Reklama

Od zawsze myślałem o swoim życiu jak o projekcie z jasno wyznaczonymi etapami. Studia, praca, mieszkanie na kredyt, małżeństwo – wszystko miało swoje miejsce i sens. Ojciec powtarzał mi, że sukces nie jest kwestią szczęścia, tylko uporu. Wierzyłem mu bez zastrzeżeń. Najbardziej jednak pragnąłem zostać ojcem. Gdy w końcu nim zostałem, poczułem, jak grunt usuwa mi się spod nóg.

Żonę wybrałem rozsądnie

Karolinę poznałem na konferencji branżowej. Miała na sobie prostą, granatową sukienkę i mówiła spokojnym, wyważonym głosem o analizach, które przygotowywała. Pomyślałem wtedy, że jest dokładnie taka, jakiej potrzebuję – uporządkowana, stabilna, przewidywalna.

Ojciec, gdy ją poznał, skinął z uznaniem głową.

To dobra dziewczyna – powiedział, kiedy wracaliśmy samochodem. – Nie będzie cię rozpraszać.

Nie zastanawiałem się, czy w ogóle chcę być „rozpraszany”. Uznałem, że to komplement.

Przez pierwsze lata naprawdę było nam dobrze. Karolina wspierała mnie, gdy zmieniałem pracę. Czekała z kolacją, kiedy wracałem późno. Nigdy nie robiła awantur. Czasem patrzyłem na nią przy kuchennym stole, jak przeglądała wiadomości w telefonie, i myślałem, że wybrałem mądrze.

Temat dziecka pojawił się naturalnie. Najpierw żartobliwie.

Wyobrażasz sobie małego ciebie? – zapytała kiedyś z uśmiechem.

– Oby był bardziej zdyscyplinowany – odpowiedziałem żartem.

Miesiące mijały. Każdy kończył się ciszą, której nie potrafiliśmy nazwać. Karolina zamykała się w łazience na dłużej. Ja udawałem, że nic się nie dzieje.

Pewnego wieczoru usiadła naprzeciwko mnie przy stole.

– Może powinniśmy porozmawiać z lekarzem – powiedziała cicho.

Skinąłem głową. W środku poczułem ukłucie, jakby ktoś podważył fundament, na którym stałem. Przecież zawsze osiągałem to, co sobie zaplanowałem. Dlaczego tym razem miało być inaczej?

Badania, kolejne wizyty, kalendarze z zaznaczonymi datami. Nasze rozmowy zaczęły brzmieć jak raporty.

W czwartek mam wolne po siedemnastej – mówiła Karolina bez patrzenia mi w oczy.

– Dobrze. Zarezerwuję wieczór – odpowiadałem tak, jakbym wpisywał spotkanie do służbowego terminarza.

Z czasem przestaliśmy się dotykać bez konkretnego powodu. Kiedyś podszedłem do niej w kuchni i objąłem ją od tyłu. Zesztywniała.

– Piotr, nie teraz… – wyszeptała.

Przecież nic nie robię – odparłem, odsuwając się szybciej, niż chciałem.

Coraz częściej łapałem się na myśli, że w naszym domu panuje dziwna cisza. Siedzieliśmy obok siebie na kanapie, każde z laptopem. Gdy próbowałem rozpocząć rozmowę, odpowiadała zdawkowo i na tym się kończyło.

Zacząłem analizować nasze małżeństwo tak, jak analizowałem projekty w pracy. Plusy, minusy, ryzyko. Wychodziło mi, że to dobry związek. Stabilny. Bez dramatów. Tylko że gdzieś po drodze zniknęło ciepło.

Pewnego wieczoru Karolina powiedziała coś, co długo we mnie siedziało.

Może to nie jest nam pisane – rzuciła, patrząc w okno.

– Co? – udawałem, że nie rozumiem.

– Dziecko. Może powinniśmy przestać się tak spinać.

Nie poddaję się – odpowiedziałem zbyt ostro. – Nie po to tyle lat pracowałem na to życie.

Spojrzała na mnie uważnie.

– A czy to życie w ogóle jest nasze? – zapytała.

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. W głowie miałem głos ojca: „Nie poddawaj się”. Karolina mówiła coraz ciszej, jakby wycofywała się z własnych słów. Ja natomiast czułem rosnącą frustrację. Nie na nią. Na siebie. Na to, że nie potrafię naprawić sytuacji. Z czasem przestaliśmy nawet udawać, że jest między nami lekkość. Staliśmy się współlokatorami z wspólnym kredytem i wspólnym marzeniem, które zaczynało się rozpadać. Patrzyłem na Karolinę i zastanawiałem się, czy wybrałem partnerkę, czy raczej bezpieczne rozwiązanie. Pomyślałem, że może rozsądek nie wystarczy, by zbudować prawdziwe życie.

Szukałem szczęścia gdzieś indziej

Zostawałem w pracy coraz dłużej. Oficjalnie dlatego, że mieliśmy nowy projekt i napięte terminy. W rzeczywistości wracałem do domu dopiero wtedy, gdy wiedziałem, że Karolina już śpi albo udaje.

Ilonę poznałem przypadkiem. Przyszła na spotkanie z działem marketingu, reprezentowała zewnętrzną firmę. Wpadła do sali spóźniona, z rozwianymi włosami i teczką pod pachą.

– Przepraszam, korki mnie pokonały – rzuciła bez zadęcia, siadając naprzeciwko mnie.

Mówiła szybko, z pasją. Nie sprawdzała co chwilę notatek, nie cedziła słów. Kiedy ktoś jej przerwał, potrafiła odpowiedzieć z uśmiechem, ale stanowczo. Po spotkaniu podeszła do mnie.

Pan jest tym od trudnych decyzji? – zapytała z błyskiem w oku.

– Podobno – odpowiedziałem, pierwszy raz od dawna czując, że rozmowa nie jest obowiązkiem.

Zaczęliśmy wymieniać maile służbowe, które z czasem stawały się coraz mniej formalne. Potem przyszła wspólna kawa „żeby omówić szczegóły”. Potem kolejna.

Zawsze jest pan taki poważny? – zapytała kiedyś, mieszając łyżeczką w filiżance.

– Ktoś musi być – odparłem.

A jak nikt nie patrzy?

Zaskoczyło mnie to pytanie. Nikt dawno nie pytał mnie o coś innego niż wyniki i plany. Przy Ilonie czułem się… lżejszy. Nie analizowała mnie, nie oczekiwała raportu z moich uczuć. Śmiała się głośno, opowiadała o spontanicznych wyjazdach, o tym, że kiedyś rzuciła pracę z dnia na dzień, bo przestała ją cieszyć.

Nie boisz się tak ryzykować? – zapytałem.

– Boję się tylko życia, w którym nic się nie dzieje – odpowiedziała bez wahania.

Te słowa wracały do mnie wieczorami, gdy siedziałem obok Karoliny w ciszy.

Granica przesunęła się niepostrzeżenie. Jednego dnia byliśmy po prostu współpracownikami, drugiego – kimś więcej. Pamiętam, że po kolejnym spotkaniu wyszliśmy razem z biura. Padał deszcz.

– Odwiozę cię – zaproponowałem.

– A jeśli nie chcę jeszcze wracać? – spojrzała na mnie uważnie.

Wiedziałem, że powinienem powiedzieć „dobranoc”. Zamiast tego zaparkowałem pod jej blokiem i przez chwilę siedzieliśmy w ciszy.

– Piotr, ja nie szukam kłopotów – powiedziała nagle. – Ale nie udawajmy, że nic się nie dzieje.

Serce biło mi szybciej niż podczas najważniejszych prezentacji w pracy. Wszystko, czego mnie uczono – o odpowiedzialności, konsekwencji – gdzieś się rozmyło.

To, co wydarzyło się później, tłumaczyłem sobie jako chwilę słabości. Epizod. Coś, co nie zmieni mojego życia.

Następnego dnia byłem chłodny, niemal oficjalny.

To nie powinno się powtórzyć – powiedziałem, unikając jej wzroku.

Ilona przyjęła to spokojniej, niż się spodziewałem.

– Rozumiem – odparła. – Każdy ma swoje granice.

Poczułem ulgę. Wróciłem do domu wcześniej niż zwykle. Karolina siedziała przy stole.

Dobrze, że jesteś – powiedziała cicho.

Przez moment miałem ochotę powiedzieć jej wszystko. Zamiast tego zapytałem o jej dzień.

Relacja z Iloną urwała się niemal całkowicie. Zmieniłem zakres obowiązków, przekazałem projekt komuś innemu. Wmawiałem sobie, że zamknąłem sprawę. Tylko czasem, gdy gdzieś widziałem jej odbicie w lustrze, czułem ukłucie niepokoju. Jakby coś zostało niedopowiedziane. Jakby konsekwencje dopiero czekały za rogiem. Nie przypuszczałem, że kilka miesięcy później Ilona stanie w drzwiach mojego biura z dzieckiem na rękach.

Miała ze sobą niespodziankę

Tamten poranek niczym się nie wyróżniał. Przeglądałem raport kwartalny, kiedy sekretarka zapukała do drzwi.

– Panie Piotrze… ktoś do pana. Mówi, że to pilne.

– Nie mam dziś wpisanych spotkań – odparłem, nie podnosząc wzroku.

Ta pani twierdzi, że pan ją zna.

Drzwi otworzyły się, zanim zdążyłem odpowiedzieć. Ilona weszła pewnym krokiem, ale jej twarz była bledsza niż ją zapamiętałem. W ramionach trzymała małego chłopca w jasnej czapce. Dziecko patrzyło na mnie szeroko otwartymi oczami. W gabinecie zrobiło się cicho.

To jest Tymon – powiedziała spokojnie, poprawiając kocyk. – Ma osiem miesięcy.

Nie odpowiedziałem. Patrzyłem na chłopca. Miał ciemne włosy, takie jak ja w dzieciństwie. To oczywiście niczego nie dowodziło, a jednak poczułem, jak coś ściska mnie w gardle.

– Po naszym spotkaniu zaszłam w ciążę – kontynuowała. – Próbowałam sobie poradzić sama. Myślałam, że dam radę.

– Dlaczego dopiero teraz mi mówisz? – mój głos zabrzmiał chłodniej, niż zamierzałem.

– Bo teraz już nie daję sobie rady sama – odpowiedziała bez pretensji. – Nie przyszłam tu robić scen. Potrzebuję pomocy.

Wstałem i podszedłem do okna. Na parkingu ludzie wsiadali do samochodów, jakby świat był prosty i przewidywalny.

– Potrzebuję pewności – powiedziałem po chwili. – Zrobimy badania.

Ilona skinęła głową.

– Spodziewałam się tego.

Nie było krzyków ani wyrzutów. Tylko zmęczenie w jej oczach. Tymon zaczął marudzić, a ona delikatnie go ukołysała.

Nie chcę od ciebie pieniędzy bez dowodu – dodała cicho. – Ale nie chcę też, żebyś kiedyś powiedział, że nie wiedziałeś.

Kiedy wyszła, zostałem sam w gabinecie. Usiadłem ciężko w fotelu. Przez chwilę próbowałem wrócić do raportu, ale cyfry rozmazywały się przed oczami.

Badania załatwiłem dyskretnie. Czekałem na wyniki jak na wyrok. Wmawiałem sobie, że to pomyłka, zbieg okoliczności. Jednocześnie jakaś część mnie… miała nadzieję. Odebrałem kopertę osobiście. Zamknąłem się w samochodzie i otworzyłem ją drżącymi palcami. Wynik był jednoznaczny. Prawdopodobieństwo ojcostwa – niemal pewne.

Oparłem głowę o kierownicę. Przez chwilę czułem pustkę. Potem przyszła fala myśli: Karolina. Ojciec. Firma. Ludzie. Zadzwoniłem do Ilony.

Wyniki są pozytywne – powiedziałem bez wstępu.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Dobrze – odpowiedziała w końcu. – Wiedziałam.

– Musimy ustalić, co dalej.

– Piotr, to nie jest projekt do rozpisania na punkty – odparła spokojnie. – To twoje dziecko.

Jej słowa uderzyły mnie mocniej niż jakikolwiek zarzut.

Tego wieczoru wróciłem do domu późno. Karolina siedziała w salonie przy zgaszonym świetle.

– Wszystko w porządku? – zapytała, gdy zdjąłem płaszcz.

Spojrzałem na nią i po raz pierwszy pomyślałem, że moje życie rozdzieliło się na „przed” i „po”. Miałem syna. Spełniło się to, o czym marzyłem latami. Tylko że radość mieszała się ze strachem, a odpowiedzialność przestała być abstrakcyjnym hasłem z ust mojego ojca. Stała się czymś realnym, co czekało na mnie w małym mieszkaniu razem z Iloną i Tymonem.

Marzenie się spełniło, ale miało cenę

Pierwszy raz pojechałem do Ilony w sobotnie popołudnie. Przez pół drogi zastanawiałem się, czy nie zawrócić. W głowie układałem zdania, które miały brzmieć dojrzale i odpowiedzialnie. Gdy otworzyła drzwi, wszystkie wyparowały. Mieszkanie było niewielkie, jasne, z porozrzucanymi zabawkami na dywanie. Tymon siedział na kocu i uderzał plastikową łyżką w pudełko.

To tata – powiedziała Ilona spokojnie, jakby przedstawiała mnie sąsiadowi.

Słowo „tata” zawisło w powietrzu. Uklęknąłem niezdarnie.

– Cześć, mały – odezwałem się cicho.

Tymon spojrzał na mnie z powagą, po czym wyciągnął rękę w moją stronę. Ten gest był prosty, a jednak coś we mnie się zmieniło. Wziąłem go na ręce. Był lżejszy, niż się spodziewałem.

– Lubi obserwować nowych ludzi – powiedziała Ilona, opierając się o framugę. – Jest ciekawski.

– Po kim to ma? – spróbowałem zażartować.

Może po tobie – odpowiedziała bez uśmiechu.

Usiedliśmy przy stole. Ilona mówiła rzeczowo o żłobku, o kosztach, o tym, że musiała zrezygnować z części zleceń. Słuchałem, ale jednocześnie patrzyłem na Tymona, który bawił się moim zegarkiem.

Nie oczekuję cudów – powiedziała w pewnym momencie. – Chcę tylko, żebyś był obecny. Nie z obowiązku. Z wyboru.

Te słowa bolały, bo wiedziałem, że przez ostatnie miesiące wszystko w moim życiu było kalkulacją.

Zacząłem przyjeżdżać regularnie. Najpierw na godzinę, potem na dwie. Uczyłem się, jak trzymać łyżeczkę, jak czytać krótkie książeczki z obrazkami. Gdy Tymon pierwszy raz powiedział niewyraźne „ta-ta”, poczułem coś, czego nie umiałem opisać.

A jednak za każdym razem, gdy wracałem do domu, ogarniał mnie ciężar. Karolina patrzyła na mnie coraz uważniej.

– Zmieniłeś się – powiedziała pewnego wieczoru.

Każdy się zmienia – odpowiedziałem wymijająco.

– Nie patrzysz na mnie tak jak kiedyś – jej głos był spokojny, ale bardziej stanowczy. – Czy jest ktoś inny?

Zamarłem.

– Nie – skłamałem zbyt szybko.

Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem. W jej oczach nie było gniewu. Było zmęczenie.

– Piotr, ja już nie wiem, o co walczymy – wyszeptała.

Tej nocy długo nie mogłem zasnąć. Leżałem obok niej, czując, że dzieli nas więcej niż kilka centymetrów materaca. Myślałem o ojcu. O jego słowach, że mężczyzna odpowiada za swoje decyzje.

Nie mogłem dłużej kłamać

Następnego dnia wróciłem wcześniej z pracy. Usiadłem naprzeciwko Karoliny. Powiedziałem, że chcę porozmawiać.

To nie jest łatwe – zacząłem.

Przez chwilę patrzyłem na własne dłonie. Zawsze były pewne przy podpisywaniu umów. Teraz drżały.

Mam syna – powiedziałem w końcu. – Ma na imię Tymon.

Nie przerwała mi. Nie zapytała „z kim”. Jakby od dawna znała odpowiedź.

– Z tamtą kobietą z pracy? – zapytała po chwili.

Skinąłem głową. Cisza była cięższa niż jakikolwiek krzyk. Karolina wstała, podeszła do okna i przez moment stała tyłem do mnie.

Ile to trwało? – zapytała.

– To był jeden raz – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. – Dowiedziałem się kilka miesięcy temu.

Odwróciła się powoli.

– I przez te miesiące patrzyłeś mi w oczy?

Nie miałem usprawiedliwienia.

– Bałem się – przyznałem. – Bałem się stracić wszystko.

– Już straciłeś – powiedziała cicho.

Te słowa zabolały bardziej, niż się spodziewałem. Chciałem podejść, dotknąć jej ramienia, ale cofnęła się o krok.

– Przez lata próbowaliśmy mieć dziecko – mówiła dalej. – A ty zostałeś ojcem… gdzie indziej.

W jej głosie nie było histerii. Był żal tak głęboki, że niemal namacalny. Zamknęła oczy. Jedna łza spłynęła po jej policzku, ale szybko ją otarła.

Nie potrafię z tym żyć – powiedziała w końcu. – Nie potrafię udawać, że to się nie stało. I nie chcę być kobietą, która toleruje półprawdy.

Słuchałem jej i po raz pierwszy nie próbowałem niczego negocjować. Wiedziałem, że nie ma kompromisu między prawdą a wygodą. Nie było dramatycznych gestów. Spakowałem najpotrzebniejsze rzeczy do walizki. Przy drzwiach zatrzymałem się na moment. Drzwi zamknęły się za mną z głuchym kliknięciem. Stałem przez chwilę na klatce schodowej, czując, że kończy się rozdział, który budowałem przez lata.

Wziąłem za siebie odpowiedzialność

Zamieszkałem w niewielkim mieszkaniu niedaleko Ilony. Potrzebowaliśmy czasu, by nauczyć się funkcjonować w nowej rzeczywistości. Formalnie uznałem ojcostwo. Ustaliłem stałe dni opieki nad Tymonem. Każdego tygodnia odkrywałem, jak bardzo zmienia mnie jego obecność.

Pewnego dnia zabrałem go do parku. Siedzieliśmy na ławce, gdy zadzwonił mój ojciec.

Słyszałem, że narobiłeś bałaganu – powiedział bez przywitania.

– Możliwe – odparłem spokojnie.

– Mężczyzna powinien panować nad swoim życiem.

Spojrzałem na Tymona, który próbował samodzielnie zapiąć kurtkę.

Czasem życie wymyka się spod kontroli – odpowiedziałem. – Ale odpowiedzialność to nie kontrola. To obecność.

Ojciec milczał przez chwilę.

– I co teraz zrobisz?

Będę jego ojcem. Naprawdę.

Rozłączyłem się bez poczucia winy. Po raz pierwszy nie potrzebowałem jego aprobaty.

Relacja z Iloną powoli nabierała kształtu. Nie było w niej już lekkości. Była codzienność – zmęczenie, planowanie, czasem różnice zdań. Ale była też szczerość. Nie udawaliśmy niczego.

Z Karoliną spotkałem się jeszcze raz, by podpisać dokumenty rozwodowe. Była spokojna, uporządkowana jak zawsze.

– Mam nadzieję, że znajdziesz to, czego szukasz – powiedziała na pożegnanie.

– Ty też – odpowiedziałem szczerze.

Kiedy wróciłem do domu, Tymon przybiegł w moją stronę, chwiejnie, ale zdecydowanie. Podniosłem go i poczułem, że choć straciłem wiele, zyskałem coś, czego nie da się przeliczyć na żadne sukcesy. Moje życie przestało być projektem. Stało się relacją. Marzyłem o dziecku przez lata. Gdy w końcu zostałem ojcem, wszystko, co budowałem, zaczęło się chwiać. Ale dopiero wtedy nauczyłem się budować od nowa – nie z rozsądku, nie z oczekiwań innych, lecz z wyboru.

Piotr, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama