIE DO ZAPŁATY”. Inna była z firmy windykacyjnej, kolejna z ZUS-u. Nawet nie wiedziałem, że brat zarejestrował firmę na moje nazwisko.
Ręce mi się trzęsły. Stałem w korytarzu, próbując je szybko ukryć przed żoną, zanim wróci z pracy. Schowałem wszystko pod kurtkę i rzuciłem za pralkę. Tchórzliwe, wiem. Ale nie miałem siły tłumaczyć, co tu się dzieje. Bo sam już nie rozumiałem, jak to możliwe, że pozwoliłem mu mnie tak wciągnąć.
Wieczorem usiedliśmy przy kolacji. Mówiła coś o sąsiadach z góry, że znowu podlewają balkon i wszystko cieknie na naszą suszarkę. Śmiała się, narzekała – normalność, której łaknę jak powietrza. A ja? Ja modliłem się, żeby nie zapytała o konto. I wtedy padło pytanie:
– Ej, a nasz wkład? Masz go na osobnym koncie? Może przerzucimy na lokatę, choć na chwilę?
Zawiesiłem widelec w powietrzu. Miałem pół sekundy na reakcję.
– Muszę to jeszcze ogarnąć. Wiesz, trochę się pozmieniało z tym dostępem – skłamałem bez zająknięcia.
To już nawet nie była gra. To była rozpacz.
Listy, których nie chcę czytać
W piątek po pracy nie wróciłem od razu do domu. Zamiast tego krążyłem samochodem po mieście bez celu, aż zaparkowałem pod starą siłownią, gdzie kiedyś ćwiczyliśmy z bratem. Wpatrywałem się w wejście, jakby miał stamtąd wyjść, podejść do auta i powiedzieć: „To wszystko żart, mam twoje pieniądze”. Ale nie wyszedł. Nie odezwał się od tygodni. Nie odbierał telefonu. Zniknął.
W domu czekała na mnie kolejna przesyłka. Tym razem polecona, na moje imię. Żona rzuciła ją na stół.
– Coś ważnego? – zapytała, zdejmując buty.
– Nie wiem, chyba reklama – rzuciłem od niechcenia, szybko chowając kopertę do torby.
Tego wieczoru zamknąłem się w łazience na pół godziny, udając długą kąpiel. W rzeczywistości siedziałem na zimnych kafelkach i czytałem, że komornik zabezpiecza środki na rachunku firmy, której… oficjalnie jestem właścicielem. Brat wykorzystał mnie do końca. Nawet pieczątkę firmową miał z moim nazwiskiem. Zdałem sobie sprawę, że to nie tylko stracone pieniądze – to długi, odpowiedzialność, prawnicy.
Gdy wyszedłem z łazienki, żona już spała. Przykryta po samą brodę, z lekko rozchylonymi ustami. Spokojna. Położyłem się obok i przez chwilę tylko patrzyłem w sufit. Wtedy podjąłem decyzję. Muszę jej powiedzieć. Choćby miało mnie to kosztować wszystko.
Czas prawdy
W niedzielę rano usiedliśmy razem przy kawie. Przez kilka minut panowała cisza. Patrzyła na mnie uważnie, jakby przeczuwała, że coś się święci. W końcu zebrałem się w sobie.
– Muszę ci coś powiedzieć – zacząłem. Głos mi się załamał.
Opowiedziałem jej wszystko. O bracie, o pieniądzach, o rzekomym biznesie, który okazał się oszustwem. O firmie zarejestrowanej na mnie, o długach, które teraz są moje. Mówiłem powoli, każde słowo ciążyło jak kamień. A ona słuchała. Nie przerywała. Tylko oczy stawały się coraz szkliste.
Kiedy skończyłem, nie krzyczała. Nie rzuciła kubkiem, nie płakała. Patrzyła na mnie z takim chłodem, że było to gorsze niż jakakolwiek awantura.
– Wiedziałeś, że dla mnie stabilność to wszystko – powiedziała cicho. – Że po tym, jak wychowywałam się w wiecznym chaosie, obiecałam sobie, że moje życie będzie inne. I ty mi to odebrałeś.
Wstała i poszła do sypialni. Przez zamknięte drzwi usłyszałem jej płacz. Wtedy pierwszy raz pomyślałem, że może już nie da się tego naprawić. Dziś mijają trzy dni od naszej rozmowy. Śpimy w oddzielnych pokojach. Nie wiem, czy mi wybaczy. Ale przynajmniej w końcu przestałem kłamać. Teraz wszystko zależy od niej.
Andrzej, 35 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W najsmutniejszy dzień roku byłam sama jak palec. Mąż miał harować w delegacji, a wyszło, że wygrzewał się na plaży”
- „Moja matka ciągle namawiała mnie do powrotu do byłej dziewczyny. Wreszcie im wykrzyczałem, dlaczego Ewa już nie wróci”
- „Myślałam, że z teściową nadajemy na tych samych falach. Wystarczyło 1 zdanie, abym szybko odkryła jej prawdziwą twarz”

